Elaris · Rozdział IV
Srebrny klucz
Miejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.
Scena 1
Niebo blade, jeszcze niebieskawe, ale już nie całkiem nocne, wciskało się przez szparę nad oknem. Kiedy Eiran się obudził, nie wiedział, co wyciągnęło go ze snu: czy czyjeś kroki w korytarzu, czy sztywność karku po nocy spędzonej na zwiniętej pelerynie, czy myśl, która była tak głośna, że musiał ją przerwać.
Czuł w ustach smak starego popiołu. Zanim zdążył się wyprostować, wiedział, że nie zaśnie już do świtu.
Pracownia Saerona, ta sama, w której przez całe lata mieszali pigmenty i naprawiali ramy, była teraz pusta i bezgłośna. Szuflady pozostawiono wysunięte, lniane osłony leżały na podłodze, a w magazynie został jasny prostokąt kurzu po zabranym Obrazie Jedności. Dwaj ludzie, którzy wynieśli płótno, nie powiedzieli Eiranowi, co stanie się z Saeronem.
Nie czekał na powitanie. Zszedł na ulicę i przeciął budzący się plac. Droga na pałacowe wzgórze zajęła mu kilkanaście minut. Im wyżej wchodził, tym mniej było otwartych okien, a więcej ludzi, którzy milkli na jego widok. W zewnętrznym dziedzińcu służka odsunęła się od niego niemal teatralnie, uderzając łokciem w kubek z wodą. Zimna woda rozlała się na płytki i po chwili wsiąkła w lnianą szmatę.
Przy bocznej bramie prowadzącej do górnego pawilonu stali dwaj strażnicy w ciemnych kurtkach z herbem pałacu. Jeden z nich, może ledwie starszy od Eirana, miał twarz gładką jak szkło i oczy, które nigdy nie patrzyły wprost. Drugi był niższy, włosy zlepione potem. Tego drugiego znał z widzenia — bywał tu czasem, w chłodniejszych miesiącach, ogrzewając dłonie nad płomieniem, kiedy przynoszono Saeronowi listy do podpisu.
Dziś nie było żadnych listów. Ani pytań.
— Nie przyjmuje — powiedział niższy, gdy tylko Eiran próbował ich wyminąć.
— Chcę zobaczyć się z mistrzem Saeronem.
— Rozkaz był prosty.
Eiran nie spuścił wzroku. Nie musiał nic udawać, jego zmęczenie było autentyczne.
— Kto wydał rozkaz?
— Rada Dworu — powtórzył strażnik. Ostatnie dwa słowa wypowiedział ciszej. Nie czuł się pewnie, blokując drogę uczniowi człowieka, którego jeszcze wczoraj wpuszczano bez pytań.
— Zawsze mogłem przynieść mu jedzenie. Notatnik. Nawet wtedy, gdy malował portrety rady. — Eiran mówił cicho, z ociąganiem, jakby każda zgłoska była testem.
— Dziś nie. — Służka, która szorowała kamienie pod krużgankiem, przestała pracować i nasłuchiwała.
Strażnik sięgnął do pasa i wyjął duży żelazny klucz. Pokręcił nim w palcach, nim schował go z powrotem do kieszeni.
— Jutro o tej godzinie mistrz Saeron zostanie przeniesiony z tymczasowej izby zatrzymań do cel pod pawilonem północnym. — Mówiąc to, strażnik spojrzał ponad ramieniem Eirana, na drzwi prowadzące do ogrodu. Za nimi stało dawne skrzydło służby z rzędem niskich okien. Eiran znał budynek; nie znał tylko drogi, której nie pilnowano. — Zgodnie z decyzją Rady dostęp do niego zostaje zawieszony.
— Zawieszony — powtórzył Eiran, żeby usłyszeć własny głos.
Drugi strażnik spojrzał ukradkiem na kolegę. W oczach miał nie tyle pogardę, co coś bliższego współczuciu, jakby przez chwilę widział Eirana w tej samej roli, w jakiej sam zaraz mógł się znaleźć.
