Elaris · Rozdział VI
Spis braków
Dla dorosłych czytelników: dosłowne sceny seksualne i przemoc.
Rozpocznij lekturęMiejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.
Scena I
W księdze brakowało trzech worków żyta.
W magazynie brakowało znacznie więcej. Zapach mówił o tym uczciwiej niż rachunki. Spod podłogi ciągnęła wilgoć, a od strony północnych komór napływała słodkawa woń mokrego ziarna, które zaczęło grzać się wewnątrz stosów. Gdzieś za ścianą szczur skrobał pazurami o deskę. Przestawał, kiedy nad pomieszczeniem przejeżdżał wózek, po czym zaczynał od nowa, cierpliwie i bez strachu.
Izba kontrolna pod magazynem Rezerw Korony była niska. Belki stropowe poczerniały od sadzy, na kamiennych ścianach osiadał tłusty kurz, a dwie łojowe świece dawały więcej dymu niż światła. W ich blasku cyfry w księdze wyglądały jak rząd drobnych ran.
Istran Vell dopisał wartość trzech worków, sprawdził sumę i osuszył atrament piaskiem. Paznokciem wyrównał krawędź księgi z krawędzią stołu, po czym wyprostował plecy. Krótko przycięte ciemnobrązowe włosy cofały się nad szerokim czołem i siwiały przy skroniach.
Dopiero wtedy podniósł wzrok. Ciężkie górne powieki sprawiały, że nawet skupienie jego szarobrązowych oczu wyglądało jak znużenie.
Mężczyzna stojący po drugiej stronie stołu nie był związany. Nie odebrano mu pasa ani noża. Miał wierzyć, że przyszedł złożyć sprawozdanie.
Na ramionach ciemnego kaftana wciąż nosił biały pył z pracowni Saerona. Prawy rękaw był rozdarty przy łokciu, na kostkach dłoni zaschła krew. Niewiele. Tyle, ile zostaje po uderzeniu w drzwi albo w czyjeś zęby.
Za jego plecami stali dwaj strażnicy magazynu. Nie patrzyli na niego. Jeden obserwował płomień świecy, drugi drzwi.
Przy bocznym pulpicie czekał pisarz z piórem uniesionym nad kartą.
Istran przesunął palcem po ostatniej kolumnie rachunków.
“O której weszliście?”
Mężczyzna przełknął ślinę.
“Za późno.”
“To nie jest godzina.”
“Kwadrans po zmianie północnej straży.”
Pióro pisarza zaskrzypiało.
“Którym wejściem?”
“Głównym. Zamek nie puścił od razu.”
Istran spojrzał na jego zakrwawione kostki.
“Ile czasu straciliście?”
“Może dwie minuty.”
“Minutę czy dwie?”
“Dwie.” Mężczyzna odruchowo cofnął zakrwawioną dłoń za plecy.
“Co zastaliście po wejściu?”
Mężczyzna odetchnął przez nos. Zaczynał rozumieć, że nie wystarczy opowiedzieć, co zrobił. Musiał również wymienić wszystko, czego nie zrobił.
“W palenisku był jeszcze żar. Na stole leżały rozłożone arkusze. W pracowni nikogo.”
“Tego nie wiesz.”
“Przeszukaliśmy ją.”
“Najpierw czy później?”
“Najpierw sprawdziliśmy główną salę.” Mężczyzna poprawił rozdarty rękaw, jakby mógł zasłonić nim przebieg nocy. “Potem zaplecze, skrzynie i miejsca za płótnami.”
Mężczyzna zacisnął szczękę.
“Znaleźliśmy niezamknięty otwór transportowy w tylnej ścianie. Zasuwa była odsunięta. Pył na krawędzi starty. Jedna z pustych ram przy ścianie została przesunięta. Pod nią nie było kurzu.”
Istran skinął na pisarza. Ten zanotował każde słowo.
“Jak świeży był ślad?”
