Elaris · Rozdział V
Brama Bez Cienia
Miejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.

Scena I
Rhaevan najbardziej lubił tę krótką chwilę, w której ludzie w jego łóżku zapominali, że jest królem.
Tym razem trwała niecałą minutę.
Wszyscy czworo byli nadzy. Ogień dogasał za żelazną kratą kominka, pozostawiając na ich ciałach nierówne smugi światła. Kotary wokół łoża tłumiły trzask drewna i odcinały ich od pałacu, straży przy drzwiach oraz setek ludzi śpiących pod dachem należącym do Rhaevana.
Przy brzegach kotar było już jasno.
Kobieta klęczała między nim a ciemnowłosym mężczyzną. Jedną ręką obejmowała kark króla, drugą opierała na piersi swojego towarzysza. Obaj podtrzymywali ją za biodra. Jej skóra była śliska od jałowcowego olejku, a włosy rozsypały się po ramionach, przyklejone do karku i ust.
Poruszała się w rytmie, którego Rhaevan nie próbował jej narzucać.
Początkowo.
Kiedy zwolniła, jego palce zacisnęły się mocniej na jej biodrze. Odpowiedziała spojrzeniem przez ramię, zbyt śmiałym dla poddanej i właśnie dlatego pożądanym. Na wewnętrznej stronie jej nadgarstka biegła cienka, biała blizna. Rhaevan pytał o nią dwukrotnie. Za każdym razem usłyszał inną historię.
Kobieta wsunęła palce w jego wilgotne włosy i przyciągnęła go do pocałunku. Usiadła na nim bez pytania, nie pozostawiając miejsca na ceremonialny dystans ani oczekiwanie na zgodę wyrażoną skinieniem.
Ciemnowłosy odchylił głowę. Kobieta przywarła plecami do jego piersi, gdy jego dłonie przesunęły się po jej talii. Miał zamknięte oczy i rozchylone usta. Każdy jej ruch odbierał mu oddech, lecz nie próbował tego ukrywać.
Jasnowłosy leżał za Rhaevanem, oparty o wezgłowie. Jedną nogę wsunął między jego uda. Ustami wędrował od karku ku szczęce, cierpliwie odnajdując miejsca, w których ciało króla reagowało szybciej niż jego twarz.
Pachniał winem, dymem i tym samym olejkiem, którym wcześniej natarł dłonie.
Ugryzł Rhaevana tuż pod uchem.
Król zaczerpnął powietrza. Zacisnął dłoń na udzie mężczyzny tak mocno, że pod palcami zostały jasne ślady.
Jasnowłosy zaśmiał się cicho.
“Boli?”
“Jeszcze nie.”
Zęby ponownie dotknęły skóry. Tym razem mocniej.
Rhaevan nie odsunął głowy. Pozwolił mu pozostawić ślad, który na audiencji będzie musiał zasłonić wysokim kołnierzem. Za kilka godzin dostojnicy pochylą przed nim głowy. Żaden nie domyśli się, co król ukrywa pod ceremonialnym strojem.
Kobieta wydała cichy, zduszony dźwięk. Rhaevan przesunął dłoń po jej brzuchu. Odnalazła jego rękę i poprowadziła ją niżej.
Zatrzymała dopiero tam, gdzie chciała.
Ciemnowłosy otworzył oczy.
Patrzył na Rhaevana spokojnie, prawie smutno. Przez chwilę król miał wrażenie, że widzi własną twarz sprzed lat, zanim nauczył się odpowiadać na każde pytanie miną człowieka, który zna już wynik.
Kobieta ujęła ciemnowłosego pod brodę i pocałowała go. Rhaevan przyciągnął ich oboje bliżej, aż nie zostało między nimi miejsce na chłodne powietrze.
Jasnowłosy przesunął ustami po jego szyi. Niżej. Zatrzymał się i uniósł wzrok.
Rhaevan położył dłoń na jego karku.
Mężczyzna zrozumiał.
Oddech króla załamał się. Kiedy zmienił pozycję, chore kolano przeszył ból. Kobieta poczuła, że drgnął, lecz nie zwolniła. Przesunęła dłonią po jego udzie i przytrzymała napięty mięsień, wiedząc bez pytania, gdzie boli.
Uśmiechnęła się przy jego policzku.
“Wasza Wysokość.”
Rhaevan chwycił ją za włosy i odchylił jej głowę.
“Nie tutaj.”
Jej uśmiech nie zniknął.
“Zatem kim jesteś?”
Pytanie trafiło głębiej, niż powinno.
Palce Rhaevana rozluźniły się w jej włosach. Na jedno uderzenie serca utracił rytm. Kobieta musiała oprzeć dłoń o jego pierś, żeby nie stracić równowagi.
Poczuła to. Nie zaśmiała się. Patrzyła na niego z bliska, nadal czekając na odpowiedź.
Rhaevan otworzył usta, lecz nie znalazł słów, których nie wypowiadałby wcześniej przed radą, wojskiem albo własnym odbiciem.
Pocałował ją, żeby zamknąć jej usta.
Ciemnowłosy przywarł wargami do jej szyi. Jasnowłosy objął Rhaevana od tyłu. Kobieta zaczęła poruszać się szybciej.