— Przepraszam — mruknął. Chyba nawet wierzył w szczerość tego słowa.
Pozostawało odejść, chociaż nie miał dokąd.
Kamienne schody prowadziły w dół, do zewnętrznego dziedzińca. Tam, pomiędzy ścianą pawilonu a rowem pełnym błotnistej wody, snuli się pojedynczy służący, przemykali chłopcy od stajni, dziewczyna w brudnym fartuchu. Każdy z nich wiedział, że coś się zmieniło, że plotka już obiegła całą posiadłość.
Zatrzymał się przy niskim murze. Chropowata cegła zahaczyła o skórę rękawiczki. Jeżeli zostanie dłużej, strażnicy usuną go z dziedzińca. Jeżeli odejdzie, do następnego ranka będzie miał tylko to, co zdoła zrobić poza ich wzrokiem.
Było chłodniej niż wczoraj. Wiatr podnosił suchy piach z dziedzińca i rozdmuchiwał go w stronę zamkniętych okien pawilonu. W górze, nad linią dachu, wyłaniał się cienki dym z paleniska. Eiran próbował wyobrazić sobie, co Saeron robi w tej chwili: czy siedzi przy stole, milczy, jak to miał w zwyczaju, czy może już wie, że zamknęli mu dostęp do świata.
Przeszedł wzdłuż muru aż do bramy dla gości, tej samej, którą od rozpoczęcia pałacowego zamówienia przekraczał niemal codziennie z notatkami i zamówieniami dla mistrza. Dziś po obu stronach stali strażnicy, inni niż tamci u góry. Obcy. Byli tak samo nieprzeniknieni jak kamień, jakby wymieniono ich razem z powietrzem o świcie.
— Spodziewają się, że ucieknę? — spytał cicho Eiran, raczej do siebie niż do kogokolwiek innego.
Służka z wiadrem spojrzała na niego kątem oka, zacisnęła usta. Strażnicy nawet nie drgnęli.
Nie był więźniem, lecz strażnicy już decydowali, gdzie wolno mu stać, co wolno przekazać i czyja odpowiedź do niego dotrze.
Spróbował raz jeszcze.
— Jeżeli mistrz poprosi o coś… — zaczął.
— Nie przekażemy.
Wiatr nasilał się i przynosił od strony północnych sadów zapach dymu oraz mokrej ziemi.
Do jutra miał niewiele czasu. Później Saeron zniknie w celach pod pawilonem północnym.
Stał przez chwilę, jakby czekał na sygnał. Nic nie nadeszło. Potem ruszył w stronę dziedzińca, powoli, bo tylko na to pozwalano mu teraz.
Każdy krok brzmiał, jakby ktoś zamykał kolejną bramę za jego plecami.
Scena 2
Zamkowy dziedziniec o tej porze wyglądał, jakby odcięto go od reszty świata — żadnych delegacji, żadnych powozów, tylko zamknięte okiennice i zamieciony żwir, po którym poruszali się wyłącznie ci, których kazano nie widzieć. Eiran szedł środkiem bramy, nie oglądając się na to, czy ktoś śledzi jego kroki. Czuł, że i tak już niczego nie ukryje.
Zanim zdążył minąć ogród dla służby, poczuł ruch przy biodrze. Nie był to dotyk silny, raczej wślizg jak mróz między warstwy ubrania. Automatycznie sięgnął do pasa — i już wiedział, że jest za późno.
Obrócił się i zobaczył tę samą dziewczynę w brudnym fartuchu, którą wcześniej minął przy rowie. Musiała wejść z ludźmi niosącymi zapasy do kuchni; teraz fartuch miała podwinięty pod kurtkę, a pusty kosz porzuciła przy murze. Mogła mieć trzynaście albo czternaście lat. Była drobna i zwarta, o nierówno obciętych ciemnobrązowych włosach. Szeroko osadzone brązowe oczy zatrzymały się na nim tylko na chwilę; piegi na grzbiecie nosa przypominały o młodym wieku, którego nie było w jej ruchach. Dłonie przyzwyczajone do wyciągania rzeczy z cudzych kieszeni natychmiast przypomniały Eiranowi podwórka Dolnych Kanałów.