“Jaśniejszy od reszty. Bez pyłu w środku.”
“To nie jest odpowiedź.”
Mężczyzna zerknął na strażników, jakby dopiero teraz zauważył ich obojętność.
“Ktoś wyszedł tamtędy krótko przed nami.”
“Jak krótko?”
“Kilka minut. Może mniej.”
“Widzieliście go?”
Istran położył opuszek na krawędzi księgi.
“Nie.”
“Przed wejściem?”
“Widzieliśmy Eirana. Przyszedł z dziewczyną. Handlarka spod pracowni zawołała na nią Lira.”
Pióro pisarza zawisło na moment przy imieniu dziewczyny.
“Słyszeliście, jak wychodził?”
“Nie.”
“Ruszyliście za nim?”
Cisza trwała odrobinę za długo.
“Rozkaz brzmiał, żeby przeszukać pracownię i zabezpieczyć wszystko, co mogło dotyczyć Merana.”
Istran przyglądał mu się bez słowa.
Rozkaz rzeczywiście tak brzmiał. Mężczyzna ukrył się za jednym czasownikiem jak żołnierz za zbyt wąską tarczą. Przeszukać. Nie ścigać. Nie zatrzymywać. Nie myśleć.
Dosłowne posłuszeństwo było ulubioną formą niekompetencji.
“Czego brakuje?” zapytał Istran.
“Nie wiemy, co znajdowało się tam wcześniej.”
“Czego brakuje?”
“Dwóch małych obrazów. Albo malowanych desek. Tak sądzimy po śladach. Na stole zostały dwa prostokątne odciski w pyle, obok świeżo rozsuniętych papierów. Ktoś musiał je niedawno zabrać.”
“Rozmiar?”
Mężczyzna pokazał dłońmi. Pierwszy prostokąt niewiele większy od księgi rachunkowej, drugi nieco szerszy.
Istran spojrzał na pisarza.
“Zapisz osobno. Dwa obiekty, prawdopodobnie malowane deski. Rozmiar przybliżony.”
Pisarz zanurzył pióro w kałamarzu.
“Co zabezpieczyliście?”
Mężczyzna wsunął dłoń pod kaftan. Jeden ze strażników oderwał wzrok od świecy. Nie sięgnął jednak po broń.
Na stole pojawił się arkusz papieru, złożony czterokrotnie. Rogi miał miękkie od dotyku, ale zagięcia pozostawały sztywne. Mężczyzna rozłożył go ostrożnie.
Na papierze naszkicowano ustawienie barków, fragment ceremonialnego stroju oraz lekko skręconą szyję. Twarz pozostawała ledwie rozpoczęta. Istran rozpoznał Merana po wysokim kołnierzu, postawie i dłoni spoczywającej przy pasie.
Pod lewym uchem biegła krótka linia czerwonej kredy.
Czerwień leżała na węglu. Saeron dociskał kredę tak mocno, że pył wniknął pomiędzy włókna papieru. Linia zaczynała się pod płatkiem ucha, przecinała szyję i znikała w cieniu pod szczęką.
Dokładnie tam, gdzie weszło ostrze.
Istran nie dotknął arkusza.
“Gdzie to leżało?”
“Na stole. Między luźnymi studiami.”
“Były inne?”
“Kilka przedstawiało Merana. Na jednych linia szła wyżej, na innych urywała się wcześniej.”
Mężczyzna wskazał arkusz.
“Tylko ta była dokładna.”
“Zabraliście coś jeszcze?”
“Nie. Kiedy znaleźliśmy tylne wyjście, sprawdziliśmy podwórze. Potem usłyszeliśmy straż na ulicy.” Mężczyzna rozprostował zakrwawione palce.
“Więc uciekliście.”
“Wycofaliśmy się.”
Istran popatrzył na pył na jego ramionach, rozdarty rękaw i drobiny zaprawy we włosach.
“Oczywiście.”
Pisarz czekał z piórem nad kartą.