Rhaevan zamknął oczy. Ciemnowłosy zacisnął palce na jego ramieniu. Jasnowłosy wyszeptał coś niezrozumiałego przy jego uchu.
Ktoś zapukał.
Rhaevan nie przerwał.
Kobieta obejrzała się przez ramię. Kosmyki mokrych włosów przykleiły się jej do ust.
“Nie otwieraj.”
Drugie uderzenie było mocniejsze.
Rhaevan przyciągnął ją z powrotem. Jasnowłosy pocałował króla w kącik ust, później w szczękę, jakby próbował zatrzymać go w łóżku samymi ustami.
Kobieta ponownie wprawiła ich ciała w ruch. Powoli. Prowokacyjnie.
Rozległy się trzy kolejne uderzenia.
Dwa szybkie.
Jedno wolne.
Rhaevan i kobieta znieruchomieli równocześnie.
Jasnowłosy odsunął usta od szyi króla i zaczął się śmiać. Cicho, jeszcze bez odzyskanego oddechu. Rhaevanowi wydało się, że śmieje się z pałacu, który nawet tutaj potrafił upomnieć się o swojego władcę.
Ciemnowłosy patrzył na Rhaevana bez współczucia i bez satysfakcji.
Kobieta oparła czoło o ramię króla.
Rhaevan wysunął się spomiędzy nich.
Jasnowłosy zapytał:
“Wojna?”
“Wojny nie pukają.”
Głos króla brzmiał spokojniej niż jego oddech.
Rhaevan wstał. Chłodne powietrze osiadło na rozgrzanej skórze. Siwizna na jego skroniach pociemniała od potu. Szeroka klatka piersiowa uniosła się jeszcze dwukrotnie, zanim zdołał spowolnić oddech.
Przy podnoszeniu się zgięte kolano odpowiedziało tępym bólem. Zachwiał się lekko i natychmiast wyprostował.
Kiedy sięgał po szlafrok, jego ręka zadrżała.
Kobieta zauważyła. Ciemnowłosy szukał spodni pośród zrzuconych poduszek, a jasnowłosy patrzył już w stronę drzwi.
Rhaevan wsunął ramiona w rękawy i zawiązał szlafrok na pogrubiałej talii. Zanim dotarł do stojącego obok łoża krzesła, jego krok znów był równy.
Troje pozostałych nie zasłaniało się przed nim. Kobieta sięgnęła po wino. Ciemnowłosy usiadł na skraju łóżka. Jasnowłosy nadal opierał się o wezgłowie.
Rhaevan wybierał ludzi, którzy nie bali się jego nagości ani milczenia.
Wskazał boczne drzwi.
“Zaczekajcie w drugiej komnacie.”
Kobieta uniosła puchar do ust, lecz nie wypiła.
“Mamy wrócić?”
Rhaevan spojrzał w stronę drzwi, za którymi czekał posłaniec. Serce nadal biło zbyt szybko.
“Jeśli zostanie mi jeszcze trochę czasu.”
Kobieta odstawiła puchar. Przechodząc obok, zatrzymała go za dłoń.
“Zostało ci coś z rady.”
Pod paznokciem jego kciuka tkwiła drobina czerwonego wosku. Kobieta starła ją o białe prześcieradło. Na tkaninie pozostał ciemnoczerwony ślad.
Przez chwilę przytrzymała jego dłoń. Potem podniosła z podłogi suknię.
Jasnowłosy zarzucił koszulę na ramiona. Ciemnowłosy wciągnął spodnie. Cała trójka zniknęła za wąskimi drzwiami ukrytymi w boazerii.
Rhaevan odczekał, aż zasunie się zamek.
“Wejść.”
Averan Sorn pojawił się w komnacie ze złożoną kartką w dłoni. Nie skomentował rozrzuconej pościeli ani czerwonego śladu na prześcieradle.
“Wasza Wysokość. Ludzie obserwujący ucznia stracili go z oczu na niemal godzinę.”
Rhaevan nalał sobie wody zamiast wina.
“Zgubili go?”
“Tak.”
“Gdzie go odnaleźli?”
“Pod północnym skrzydłem. Dotarł do zewnętrznego okna izby, w której przetrzymywany jest Saeron.”
Dłoń Rhaevana zatrzymała się nad pucharem.
“Widzieli się?”
“Przez kratę. Strażnik obserwował ich twarze. Żaden nie poruszył ustami.”
Rhaevan odstawił dzban.
“Uczeń był sam?”
“Towarzyszyła mu dziewczyna. Ludzie ustalili, że wołają ją Lira.”
Averan rozłożył kartkę.
“Jeden z ludzi widział również srebrny klucz, kiedy dziewczyna oddawała go Eiranowi.”
“Do czego pasuje?”
“Nie wiemy.”
Rhaevan wypił wodę. Potem spojrzał na czerwony ślad pozostawiony na prześcieradle.
“Pracownia Saerona?”
“Jest obserwowana.”
“Usuńcie posterunek z ulicy. Zostawcie człowieka od strony podwórza.”
Averan opuścił kartkę.
“Eiran zauważy, że wejście jest wolne.”
“Właśnie dlatego usuniecie ludzi.”
“Jeśli klucz otwiera coś w pracowni, może zabrać zawartość.”