Dziewczyna szła już kilkanaście kroków przed nim, niby mimochodem przeciskając się między beczką a ścianą, z głową pochyloną nisko. W jednej dłoni trzymała czarną szmatkę; drugą, tę najważniejszą, miała teraz ukrytą pod połami kurtki.
Na moment wtopiła się w cień, potem zniknęła za kamiennym łukiem prowadzącym do zaplecza kuchni. Eiran przyspieszył, stawiając kroki twardo i bezgłośnie. Mógł ją wołać, ale od razu zrozumiał, że to nie przyniosłoby nic prócz śmiechu. Musiał złapać ją sam.
Za rogiem znowu ją zobaczył, lecz tylko na ułamek sekundy. Biegła w stronę muru oddzielającego zewnętrzny dziedziniec od miasta. Biegnąc, zmieniła tor dwa razy, jakby wiedziała, gdzie stoją obserwatorzy i jak unikać prostych linii. Odbiła się od skrzyni, skoczyła przez niski parkan i natychmiast zniknęła.
Wiedziała, jak zniknąć. To nie był jej pierwszy raz.
Eiran nie rzucił się do biegu od razu. Stanął, poczuł żółć w gardle, a potem sam siebie wyśmiał: Naprawdę myślałeś, że wygrasz z dzieckiem ulicy? Wiedział jednak, że nie chodziło o pieniądze. W sakiewce znajdował się srebrny klucz do sekretnej szafki Saerona — jedyny dostęp do notatek, których dwór mógł nie znaleźć.
Ruszając z miejsca, Eiran dostrzegł ślady. Niewielki odcisk na miękkim błocie, złamany fragment buta, wygięty gwóźdź w desce od płotu. Za dzieciaka sam biegał tymi ścieżkami, a teraz — choć minęły lata — nadal wiedział, gdzie można się schować, a gdzie strażnicy nie będą szukać.
Poszedł za nią.
Miasto pod zamkiem nie spało o tej godzinie. Ono czuwało — na brzmienie kroków, na odgłos przewróconego wiadra, na nieznany cień. Eiran przeszedł przez targowisko, które nawet o świcie śmierdziało rozlaną wodą i resztkami cebuli, potem podłużną ulicą zbudzoną dopiero przez szczekanie psów.
Dziewczyny nie było widać. Na progu jednej z ruder błoto zachowało jednak wąski odcisk podeszwy z ubytkiem przy pięcie — taki sam jak na ścieżce za pałacowym murem.
Wszedł w podwórko i poczuł, jak powietrze staje się wilgotne, ciężkie. Był pewny, że dziewczyna nie oddali się dalej niż na kilka kroków — po to, by sprawdzić, czy ktoś ją śledzi. Jeśli ją wystraszy, zniknie na dobre.
Wyszedł z podwórza na boczną ulicę. Stanął na środku, gapiąc się przez chwilę w ścianę szarej cegły. Był przekonany, że go obserwuje. Czuł to.
Wyciągnął rękę i potrząsnął nią, jakby odganiał muchę. — Chcę tylko to, co moje — powiedział. Wcale nie głośno, ale w pustce brzmiało to jak komenda.
Czekał. Nic.
Odwrócił się, udając, że odpuszcza. Zrobił trzy kroki. Wtedy zauważył czarną głowę wystającą z okna na wysokości może jego klatki piersiowej i parę oczu rejestrujących ruch szybciej niż mrugnięcie.
Eiran wiedział, że przegrał pierwszy ruch, ale drugiego nie zamierzał oddać za darmo.
Podszedł do ściany i oparł się o nią. Wyjął z kieszeni resztkę węgla rysunkowego i zaczął bazgrać na cegle.
Z okna zamajaczyła sylwetka dziewczyny. Patrzyła na niego, jakby próbowała zdecydować, czy jest groźny, czy tylko głupi.