Istran zamknął księgę rachunkową.
“Przynieś czysty rejestr z górnej kancelarii. Ten z niebieskim grzbietem.”
Pisarz zawahał się tylko na tyle, by pokazać, że usłyszał więcej niż słowa. Odłożył pióro, ukłonił się i wyszedł. Drzwi zamknęły się za nim ciężko. Przez chwilę słychać było jego kroki na schodach, potem tylko szczura i głuche przesuwanie beczek piętro wyżej.
Istran ponownie spojrzał na szkic.
To on wybrał dzień.
Wybrał ogród zimowy, boczne przejście między oranżerią a galerią i godzinę, o której Meran zwykle zostawał sam. To on przekazał polecenie. Meran miał nie opuścić ogrodu. Nie miał zdążyć przekazać dalej tego, co znalazł w rachunkach związanych z kupcami z Jahrannu.
Istran określił miejsce, czas i skutek.
Nie określił sposobu.
Mężczyzna po drugiej stronie stołu sam wybrał nóż. Sam podszedł od tyłu, odciągnął głowę Merana i przeciął skórę pod lewym uchem. Wyjaśnił później, że człowiek traci w ten sposób siłę, zanim zdąży zawołać. Istran nie pytał, skąd to wie.
Przed znalezieniem ciała nikt poza nimi nie powinien znać dokładnego położenia rany.
Szkic mógł powstać później. Kurz nie był datą, zagięcia papieru nie składały zeznań. Niepokoiło go co innego. Saeron nie poprzestał na jednej ranie. Przesuwał ją na kolejnych studiach, poprawiał jej długość i położenie, aż trafił w decyzję, której Istran nigdy nie podjął.
Mężczyzna poruszył się niespokojnie.
“Meran też mógł nas zobaczyć. Z nim nie było problemu.”
Istran uniósł oczy znad rysunku.
“Meran nie wiedział, że po niego idziecie.”
“Zrobiłem to, co należało.”
“Przypomnij mi.”
Mężczyzna oblizał spękane usta.
“Przeciąłem go i zostawiłem tam, gdzie kazaliście.”
Jeden ze strażników drgnął. Nie ze zdziwienia. Raczej jak człowiek, który poczuł przeciąg.
“Tym samym nożem, który masz teraz przy pasie?” zapytał Istran.
Dłoń mężczyzny odruchowo przesunęła się ku rękojeści, lecz zatrzymała w połowie drogi.
“Ostrze zostało oczyszczone.”
“Nie o to pytałem.”
“Tak. Tym samym.”
Istran złożył szkic wzdłuż dawnych zagięć. Czerwona rana zniknęła pierwsza, potem szyja Merana, ceremonialny kołnierz i dłoń przy pasie.
“Co jeszcze widzieliście?”
“Nic.”
Istran czekał.
Mężczyzna opuścił wzrok.
“Ktoś stał po drugiej stronie podwórza.”
“Kto?”
“Nie wiem. Mężczyzna pod przeciwległą ścianą. Płaszcz miał zapięty pod samą szyję. Nie ruszał się.”
“Robotnik?”
Mężczyzna zaczął oddychać szybciej.
“Nie wyglądał.”
“Strażnik?”
“Nie miał barw.”
Strażnicy nadal patrzyli gdzie indziej.
“Jak długo tam stał?”
“Kiedy wyszliśmy, już tam był. Obserwował pracownię.”
“Widział was?”
“Nie widział.”
Istran położył złożony szkic obok zamkniętej księgi.
“Nie widział czy nie wiesz, czy widział?”
Mężczyzna zacisnął usta. Rana na kostkach pękła, gdy zwinął dłoń w pięść. Na skórze pojawiła się świeża kropla krwi.
“Nie wiem.”
Po raz pierwszy tej nocy odpowiedział uczciwie.
Istran oparł dłonie na stole.
“Czy jest jeszcze coś, o czym powinienem dowiedzieć się od kogoś innego?”