“Człowiek na podwórzu zapisze, gdzie podszedł i co wyniósł. Nie będzie interweniował.”
Averan czekał na dalszy ciąg.
Rhaevan powiedział: “Kiedy Eiran odejdzie, przeszukacie miejsca, których dotknął. Dokumenty przepiszecie. Przedmioty opiszecie i odłożycie dokładnie tam, gdzie były.”
“A jeśli zorientuje się, że jest obserwowany?”
“Wtedy go zgubiliście. Tym razem naprawdę.”
Averan złożył kartkę.
“A sam Eiran?”
“Nie zatrzymywać.”
Rhaevan podszedł do kominka i przesunął pogrzebaczem zwęglone drewno. Spod popiołu wydostał się niewielki płomień.
“Niech otworzy to, do czego pasuje klucz. Kiedy skończy, pozwólcie mu uwierzyć, że był sam.”
Scena II
Ulica była pełna.
Dwa wozy zablokowały przejazd przy skrzyżowaniu. Woźnice przekrzykiwali się ponad końskimi grzbietami, a stojący za nimi tragarze próbowali przecisnąć między kołami wózki z pustymi skrzyniami. Jeden zahaczył o krawędź straganu. Drewniana misa spadła na bruk i rozsypała resztki rybich wnętrz pod nogami przechodniów.
Nikt się nie zatrzymał.
Eiran szedł za Lirą, pilnując, żeby nie stracić jej między płaszczami i koszami. Za drugą srebrną monetę zgodziła się doprowadzić go pod pracownię i sprawdzić, czy ktoś ich śledzi. Była od niego niższa o głowę i potrafiła przejść tam, gdzie on musiał używać łokci. Jeden policzek nadal miała obrzęknięty. Trzymała usta sztywno, oszczędzając szczękę.
Śmierdziało potem, mokrą wełną, błotem i odpadkami zostawionymi po całym dniu handlu. Dym z palenisk zalegał nisko. Przy rynsztoku dwóch chłopców wybierało kawałki węgla z popiołu. Obok nich kobieta zwijała płachtę, pod którą sprzedawała cebulę. Zgniłe sztuki zrzucała pod ścianę.
Lira skręciła pomiędzy wóz z beczkami a grupę robotników niosących drewnianą belkę. Eiran poszedł za nią.
Zwykły klucz miał w kieszeni płaszcza. Żelazny, ciężki, z zębami startymi od lat używania. Otwierał główne drzwi pracowni i nic więcej.
Srebrny klucz spoczywał w wewnętrznej kieszeni kurtki. Eiran czuł jego twardą krawędź przy każdym szybszym kroku. Nie dotykał go. Na ulicy zbyt wiele osób patrzyło na cudze dłonie.
Wiedział, co nim otworzy. Saeron trzymał w sekretnej szafce prywatne notatki i próbki, których nie pokazywał ludziom z pałacu. Eiran nie wiedział, co pozostało w środku. Mógł znaleźć szafkę pustą albo już rozebraną.
Lira nagle zwolniła.
Eiran prawie wszedł jej na plecy.
“Co robisz?”
Nie odpowiedziała. Zeszła z głównego przejścia i zatrzymała się przy straganie, na którym stary handlarz układał popękane gliniane kubki. Wzięła jeden do ręki, obejrzała dno i odstawiła go bez pytania o cenę.
Handlarz zaklął. Lira już odchodziła.
Minęła wąskie wejście między dwoma budynkami, skręciła w nie i po kilku krokach zatrzymała się pod schodami. Eiran wszedł za nią.
“Pracownia jest w drugą stronę.”
“Wiem.”
“Więc po co tu weszliśmy?”
Lira patrzyła na ulicę. Nie na drzwi, do których zmierzali. Obserwowała ludzi wychodzących zza wozu z beczkami.
Najpierw przeszli dwaj tragarze. Potem kobieta z płachtą pod pachą. Za nią pojawił się mężczyzna niosący klatkę z trzema kurami.
Nikt nie skręcił za nimi.
Lira odczekała jeszcze chwilę. Wyszła spod schodów i wróciła na ulicę. Eiran ruszył za nią. Nie pytał ponownie. Wiedział już, co sprawdzała.
Pracownia znajdowała się niecałe sto kroków dalej. Jej górne okna były ciemne. Okiennice pozostawały zamknięte, a drzwi wyglądały tak samo jak rano, kiedy Eiran opuszczał budynek. Nie wisiała na nich urzędowa pieczęć. Nie dostrzegł nowego zamka ani desek przybitych do framugi.
Nie było również strażnika.
Po przeciwnej stronie ulicy krawiec zdejmował ze sznura płaszcze. Przed sąsiednim budynkiem siedziało dwóch mężczyzn z dzbanem. Podawali go sobie bez rozmowy. Dalej czekała prostytutka w rozpiętym płaszczu. Przyglądała się przechodniom, lecz nie pracowni.
Przy wejściu nie pozostawiono nawet chłopca, który mógłby pobiec po straż.
Droga była wolna.
Eiran spojrzał na drzwi. Zostało do nich kilkanaście kroków. Mógł szybko otworzyć zamek i zejść z widoku ulicy.