— Umiesz czytać? — rzucił w jej stronę.
Milczenie.
— Jeśli nie, zostawię znak.
Dziewczyna zamrugała szybko, potem zniknęła. Kilkanaście sekund później z innej strony podwórka przemknął cień, drobny i zwarty jak łasica.
Eiran uśmiechnął się pod nosem. Przynajmniej wiedział, gdzie jej szukać.
Na razie to wystarczyło.
Scena 3
Dziewczyna pozwalała mu iść swoim śladem. Co kilka ulic pokazywała się na moment, sprawdzając, czy Eiran nadal za nią podąża i czy nie przyprowadził patrolu. Utrzymywała kilkanaście kroków przewagi, lecz nie próbowała już zniknąć całkowicie. Prowadziła go coraz niżej: najpierw brukiem, potem miękkim błotem, aż do plątaniny podwórek bez szyb w oknach.
Klucz był prezentem od Saerona: prawdziwe srebro, wygrawerowana główka i drobny motyw przypominający malarski ornament. Nie otwierał głównego wejścia, lecz sekretną szafkę z prywatnymi notatkami i próbkami mistrza. Jeżeli dwór opieczętuje pracownię, zawartość szafki może pozostać jedyną rzeczą, której wcześniej nie przejęto.
Dlatego poszedł za nią bez słowa.
Mijali ludzi już rozbudzonych — kobietę z dzbankiem wody, chłopaka wrzucającego węgiel do pieca, starego żebraka wycierającego twarz po nocy spędzonej pod ścianą. Ulice robiły się coraz ciaśniejsze; tu i ówdzie biegały szczury, ale nikt nie przejmował się ich obecnością.
Dziewczyna zwolniła przy jednym z mostków, wyraźnie czekając, czy Eiran się zbliży. Spojrzała na niego z przekąsem, jakby był nieproszonym psem za jej ogonem.
— Zostaw. Nie idź za mną — syknęła.
Była drobna, a jednocześnie w jej głosie pobrzmiewało zmęczenie dorosłego.
— Potrzebuję tylko klucza — powiedział Eiran, nie podnosząc głosu. — Zabierz monety, nawet te schowane wewnątrz sakiewki.
Dziewczyna prychnęła, coś na kształt śmiechu, jakby nawet nie musiała sprawdzać.
— Kogo obchodzi twój klucz? — mruknęła, ale już się odwracała, idąc w stronę ciemniejszego zaułka.
W tej samej chwili z bocznej ulicy wyszło trzech mężczyzn. Nie mieli mieczy ani noży. Nosili mundury patrolu, a przez ramiona przewiesili pałki. Rozstawili się szeroko, spychając dwóch żebraków pod ścianę.
Dziewczyna wyczuła zagrożenie, ale nie zawróciła. Zwolniła i — jakby dla niepoznaki — zaczęła prostować kurtkę, jednocześnie chowając coś do kieszeni.
— Stój! — krzyknął najwyższy z patrolu.
Nawet nie próbowała.
Strażnik mocno chwycił ją za ramię. Dziewczyna zatoczyła się, ale nie wydała dźwięku. Dopiero gdy palce wbijały się w jej nadgarstek, syknęła i owinęła drugą rękę wokół pasa strażnika.
Strażnik wyjął sakiewkę, którą przed chwilą ukradła, i podrzucił ją w dłoni jak ciężarek.
— I kto to? — rzucił z niesmakiem, przekazując znalezisko kolejnemu członkowi patrolu.
Dziewczyna się nie odezwała. Drugą ręką — tą, której strażnik nie trzymał — próbowała sięgnąć do kieszeni, w której Eiran spodziewał się znaleźć coś ostrego. Zapewne miała tam nóż albo, co gorsza, kawałek szkła. Gdy tylko jej palce zanurzyły się pod kurtkę, strażnik przycisnął ją do ściany z taką siłą, że uderzyła policzkiem w tynk.
Pod skórą na policzku dziewczyny zaczął rozlewać się ciemny ślad. Zacisnęła szczękę i nadal nie wydała dźwięku.