“Powiedziałem wszystko.”
“Zastanów się.”
Mężczyzna spojrzał na pierwszego strażnika, potem na drugiego.
“Od lat dla was pracuję.”
Istran nic nie odpowiedział.
“Nocne przewozy. Kontrole na kanałach. Meran. Wszystko robiłem bez pytań.”
“Pamiętam.”
“Mój dom jest na liście wypłat. Dostali zaliczkę. Reszta miała przyjść jutro.”
“Zostanie rozliczona.”
Ulga przemknęła przez twarz mężczyzny zbyt szybko. Chciał uwierzyć, że właśnie uratował rodzinę. Może również siebie.
Istran otworzył księgę na ostatniej zapisanej stronie i sprawdził sumę po raz trzeci. Trzy brakujące worki. Wartość potrącenia. Nazwisko magazyniera. Data kontroli.
Wszystko się zgadzało.
Zamknął księgę.
“Zakończyć.”
Strażnik stojący po lewej chwycił mężczyznę za łokcie i szarpnął je do tyłu. Drugi wyciągnął zza pasa krótki odcinek sznura pakowego.
Przez pierwszą chwilę skazany nie walczył. Odwrócił głowę ku Istranowi, marszcząc brwi, jakby źle usłyszał polecenie.
Potem zobaczył sznur.
Rzucił się naprzód tak gwałtownie, że krawędź stołu wbiła mu się w biodra. Kałamarz przewrócił się. Czarny atrament rozlał się między księgami i popłynął ku złożonemu szkicowi Merana. Istran podniósł papier, zanim ciecz dotknęła jego brzegu.
Mężczyzna uderzył piętą w goleń strażnika. Wyrwał jedną rękę i sięgnął po nóż. Zdążył wysunąć ostrze na szerokość palca. Strażnik uderzył jego nadgarstkiem o krawędź stołu. Nóż wypadł i zadźwięczał na kamieniu.
Pierwszy strażnik przygniótł pierś skazanego do blatu. Drugi zarzucił mu sznur na szyję i szarpnął końce.
Pętla zacisnęła się pod szczęką.
Z gardła mężczyzny wyrwał się krótki, zduszony jęk. Wbił palce między sznur a skórę. Konopie weszły głębiej. Paznokieć palca wskazującego odgiął się, odsłaniając różowe mięso. Mężczyzna nie poczuł tego albo przestało go to obchodzić.
Szarpnął całym ciałem. Stół przesunął się po kamieniu z przeciągłym zgrzytem. Jedna ze świec zachwiała się w lichtarzu.
Strażnik trzymający jego ręce zaklął cicho i uderzył kolanem w tył uda. Nogi skazanego ugięły się, lecz sznur nie pozwolił mu upaść. Zawisł pomiędzy dwoma ludźmi, kopiąc obcasami o posadzkę.
Patrzył na Istrana.
Próbował wypowiedzieć jego nazwisko. Usta ułożyły się w pierwszą zgłoskę, lecz z gardła wyszedł tylko mokry, urwany dźwięk. Język wsunął się między zęby. Szczęki zacisnęły się na nim. Po brodzie popłynęła ślina zmieszana z krwią.
Istran nie odwrócił wzroku.
Przyjemność nie miała tu nic do rzeczy. Czyniłaby z decyzji zachciankę, z rachunku kaprys.
Uciekinier, dwie zaginione deski, obcy obserwator i wiedza o Meranie wystarczały, by dalsza użyteczność tego człowieka przestała mieć znaczenie.
Twarz mężczyzny pociemniała. Skóra nad sznurem nabrzmiała. Białka przecięły czerwone żyłki. Kopnięcia stały się chaotyczne. Obcas trafił w nogę stołu, potem w pustkę. W powietrzu rozszedł się ciężki zapach moczu.
Pierwszy strażnik odsunął twarz, gdy ciepło przesiąkło przez spodnie skazanego i zaczęło kapać na kamień.