Lira przeszła obok pracowni. Nie spojrzała na wejście. Minęła je, skręciła przy następnym straganie i obeszła wóz pełen pustych worków. Eiran został na miejscu. Po chwili zobaczył ją ponownie po drugiej stronie ulicy.
Podeszła do niego dopiero wtedy, gdy pomiędzy nimi przejechał wóz.
Eiran powiedział: “Nikogo nie ma.”
“Powinni być.”
“Nie są.”
Lira spojrzała na drzwi pracowni. Potem na zamknięte okiennice i przechodniów, którzy mijali je bez zainteresowania.
“Jeszcze nie idź.”
Eiran ponownie poczuł srebrny klucz pod kurtką.
“Za chwilę mogą wrócić.”
Zabrali ceremonialny obraz. Nie zamierzał czekać, aż wrócą po resztę.
Lira milczała. Nadal obserwowała ulicę.
Krawiec po przeciwnej stronie przerwał zdejmowanie płaszczy. Zgarnął dwa ostatnie z wystawy i cofnął się do drzwi.
Dwaj mężczyźni z dzbanem przestali pić.
Tłum rozstąpił się przed patrolem.
Szło trzech strażników. Eiran nie znał żadnego z nich. Pierwszy torował drogę, odpychając przechodniów przedramieniem. Drugi prowadził mężczyznę ze związanymi z tyłu rękami. Trzeci szedł kilka kroków za nimi z pałką opartą na ramieniu.
Zatrzymany był dorosły, może dwukrotnie starszy od Eirana. Miał rozdartą kurtkę i zaschnięte błoto na kolanach. Szedł pochylony, ponieważ strażnik trzymał krótki koniec sznura owiniętego wokół jego nadgarstków.
Pierwszy strażnik powiedział: “Z drogi. Prowadzimy złodzieja.”
Nikt nie zapytał, co ukradł.
Eiran spojrzał za nimi. Nie zobaczył właściciela skradzionej rzeczy ani świadka. Ludzie odsuwali się, zanim strażnicy zdążyli ich dotknąć.
Zatrzymany zahaczył czubkiem buta o wystający kamień. Upadł na jedno kolano.
Strażnik szarpnął sznur. “Wstawaj.”
Mężczyzna spróbował. Związane ręce utrudniały mu odzyskanie równowagi. Podniósł się do połowy.
Strażnik uderzył.
Zrobił to zbyt blisko i przy zamachu stracił równowagę. Pałka trafiła zatrzymanego z boku w szczękę.
Dolna część twarzy przesunęła się w bok. Usta pozostały otwarte.
Dwa zęby uderzyły o bruk.
Mężczyzna osunął się na ramię. Nie zdążył podciągnąć nóg, kiedy spadł drugi cios. Pałka trafiła go w plecy. Trzeci raz strażnik uderzył niżej, w żebra. Nie celował dokładnie. Bił, dopóki zatrzymany nie przestał próbować wstać.
Przy pierwszym uderzeniu dłoń Liry uniosła się do obolałego policzka.
Gest trwał krótko. Opuściła rękę i zacisnęła usta. Nie powiedziała nic.
Zatrzymany leżał na boku. Krew wypływała mu z ust i zbierała się pomiędzy kamieniami. Dolna szczęka pozostawała przesunięta. Próbował ją domknąć, lecz nie mógł.
Nadal oddychał.
Strażnik chwycił go za tył kurtki i podciągnął do góry. Nogi mężczyzny nie utrzymały ciężaru. Drugi strażnik chwycił go pod ramię. Razem zaczęli ciągnąć go przez ulicę.
Kobieta stojąca przy straganie odwróciła dziecku głowę. Tragarz podniósł pozostawiony wózek. Krawiec zaczął składać płaszcze przy drzwiach.
Ludzie wracali na środek ulicy, zanim patrol zdążył odejść.
Krew została na bruku.
Eiran zrobił krok w stronę strażników.
Lira chwyciła go za rękaw i szarpnęła.
Eiran zatrzymał się po pierwszym kroku. Dopiero wtedy zrozumiał, że ruszył. Nie wiedział, co zrobi, kiedy dotrze do strażników. Lira była zbyt lekka, żeby go utrzymać, i stała pod złym kątem. Pociągnięcie wystarczyło tylko, żeby odwrócił głowę.
“Podejdziesz, zabiorą również ciebie.”
Lira puściła materiał. Nie próbowała chwycić go ponownie. Stała nieruchomo i patrzyła na patrol.
Eiran spojrzał za nim. Zatrzymanego ciągnęło dwóch strażników. Czubki jego butów szurały po kamieniach. Głowa opadła mu na pierś, lecz klatka piersiowa nadal się poruszała. Żył.
Eiran mógł ich dogonić. Wystarczyło przepchnąć się między kobietą z koszem a tragarzem, który ustawiał wózek z powrotem na drodze. Strażnicy nie odeszli daleko.
Gdyby krzyknął, zwróciliby się przeciwko niemu. Potem przeszukaliby mu ubranie.
Poczuł pod ubraniem srebrny klucz. Zwykły ciążył w kieszeni.
Następnym razem mogli zabrać notatki i próbki.
Patrol przesuwał się dalej. Lira nie trzymała już Eirana. Mógł ruszyć.
Nie ruszył.