Nogi ugięły się pod nią na moment. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zamrugała kilka razy, jakby ulica przechyliła się pod stopami, i dopiero wtedy spróbowała ponownie wyrwać rękę.
— Myślałaś, że wystarczy biegać szybko? — wysyczał.
Eiran ruszył, zanim zdążył rozważyć, czy robi to dla niej, czy dla klucza. Wszedł pomiędzy nich i chwycił patrolowego za nadgarstek.
— Puść ją.
Strażnik uniósł pałkę, lecz Eiran się nie cofnął. Wyprostował się i spojrzał mu w twarz z chłodem podpatrzonym u Saerona podczas rozmów z dworem.
— To twoje dziecko? — prychnął strażnik.
— Moja pomoc. Pracuje dziś na zlecenie królewskiego sekretarza, Averana Sorna.
Chwila ciszy. Po drugiej stronie miasta to nazwisko niewiele by znaczyło. Tutaj, pod zamkiem, wszyscy wiedzieli, że Sorn mówił w imieniu dworu i potrafił zadawać pytania, na które strażnicy nie chcieli odpowiadać. Jeżeli dziewczyna wykonywała jego polecenie, każde kolejne uderzenie mogło oznaczać kłopoty.
Strażnik poluzował uścisk, ale nie wypuścił dziewczyny. Obejrzał się, szukając potwierdzenia u kolegów.
Eiran powtórzył wolno, z naciskiem:
— Jeśli dzisiaj dojdą do Averana Sorna wieści, że zatrzymaliście mojego człowieka, Rada natychmiast dowie się, kto zaczął. Naprawdę tego chcesz?
Drugi z patrolu uniósł ręce, jakby chciał zademonstrować neutralność. — Przepraszamy, panie. Nie rozpoznaliśmy.
Dziewczyna spadła na bruk jak worek mięsa, ale nie jęknęła. Podnosząc się, musiała podeprzeć się dłonią o ścianę. Przez chwilę stała z pochyloną głową i nierówno rozłożonym ciężarem ciała, zanim odważyła się zrobić krok.
Drugi strażnik wcisnął sakiewkę Eiranowi w dłoń. Potem patrol oddalił się, zostawiając go z dziewczyną na środku ulicy. W powietrzu unosił się zapach brudnej wełny, potu i starej krwi.
Przez dłuższą chwilę żadne z nich nie powiedziało słowa.
— Jak cię wołają? — zapytał Eiran.
Dziewczyna przesunęła językiem po rozciętym wnętrzu policzka i wypluła na ziemię coś, co mogło być fragmentem zęba.
— Lira.
— Nie potrzebuję pomocy — powiedziała Lira.
— Potrzebujesz pieniędzy — odparł Eiran.
Dziewczyna spojrzała na niego, nie kryjąc nienawiści.
— Oddaj klucz.
Lira wyciągnęła z kieszeni srebrny przedmiot i podniosła go wysoko. Musiała wyjąć go z sakiewki, zanim patrol zdążył ją przeszukać.
— To za ten cyrk — powiedziała. — Więcej niż jeden dzień nie pożyjesz, jak tak będziesz pajacował.
Chciała go upokorzyć, a może tylko sprawdzić, czy odważy się odebrać jej to siłą. Eiran zbliżył się, wyciągnął rękę. Lira próbowała cofnąć dłoń, ale on był szybszy. W mgnieniu oka chwycił jej palce, wykręcił je na tyle, by puściła klucz, ale nie na tyle, by złamać.
— Ja też wiem, jak boli — powiedział cicho.
Lira odskoczyła, przytrzymując dłoń drugą ręką. Przez moment wyglądała na kogoś, kto mógłby płakać, ale zaraz potem odwróciła się, plując na ziemię jeszcze raz.
— Następnym razem od razu tnę. — Głos jej się nie łamał, ale słowa wychodziły niewyraźnie przez krew zbierającą się w ustach.
Patrzyła na niego z boku, spod łuku brwi, jakby cały czas czekała na powtórne uderzenie.