Drugi poluzował sznur o włos.
Istran uniósł dwa palce.
Strażnik ponownie napiął konopie.
Ciało zadrżało. Napięły się łydki, wyprostowały stopy, a palce dłoni otworzyły się i zamknęły bez celu. Zdarty paznokieć uderzył o blat.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Potem ręka opadła.
Strażnicy trzymali go jeszcze chwilę. Nad nimi przesunął się wózek ze zbożem. Koła dudniły po deskach, a z belek posypał się drobny pył. Osiadł na włosach martwego i na ramionach ludzi, którzy go zabili.
Istran opuścił palce.
Sznur poluzowano. Ciało runęło twarzą na kamienną posadzkę. Nos złamał się z suchym trzaskiem. Spod policzka wypłynęła ciemna krew i połączyła się z moczem oraz atramentem kapiącym ze stołu.
Jeden ze strażników uklęknął, przyłożył dwa palce do szyi, potem do nadgarstka.
“Nie żyje.”
Istran patrzył na niego.
Strażnik sprawdził ponownie.
“Nie żyje.”
Dopiero wtedy Istran wsunął szkic Merana do wewnętrznej kieszeni kaftana.
Na schodach rozległy się kroki. Drzwi otworzyły się i pisarz wszedł do izby z czystym rejestrem przyciśniętym do piersi.
Zatrzymał się na widok ciała.
Nie zapytał, co się wydarzyło. Spojrzał na sznur, kałużę i zakrwawioną twarz. Potem na Istrana.
“Pod jaką pozycją mam go ująć?”
“Dezercja podczas wykonywania obowiązków.”
Pisarz położył rejestr na suchym końcu stołu.
“Z datą dzisiejszą?”
“Wczorajszą. Zaginął przed rozpoczęciem służby nocnej. Zabrał zaliczkę operacyjną i mienie Korony.”
“Jakie mienie?”
“Uzupełnisz z wykazu przedmiotów przeznaczonych do odpisania.”
Pisarz skinął głową. W każdym magazynie istniały przedmioty, które ginęły tylko na papierze, oraz ludzie, którzy na papierze mogli je ukraść.
“Pozostała wypłata?”
“Przejąć na poczet strat.”
“A dom?”
“Otrzymał zaliczkę.”
Pisarz spojrzał na ciało.
“Wykreślić go z listy?”
“Nie wykreślać. Dopisać dług.”
Pióro zawisło na moment nad pierwszą stroną rejestru, potem dotknęło papieru.
Strażnicy zabrali z ciała nóż, pas, sakiewkę i mosiężny znak służbowy. Jeden przyniósł zużyty worek po życie. Tkanina była wilgotna, w kilku miejscach przeżarta pleśnią. Wsunęli ciało do środka, najpierw głowę i ramiona, potem nogi. Worek okazał się za krótki. Stopy wystawały poza jego brzeg.
“Przed świtem do dołu dla bezimiennych,” powiedział Istran. “Bez ubrania służbowego. Bez znaków. Bez kamienia.”
Strażnik zawiązał worek tym samym sznurem, którym uduszono mężczyznę.
Kiedy zaczęli ciągnąć ciało ku drzwiom, obcasy pozostawiły w pyle dwa równoległe ślady. Jeden urywał się co kilka kroków. Noga uderzała o nierówności posadzki.
Pisarz uniósł głowę znad rejestru.
“Co z drugim człowiekiem z pracowni?”
“Przyprowadzić go za godzinę. Osobno.”
“Ma wiedzieć, że tamten złożył zeznanie?”
Istran spojrzał na worek znikający za drzwiami.
“Ma wiedzieć, że powiedział wszystko.”
Drzwi zamknęły się. Na kamieniach pozostały krew, mocz, rozlany atrament i ślady pięt prowadzące donikąd.
Istran przesunął rejestr ku sobie.