Odwrócił się w stronę pracowni.
Tłum zamknął przejście pozostawione przez strażników. Handlarz ponownie wykrzykiwał cenę cebuli. Woźnica uderzył konia lejcami. Koła potoczyły się przez krew. Przechodnie omijali zęby leżące między kamieniami.
Eiran nadal słyszał uderzenie pałki. Krótki trzask, po którym szczęka mężczyzny przesunęła się w bok. Nie zastanawiał się nad nim. Po prostu słyszał.
Przy drzwiach pracowni nadal nikt nie stał.
Ulica wokół pozostawała zatłoczona i głośna. Eiran zwolnił. Spojrzał na okna po przeciwnej stronie, wejścia do sąsiednich domów i ludzi przepychających się między straganami. Nikt nie zatrzymywał wzroku na pracowni.
Lira minęła drzwi i obejrzała framugę.
“Zostaję na zewnątrz.”
Eiran spojrzał na nią.
“Ktoś musi widzieć, kto podchodzi. Przy drzwiach nikogo nie ma.”
“Nie stój tutaj.”
“Nie zamierzałam.”
Podniosła wzrok ku zamkniętym okiennicom na piętrze. “Rzucę kamykiem w górną. Jeden raz. Jeśli go usłyszysz, ktoś idzie. Nie wracaj do tych drzwi.”
Eiran nie odpowiedział.
Lira odeszła pierwsza. Przeszła na drugą stronę ulicy, lecz nie zatrzymała się naprzeciwko pracowni. Wsunęła się pomiędzy klientów przy straganie z używanymi ubraniami. Zdjęła z wieszaka dziecięcy kaftan i zaczęła sprawdzać szwy, jakby zamierzała go kupić. Po chwili zasłonili ją dorośli.
Eiran został przy drzwiach. Na drewnie nie było pieczęci. Zamek nie nosił świeżych rys. Nikt nie próbował wyłamywać desek ani podważać zawiasów. Wejście wyglądało tak samo jak wtedy, gdy Saeron nadal pracował, a Eiran przychodził przed świtem rozcierać pigmenty.
Wyjął zwykły klucz. Srebrny klucz pozostał pod ubraniem.
Eiran wsunął klucz do zamka. Przekręcił go bez oporu.
Zatrzymał dłoń na klamce i ponownie spojrzał na ulicę. Nie odnalazł Liry pomiędzy klientami straganu. Nie zobaczył również nikogo, kto obserwowałby wejście.
Nacisnął klamkę.
Za progiem było ciemno. Eiran wszedł do środka i pociągnął drzwi. Gwar ulicy przycichł, kiedy szczelina zmalała do szerokości palca. Lira została po drugiej stronie.
Eiran zamknął za sobą drzwi.
Scena III
Przez chwilę pozostał przy drzwiach z dłonią wspartą na klamce.
Ulica nie zniknęła od razu. Przenikała przez drewno stukotem kół na nierównym bruku, nawoływaniem handlarzy i odległym szczekaniem psa. Gdzieś pomiędzy tymi dźwiękami, po drugiej stronie drzwi, została Lira.
Mógł jeszcze wrócić.
Obiecał dziewczynce, że nie potrwa to długo, choć teraz ta obietnica wydawała mu się podejrzanie wygodna.
Palce zacisnęły się na klamce, lecz po chwili ją puścił.
Kilka minut powinno wystarczyć.
Pracownia wyglądała niemal tak, jak ją zapamiętał, i właśnie ta pozorna zwyczajność wzbudziła jego niepokój.
Północne okna wpuszczały równe, chłodne światło. Na kamiennej płycie zaschły resztki pigmentu, pod ścianą stały płótna odwrócone licem do muru, a w palenisku dogasało drewno. Zapach oleju lnianego mieszał się z popiołem, mokrą zaprawą i mineralnym pyłem. Był tak znajomy, że Eiran niemal spodziewał się usłyszeć za plecami zniecierpliwione westchnienie Saerona.
Mistrz mawiał, że dobre światło powinno być uczciwe. Nie upiększać ani ukrywać. Pozwalać rzeczy pozostać tym, czym była.
Eiran przeszedł pomiędzy stołami, z początku nie dostrzegając niczego niewłaściwego. Dopiero przy trzeciej sztaludze zwolnił.
Stał na niej niedokończony portret kobiety.
Jej twarz była odsłonięta.
Saeron zawsze zakrywał niedokończone twarze. Nie przejmował się pejzażami, studiami dłoni ani szkicami architektury, lecz oczy traktował inaczej.
Kiedy Eiran zapytał kiedyś, czy naprawdę wierzy, że niedokończony portret może patrzeć, Saeron odpowiedział, że człowiek nie musi w coś wierzyć, żeby nie chcieć spać z tym w jednym pomieszczeniu.
Lniane płótno, którym zwykle osłaniał obraz, leżało zwinięte pod sztalugą.
Ktoś je zdjął.
Eiran rozejrzał się uważniej. Nie było przewróconych mebli, rozbitych skrzyń ani śladów gwałtownego przeszukania. Jeśli ktoś tu wszedł, nie przyszedł niszczyć.
Szukał.