Eiran ukrył klucz w wewnętrznej kieszeni kurtki.
— Nie będzie następnego razu — powiedział.
— Znasz przejście pod stare skrzydło służby od strony północnego muru? — zapytał.
Lira przycisnęła dłoń do obolałego policzka. Patrzyła na sakiewkę, nie na niego.
— Może.
— Pokaż mi.
— Za srebro. Jedna moneta za drogę. Drzwi otwierasz sobie sam.
— Dostaniesz ją, kiedy będę pod oknem.
Scena 4
Zaraz za rogiem, gdy już ucichły odgłosy butów patrolu, Lira przystanęła. Wciąż stała w półobrocie, z jedną stopą skierowaną ku dalszej części zaułka i ręką gotową do rzutu. Eiran widział, jak drżą jej palce i jak ostrożnie trzyma głowę, by nie poruszać obolałą szczęką. W powietrzu unosił się zapach starych ścieków.
Wyjął z sakiewki srebrną monetę, ale nie podał jej od razu.
— Najpierw droga.
— Najpierw zapłata — mruknęła Lira, jakby sprawdzała, czy potrafi wymówić te słowa bez śliny.
Eiran położył monetę na jej otwartej dłoni.
Lira potarła srebro paznokciem, po czym schowała je pod pasek.
— Za to pokażę ci przejście — powiedziała. — Jeśli nas złapią, nie znam cię.
Lira ruszyła pierwsza, wciąż przytrzymując jedną rękę przy boku. Eiran szedł pół kroku za nią i pozostawił między nimi tyle miejsca, by nie uznała jego bliskości za kolejną próbę chwytu.
Scena 5
Tym razem to Lira była przewodnikiem. Nie oglądała się na Eirana, nie sygnalizowała gestami, że ma za nią podążać. Po prostu szła, zakładając, że jeśli naprawdę czegoś chce, będzie musiał nadążyć.
Korytarz, do którego wprowadziła go przez przylegający ogród, był wilgotny od wiosennych roztopów. Ściany z czerwonej cegły były chłodne i miejscami miękkie od brudu, a pod stopami chlupały stare liście i drobne fragmenty gipsu, który latami odpadał od sklepienia. Każdy krok był stłumiony.
Nie rozmawiali. Lira zwalniała jedynie tam, gdzie cień był rzadszy, a dźwięk mógł odbić się od ścian. Eiran zauważył, że czasem zatrzymywała się tuż przy framudze — bez ruchu, jak czujka — zanim ruszała dalej, dwa lub trzy kroki szybsza niż on.
Światło, które docierało z okien wyżej, było sine i mdłe. Przed nimi pojawił się żelazny właz, obłupany z farby, prowadzący zapewne do komory na opał. Lira podważyła go zdrową ręką. Przy pierwszej próbie zachwiała się i oparła ramieniem o ścianę, lecz zaraz spróbowała ponownie. Schyliła się i wpełzła do środka.
Eiran na sekundę poczuł się idiotycznie, bo nie zorientował się od razu, że to nie ślepy zaułek. Wsunął się za nią, w tunel wyłożony kamieniem. Pachniało tu stęchlizną i zbutwiałym zbożem. Na końcu przejścia, za metalową kratą, widać było półokrągły dziedziniec i szereg niskich, oszklonych okienek, zza których ledwo przebijało światło świec.
Lira zatrzymała się przed kratą, kucnęła i przyłożyła ucho do ściany.
— Tu słychać wszystko — powiedziała po raz pierwszy, od kiedy weszli do tunelu.
Eiran nie odpowiedział, lecz zrobił to samo. Odgłosy były przytłumione, jakby dochodziły z wnętrza beczki, ale po chwili można było rozróżnić głosy: urzędowy, pośpieszny ton, potem coś, co przypominało śmiech, dalej pojedynczy kaszel. Chwilę później głosy ucichły.
Lira nie patrzyła na niego.