“Przed świtem chcę wykaz wszystkich bram, składów, przystani i punktów kontroli, przez które dwie małe malowane deski mogły opuścić Ardelon. Wozy kupieckie, barki rzeczne, transporty urzędowe, karawany świątynne. Osobno handlarze, którzy przewożą towary bez pieczęci. Osobno ci, których można kupić. Osobno ci, których trzeba przestraszyć.”
Pisarz zaczął notować.
“Jak daleko ma sięgać wykaz?”
“Do granicy.”
“Której?”
Istran wyjął z kieszeni szkic i raz jeszcze spojrzał na złożony papier. Pod opuszką palca wyczuwał niewielką nierówność pozostawioną przez czerwoną kredę.
“Każdej.”
Odwrócił zapisaną kartę i na czystej stronie napisał dwa słowa.
SPIS BRAKÓW.
W pierwszej rubryce wpisał dwie zaginione deski.
Człowieka wynoszonego właśnie z magazynu nie wpisał wcale.
Scena II
Do swoich prywatnych pokojów Istran wrócił przed świtem.
Nie rozpalił wszystkich lamp. Jedną postawił na biurku, drugą pozostawił przy zamkniętym oknie. W kominku dogasało drewno, a kamienne ściany trzymały chłód minionej nocy. Zdjął kaftan i położył go na oparciu krzesła. Ze splotu materiału uniósł się zapach mokrego ziarna, sadzy i magazynowego kurzu.
Szkic Merana nadal spoczywał w wewnętrznej kieszeni.
Istran wyjął go, rozłożył na biurku i przycisnął rogami czterech ksiąg. Czerwona linia pod uchem wyglądała w spokojnym świetle lampy jeszcze dokładniej niż w izbie kontrolnej. Nie była symbolem. Nie przypominała znaku ani ozdobnego pociągnięcia pędzla. Biegła pod właściwym kątem. Miała właściwą długość. Kończyła się dokładnie tam, gdzie ostrze musiało stracić opór skóry i wejść głębiej.
Istran nalał wody do misy.
Zmył z dłoni atrament. Potem pył. Na końcu zauważył ciemną drobinę pod paznokciem kciuka. Nie wiedział, czy była zaschniętą krwią, czy kawałkiem rdzy ze stołu. Wydobył ją czubkiem noża i wytarł ostrze w lnianą szmatkę.
Ktoś zapukał.
Trzy szybkie uderzenia, przerwa, jedno słabsze.
Istran wsunął szkic pod zamkniętą księgę.
“Wejść.”
Drzwi uchyliły się z ostrożnością człowieka, który nie był pewien, czy dobrze zrozumiał pozwolenie. Do środka wsunął się chłopiec w za dużym płaszczu gońca. Mógł mieć czternaście lat. Rękawy zakrywały mu połowę dłoni, uszy miał czerwone od zimna, a na butach błoto z nadrzecznych ulic.
Zatrzymał się dwa kroki za progiem.
“Pan Istran Vell?”
“Skoro wszedłeś do moich pokojów, powinieneś znać odpowiedź.”
Chłopiec przełknął ślinę i wyjął spod płaszcza niewielki złożony arkusz. Nie był zapieczętowany. Trzymała go tylko cienka czarna nić.
“Kazano oddać do waszych rąk.”
“Kto kazał?”
“Mężczyzna przy domu przewoźników. Powiedział, że będziecie wiedzieć.”
Istran nie wyciągnął ręki.
“Jak wyglądał?”
“Wysoki. Ciemne włosy. Płaszcz miał mokry, ale nie padało.”
“Akcent?”
Chłopiec zmarszczył brwi.
“Mówił miękko. Jak ludzie z zachodu.”
Dopiero wtedy Istran odebrał wiadomość. Nić rozwiązała się po jednym pociągnięciu.
Na papierze zapisano:
‘Jestem w mieście. Jeżeli nadal chcesz mnie widzieć, zapal drugą lampę.’
Istran złożył kartkę.