Najpierw podszedł do sekretnej szafki. Wyjął srebrny klucz, wsunął go do zamka i przekręcił. W środku nadal leżały prywatne notatki i próbki Saerona. Przejrzał je szybko, lecz nie znalazł niczego, co wyjaśniałoby ranę Merana. Zamknął szafkę i schował klucz.
Pierwsza szuflada przy stole była niedomknięta. Znalazł w niej tylko węgiel, kredę, sznurek oraz stary nóż do skrobania zaprawy. W następnej leżały studia dłoni i tkanin.
Dopiero przy trzeciej zauważył coś istotnego.
Arkusze ułożono w niewłaściwej kolejności.
Dla obcego nie miałoby to znaczenia. Saeron potrafił przez lata przechowywać wypaczone deski, a zarazem wpadać w złość, gdy ktoś przestawił jego papier. Studia układał zawsze według formatu, największe na spodzie, najmniejsze na wierzchu.
Tutaj kilka małych rysunków wsunięto pod większe.
Ktoś je przeglądał.
Eiran zaczął robić to samo.
Przesuwał kolejne studia dłoni, fragmenty rękawów, profil starego mężczyzny i szkic kolumny. Saeron rozbierał ludzi na części, zanim składał ich na obrazie z powrotem w całość. Czasem tygodniami ćwiczył sam układ palców albo sposób, w jaki tkanina opadała na ramię.
Jeden z arkuszy zatrzymał Eirana w pół ruchu.
Był na nim Meran Vey.
Saeron nie opracował jeszcze twarzy, jedynie postawę, ustawienie barków, ceremonialny strój i dłoń spoczywającą przy pasie.
Studium do Obrazu Jedności.
Eiran położył rysunek na stole i wyjął następny. Saeron zmienił na nim nieznacznie ustawienie ramienia. Na kolejnym sylwetka Merana była pochylona odrobinę bardziej w bok.
Dopiero na czwartym szkicu pojawiła się cienka kreska tuż pod lewym uchem.
Eiran nachylił się.
Na następnym ślad był dłuższy. W kolejnym Saeron użył czerwonej kredy, prowadząc linię dokładnie w miejscu, którego Eiran od dnia zabójstwa starał się nie przywoływać w pamięci.
Bezskutecznie.
Pamiętał cienkie, czerwone przecięcie pod lewym uchem Merana na Obrazie Jedności.
Rana znajdowała się tam, gdzie kończyła się ostatnia kreska Saerona.
Odsunął arkusze.
To nadal niczego nie dowodziło. Saeron mógł wrócić do szkiców po śmierci Merana. Mógł słyszeć szczegóły zabójstwa, których Eiran nie znał. Mógł nawet wiedzieć wcześniej o planowanym zamachu. Ta możliwość była ponura, ale wciąż należała do świata, który dało się pojąć.
Ludzie spiskowali, zabijali i kłamali.
Cuda nie były do tego potrzebne.
Przeszukał resztę szuflady, lecz nie znalazł niczego podobnego. Dopiero wtedy spojrzał na skrzynie ustawione pod ścianą.
Dwie nosiły ślady niedawnego otwierania. Trzeciej ktoś najwyraźniej nawet nie dotknął.
Nic dziwnego. Była najgorsza ze wszystkich: wypaczone wieko, pęknięty zawias, bok pokryty zaschniętą smugą kleju. Saeron przechowywał w niej wadliwe deski, spękane podobrazia i wszystko, co rozsądny człowiek dawno wrzuciłby do paleniska.
‘Błąd jest nadal materiałem’, powtarzał, kiedy Eiran próbował wyrzucić kolejną krzywą deskę.
Przez lata uważał te słowa za filozoficzne usprawiedliwienie zwykłego zbieractwa.
Teraz uklęknął przy skrzyni.
Wewnątrz znalazł głównie to, czego się spodziewał: deski z popękaną zaprawą, kilka krzywych listew i dwa niewielkie płótna. Przesuwał je bez większego zainteresowania, aż na jednej z desek dostrzegł fragment ceremonialnego stroju.
Wyciągnął ją.
Meran.
Tym razem namalowany farbą.
Twarz była zaledwie rozpoczęta, lecz tułów i fałdy stroju Saeron opracował znacznie dokładniej. Pod lewym uchem znajdował się czerwony ślad.
Eiran uniósł deskę do północnego światła.
Pod wierzchnią warstwą farby prześwitywała wcześniejsza wersja rany, umieszczona odrobinę wyżej. Jeszcze głębiej widział ślad kolejnej próby.
Saeron nie namalował jej raz. Poprawiał miejsce.
Szukał go.
Eiran odwrócił deskę i poczuł, jak żołądek zaciska mu się powoli, nie od nagłego szoku, lecz od nieprzyjemnej pewności czegoś rozpoznanego.
Na odwrocie widniały trzy kreski: dwie równoległe przecięte trzecią.
Jego znak.
Pamiętał tę partię desek. Zaprawę wymieszał źle, lecz uparcie twierdził, że wszystko zrobił zgodnie z instrukcją. Saeron, zamiast się z nim kłócić, kazał oznaczyć każdą przygotowaną tamtego dnia deskę.
‘Kiedy zaczną pękać, przynajmniej będziesz wiedział, z kim się kłócić’.
Pękły prawie wszystkie.
Było to dawno przed zabójstwem Merana.