Po pięciu minutach Lira ostrożnie uchyliła kratę. Przeszli na dziedziniec i usiedli na kamiennych płytach pod jednym z niskich okien, plecami do ściany izby zatrzymań. Wyjście z tunelu mieli naprzeciwko; co pewien czas spoglądali w jego stronę. Lira wyciągnęła nóż. Przytrzymywała nim wyciągnięty z buta sznurek, jakby mogła użyć go natychmiast, gdyby ktokolwiek zbliżył się od strony tunelu.
Wtedy, przez wąską szczelinę nad żelaznym oknem, dostrzegli sylwetkę strażnika prowadzącego innego strażnika, wyżej postawionego, sądząc po jakości butów i ruchu ramion.
Na dziedzińcu panowała cisza. Eiran czuł, że pod nią toczy się inna walka; Lira liczyła tylko kroki strażników.
Zapłacił jej za drogę, nie za odpowiedzi.
Czekali tam razem, bez potrzeby słów.
Scena 6
Okna tymczasowej izby zatrzymań osadzono tuż nad ziemią i zamknięto grubymi kratami. Eiran i Lira przylgnęli do ściany, zza której dobiegał ledwo słyszalny dźwięk przesuwania mebli i kroków. Na zewnątrz pachniało zimnym dymem oraz mokrą trawą.
W końcu, kiedy cienie poruszyły się bliżej krat, zobaczyli go. Saeron stał nieruchomo, z ramionami opuszczonymi i wzrokiem wbitym w miejsce tuż obok drzwi. Miał na sobie tę samą znoszoną kurtkę, teraz posypaną zaschniętym pigmentem. Pod oczami leżały ciemne cienie, a przy linii włosów pozostała smuga czerwieni. Usta zaciskał tak mocno, że pobielały ich krawędzie.
Z początku nie dostrzegł Eirana. Dopiero po chwili, gdy chłopak zaryzykował cichy ruch w stronę okna, ich spojrzenia się spotkały.
Eiran odczytał w jego twarzy raczej rozpoznanie niż zaskoczenie, jakby Saeron miał dla niego gotowy zestaw słów, lecz nie mógł zdecydować, od którego zacząć.
Eiran nie był pewien, czy Saeron czeka na sygnał. Nie odrywał jednak wzroku, jakby samo utrzymanie spojrzenia mogło przekazać to, czego nie wolno im było powiedzieć.
Zza pleców Saerona wyłonił się strażnik. Wskazał na żelazny stół pod ścianą. Saeron poszedł tam bez słowa, opierając dłoń o kratę w taki sposób, jakby pamiętał dotyk czegoś bardziej elastycznego niż metal.
Lira skrzywiła usta. Ruch naciągnął rozcięty policzek i natychmiast starł grymas z jej twarzy.
— Mistrzowie zawsze najlepiej wyglądają zza kratki — powiedziała, półgłosem, bardziej do siebie niż do Eirana.
Eiran otworzył usta, lecz nie znalazł słów, których strażnik nie mógłby wykorzystać przeciwko Saeronowi. Zacisnął więc palce na krawędzi kraty.
Saeron podniósł głowę. Spojrzał na Eirana, potem ponad jego ramieniem, ku wąskiemu przejściu za kratą. Eiran nie wiedział, czy był to sygnał, ostrzeżenie, czy tylko ruch zmęczonych oczu.
Lira odwróciła się ku kracie.
— To przez niego goniłeś mnie przez pół miasta? — rzuciła Lira. — Przez niego i ten klucz?
Eiran dostrzegł w oczach Saerona cień uśmiechu. Nie wiedział, czy mistrz zrozumiał jej pytanie, czy był to tylko skurcz zmęczonych mięśni.
Lira otarła krew z kącika ust i splunęła pod ścianę.
— Myślałam, że chodzi ci o srebro — powiedziała Lira.
Saeron spojrzał na nich po raz ostatni.
Strażnik poprowadził go głębiej, tam, gdzie światło świec nigdy nie sięgało okien.
Zostali pod ścianą: Eiran, Lira i pytania, których nie zadali.