“Dostałeś zapłatę?”
“Pół miedziaka.”
Położył na stole całą miedzianą monetę. Chłopiec spojrzał na nią, lecz nie ruszył się bez pozwolenia.
“Weź. Wróć tą samą drogą. Jeżeli mężczyzna nadal tam jest, powiedz mu, że wiadomość dotarła. Jeżeli go nie ma, nie szukaj.”
Chłopiec schował monetę w rękawicy.
“Tak, panie.”
“I zamknij drzwi.”
Goniec ukłonił się niezgrabnie i wyszedł. Istran czekał, aż jego kroki ucichną na schodach. Dopiero wtedy przeniósł lampę z biurka na parapet, zapalił drugą i postawił ją obok pierwszej.
Przez chwilę dwa płomienie odbijały się w szybie jak para nieruchomych oczu.
Scena III
Pół godziny później zapukano ponownie.
Tym razem dwa razy.
Istran otworzył sam.
Savel Orin stał na korytarzu bez służącego i bez znaku kupieckiego stronnictwa, które reprezentował w Porcie Jahrann. Miał trzydzieści osiem lat, zwartą, mocną sylwetkę i był od Istrana odrobinę wyższy. Niemal czarne włosy, mokre od mgły, opadały mu falami na kark. Szerokie kości policzkowe, ciepłe brązowe oczy i lekko asymetryczne usta składały się na twarz, którą Istran znał wystarczająco dobrze, by nie ufać żadnemu z jej wyrazów. Pod ciemnym płaszczem Savel nosił prosty grafitowy kaftan. Kosztował więcej niż haftowane stroje większości dworzan, lecz rozpoznawali to tylko ludzie, którzy wiedzieli, jak dotykać tkanin.
Savel wszedł bez ukłonu.
Istran zamknął drzwi i przesunął zasuwę.
“Sam?” zapytał.
“Jak kazałeś.”
“Nie kazałem.”
Savel zdjął rękawiczki palec po palcu.
“Dlatego przyszedłem.”
Powiesił płaszcz na tym samym krześle, na którym leżał kaftan Istrana. Wilgotne sukno przykryło zapach magazynu, lecz nie całkowicie.
Savel odwrócił głowę.
“Byłeś w Rezerwach.”
“Pracuję w Rezerwach.”
“Nie każdej nocy pachniesz zepsutym żytem.”
Istran podszedł do stołu i nalał mu wina. Savel nie sięgnął po kielich. Patrzył na lnianą szmatkę przy misie. Na ciemną smugę, której woda nie wypłukała do końca.
“Kto umarł?”
“Nie przyjechałeś pytać o moich ludzi.”
“Nie. Przyjechałem sprawdzić, czy nadal jestem jednym z nich.”
Istran uniósł wzrok.
Savel nie cofnął słów. Nigdy tego nie robił. To właśnie odróżniało go od ludzi, których Istran opłacał, awansował albo kazał wynosić w workach.
“Nie jesteś,” powiedział Istran.
“To dobrze.” Savel wziął kielich, obrócił go w dłoni i odstawił bez picia. “Bo moi mocodawcy w Jahrannie robią się nerwowi. Meran nie żyje, jego księgi przegląda Korona, a ty wzywasz mnie przed świtem, chociaż od wielu tygodni nie odpowiedziałeś na żadną wiadomość.”
“To ty przysłałeś gońca.”
“Ty zapaliłeś drugą lampę.”
Istran poczuł pod żebrami ten sam chłód, który pojawił się, kiedy rozłożono przed nim szkic Merana. Nie strach, lecz pytanie bez odpowiedzi. Kolumnę, której nie można było zsumować.
Savel podszedł bliżej.
“Pokaż mi ręce.”
“Nie.”
“W takim razie nie dotykaj mnie nimi.”
Istran chwycił go za kark.
Savel natychmiast położył dłoń na jego piersi. Nie odepchnął go. Zatrzymał. Między ich ustami pozostał oddech szeroki na dwa palce.