Eiran przesunął kciukiem po swoim starym znaku.
Sama deska niewiele jednak rozstrzygała. Saeron mógł sięgnąć po nią znacznie później i domalować ranę już po śmierci Merana.
Mógł.
Eiran przytrzymał obraz pod innym kątem. W czerwonej farbie dostrzegł drobne pęknięcia biegnące zgodnie z uszkodzeniami zaprawy, lecz nie znał się na starzeniu pigmentów na tyle dobrze, by ufać własnemu osądowi.
Saeron potrafiłby to rozpoznać.
Ta myśl zirytowała go niemal tak samo, jak przestraszyła.
Powiedział cicho: “Co zrobiliście?”
Pracownia odpowiedziała trzaskiem drewna w palenisku.
Odłożył deskę ze studium Merana, lecz niemal natychmiast po nią sięgnął.
Nie miał dowodu. Miał coś bardziej niewygodnego: powód, żeby dalej pytać.
Przeszedł do części pracowni, w której Saeron przechowywał rzeczy nieprzeznaczone dla dworu. Były tam studia ulic, stare mury, mosty, dachy i twarze ludzi, których nazwisk w pałacu nikt nie znał.
Przeglądał je już wolniej, nie szukając konkretnego obrazu, lecz powtórzeń.
Saeron potrafił miesiącami wracać do jednego motywu, jakby obraz za pierwszym razem odmówił mu odpowiedzi. Czasem interesował go układ dłoni, innym razem cień padający pod określonym kątem albo twarz człowieka zobaczonego ledwie raz.
Na kilku szkicach Eiran rozpoznał tę samą bramę.
Znał ją dobrze. Prowadziła do starej części miasta, gdzie na dolnych kondygnacjach kamienic pracowali farbiarze i garbarze. Zapach ich warsztatów zwykle docierał do przechodnia szybciej niż szyldy.
Pierwsze studium nie przedstawiało niczego niezwykłego: bramę, wóz i strażnika opartego niedbale o mur. Drugie różniło się jedynie perspektywą.
Trzecie wykonano olejem.
Eiran wyjął deskę.
Brama nadal stała nienaruszona. Nie było ognia, paniki ani walących się murów. Kobieta szła z koszem, dziecko ciągnęło drewnianą zabawkę, a mężczyzna prowadził osła za uzdę. Saeron uchwycił zwyczajny dzień tak przekonująco, że Eiran niemal odłożył obraz bez dalszego oglądania.
Wtedy zauważył cienie.
Kosz rzucał cień na bruk. Dziecko także. Cień osła rozciągał się ku studni, a nawet cienki drewniany słup przy murze odpowiadał kierunkowi światła.
Tylko brama nie rzucała żadnego.
Eiran przybliżył obraz do okna.
Szukał błędu perspektywy, miejsca, w którym Saeron zamierzał dopiero położyć ciemniejszą farbę, albo zwyczajnej niedokładności pozostawionej w niedokończonym studium.
Nie znalazł niczego podobnego.
Brama stała pośród światła, które zdawało się wiedzieć, co zrobić ze wszystkim poza nią.
Eiran odwrócił deskę.
Nie było daty, podpisu ani notatki. Jedynie ciemna smuga pozostawiona przez palec.
Mógł to być eksperyment, pomyłka albo praca przerwana w połowie. Im dłużej jednak patrzył, tym mniej przekonywał go przypadek.
Coś stuknęło na podwórzu.
Opuścił deskę i zaczął nasłuchiwać.
Po kilku sekundach rozległ się kolejny dźwięk, cichszy od pierwszego. Metal dotknął kamienia.
Nie podszedł bezpośrednio do okna. Stanął przy bocznej framudze i dopiero stamtąd wyjrzał pod kątem.
Przy przeciwległej ścianie stał mężczyzna w płaszczu zapiętym wysoko pod szyją, zbyt wysoko jak na łagodną pogodę. Nie patrzył na pracownię. Właściwie niczego nie robił.
Właśnie ta bezczynność zatrzymała uwagę Eirana.
Człowiek czekający zwykle się rozgląda, poprawia ubranie albo przenosi ciężar z nogi na nogę. Ten niemal się nie poruszał.
Po chwili w bramie podwórza pojawił się drugi mężczyzna.
Pierwszy nie ruszył się spod przeciwległej ściany. Drugi skierował się ku wejściu do pracowni. Chwilę później w bramie pojawił się trzeci i poszedł za nim.
Eiran cofnął się od okna.
Z oddali dobiegł dzwonek miejskiego patrolu. Ktoś zamykał żelazną kratę sklepu, a nad dachami zbierał się dym z wieczornych palenisk. Miasto wchodziło w wieczór, nieświadome tego, co działo się w jednej z jego pracowni.
Kroki zbliżały się do drzwi.
Eiran spojrzał na rozłożone prace: malowane studium Merana, obraz bramy, kilka szkiców i niewielki notatnik przy ścianie. Nie wiedział, co z tego naprawdę miało znaczenie. Nie był nawet pewien, czy dwa obrazy, które przyciągnęły jego uwagę, znaczyły cokolwiek.
Klamka poruszyła się.
Decyzję podjął natychmiast.
Wziął studium Merana i obraz bramy, po czym wsunął obie deski do płóciennego pokrowca używanego do przenoszenia niewielkich prac.
Za drzwiami zazgrzytał metal.
Spojrzał jeszcze na notatnik. Przez sekundę chciał po niego wrócić, lecz za nim czekały szkice, próbki i kolejne szuflady.
Nie miał czasu wybierać po raz drugi.
Drewno jęknęło pod naciskiem.
Eiran pobiegł ku tylnej ścianie.
Niski otwór transportowy służył do wynoszenia ram i większych płócien na podwórze. Saeron od lat twierdził, że trzeba go poszerzyć, po czym konsekwentnie znajdował ważniejsze rzeczy do zrobienia.
Eiran odsunął zasuwę i przepchnął pokrowiec na zewnątrz.
Za plecami rozległ się trzask.
Drzwi puściły.
Przecisnął się bokiem przez otwór, zahaczając ramieniem o kamienną framugę. Ból rozszedł się po barku, lecz nie zwolnił. Chwycił pokrowiec i przywarł do ściany pod oknem.
W pracowni zabrzmiały kroki.
Nie były gwałtowne.
To niepokoiło bardziej niż pośpiech.
Jedną ze skrzyń przesunięto po deskach, później drugą. Dobiegło go kilka słów, lecz kamienna ściana i odległość rozmyły ich sens.
Eiran przesunął się za stos pustych ram i czekał.
Usłyszał szelest papieru, odgłos otwieranej szuflady i kolejny krok.
Po chwili jeden z mężczyzn odezwał się wyraźniej.
“Nie ma.”
Zapadła krótka cisza.
“Szukaj dalej.”
Eiran nie wiedział, czego szukali, i nie zamierzał zostać dostatecznie długo, by się dowiedzieć.
Przycisnął pokrowiec do boku i ruszył wzdłuż ściany, korzystając z cienia sąsiedniego budynku. Dopiero za bramą podwórza przyspieszył.
Wpadł w wąską uliczkę pomiędzy kamienicami. Bruk przecinał otwarty odpływ, z pobliskiego warsztatu czuć było gorący łój, a przez okno na piętrze zwisało wilgotne pranie. Ktoś wynosił skrzynie na ulicę i zaklął, kiedy Eiran niemal na niego wpadł.
Nie oglądał się. Pokrowiec uderzał go o biodro przy każdym kroku.
Dopiero za drugim skrzyżowaniem zwolnił. Zaczął nasłuchiwać, próbując odróżnić ewentualny pościg od zwyczajnego rytmu ulicy.
Nie usłyszał niczego podejrzanego.
Wtedy przypomniał sobie o Lirze.
Poczucie ulgi zgasło natychmiast.
Przyspieszył.
Przeciął ulicę, skręcił przy kamienicy z kamiennym podcieniem i zbiegł po kilku niskich stopniach.
Stragan, przy którym widział ją po raz ostatni, był pusty.
Zatrzymał się tak gwałtownie, że pokrowiec uderzył go w żebra.
“Lira?”
Nie odpowiedziała.
Podszedł bliżej. Był pewien miejsca. Przy murze leżał ten sam kawałek drewna, a jedna z beczek stała nieco dalej od ściany niż wcześniej.
Zajrzał za nią.
Nikogo.
“Lira!”
Tym razem kilka osób odwróciło głowy, lecz nie dostrzegł wśród nich Liry.
Dalej znajdowało się wąskie przejście pomiędzy budynkami, ledwie szczelina pozostawiona między dwiema ścianami. Dorosły człowiek musiałby obrócić barki, żeby się tam przecisnąć.
Eiran zajrzał do środka.
Dostrzegł tylko ciemność i kawałek mokrego bruku.
Zawołał jeszcze raz.
Bez odpowiedzi.
Cofnął się na ulicę, próbując zdecydować, gdzie dziewczynka mogła pójść w swoim stanie. Chyba nie mogła dotrzeć daleko.
Nie sama.
Ta myśl była gorsza od poprzedniej.
Obiecał jej, że wróci.
Wrócił.
Eiran spojrzał za siebie.
Po drugiej stronie ulicy stał mężczyzna.
Nie potrafił stwierdzić, czy widział go wcześniej. Kiedy ich spojrzenia niemal się spotkały, obcy odwrócił głowę i ruszył powoli w przeciwnym kierunku.
Mógł być przypadkowym przechodniem.
Eiran powiedział sobie, że wróci i poszuka dalej. Najpierw jednak chciał mieć pewność, że nikt za nim nie idzie.
Ruszył dalej, przyciskając pokrowiec pod ramieniem.
Na jednej z desek Saeron namalował ranę Merana w sposób, którego Eiran nie potrafił już łatwo wyjaśnić. Na drugiej zwyczajna brama stała pośród zwyczajnego dnia i jako jedyna nie pozostawiała po sobie cienia.
Żaden z obrazów niczego jeszcze nie dowodził.
Oba wystarczały, by najprostsze wyjaśnienia przestały być wygodne.
Eiran zniknął za rogiem.
Dopiero kiedy jego kroki ucichły, głęboko w szczelinie pomiędzy budynkami poruszył się skrawek brudnej tkaniny.
Po chwili ciemność znów znieruchomiała.