“Jeżeli potrzebujesz posłuszeństwa, wróć do strażników,” powiedział cicho. “Jeżeli potrzebujesz mnie, poproś.”
Mięsień w szczęce Istrana napiął się pod skórą.
“Zostań.”
“To rozkaz.”
Istran przesunął kciukiem po linii jego żuchwy. Savel czekał. Bez drwiny. Bez ulgi. Czekał tak, jak czeka się przy stole negocjacyjnym po położeniu ostatniej oferty.
“Chcę cię,” powiedział Istran.
Dłoń Savela opadła z jego piersi.
“Teraz brzmisz jak człowiek.”
Pocałował go pierwszy.
Usta miał chłodne od nocy i gorzkie od goździkowego wina. Istran zacisnął palce na jego karku, przyciągając go mocniej. Savel pozwolił mu przez jedno uderzenie serca. Potem złapał go za przód koszuli i odwrócił tak, że plecy Istrana uderzyły o drzwi.
Zasuwa zadźwięczała nad ich głowami.
Savel wsunął język między jego wargi. Całował bez pośpiechu, lecz nie delikatnie. Znał sposób, w jaki Istran próbował narzucać rytm nawet oddechowi drugiego człowieka. Przerywał go za każdym razem. Odsuwał się, kiedy Istran chciał więcej, wracał, kiedy palce na jego karku zaczynały słabnąć.
Istran ugryzł go w dolną wargę.
Savel syknął. Na jego ustach pojawiła się krew.
“Mocniej?” zapytał.
“Tak.”
Tym razem nie było wątpliwości.
Savel przycisnął biodra do jego bioder. Twardy członek naparł przez warstwy odzieży, wyraźny i gorący. Istran poczuł, jak własne ciało odpowiada natychmiast, z prostotą, której nienawidził i potrzebował. Bez rachunku. Bez przyczyny wymagającej zapisu.
Rozpiął kaftan Savela. Jeden z guzików nie chciał przejść przez ciasną pętlę, więc szarpnął mocniej. Nić pękła. Guzik odbił się od posadzki i potoczył pod łóżko.
Savel roześmiał się przy jego ustach.
“Wyślij rachunek do Jahrannu.”
“Zamknij się.”
“Spraw, żebym nie mógł mówić.”
Istran wsunął dłoń pod jego koszulę. Skóra na brzuchu była ciepła, napięta od oddechu. Przesunął palcami niżej, rozwiązał troki spodni i objął jego członek. Savel wypuścił powietrze przez zęby. Głowa opadła mu na ramię Istrana.
Istran zaczął poruszać dłonią. Powoli, od nasady po wilgotny czubek. Kciukiem rozprowadził kroplę, która pojawiła się w szczelinie. Savel drgnął i przycisnął czoło do jego skroni.
“Nie tak wolno.”
“Teraz ty prosisz.”
Savel uniósł głowę. Źrenice miał rozszerzone, usta zaczerwienione od pocałunków.
“Szybciej.”
Istran spełnił prośbę przez kilka mocnych ruchów, a potem puścił go nagle.
Savel spojrzał w dół, na własny obnażony członek sterczący pomiędzy nimi. Potem znów na niego.
“Nadal próbujesz prowadzić rachunek.”
“Nadal próbujesz mówić.”
Istran popchnął go w stronę łóżka. Savel cofnął się o dwa kroki, usiadł na krawędzi i rozsunął kolana.
Chwycił Istrana za pasek i przyciągnął między swoje uda.
Rozpiął sprzączkę. Opuścił spodnie Istrana na tyle, by uwolnić jego twardy członek. Przez chwilę tylko patrzył. Potem objął go dłonią i polizał od spodu, powoli, od nasady aż po czubek.
Istran wciągnął powietrze.
Savel wziął go do ust.
Ciepło zacisnęło się wokół niego. Język przesunął się po spodzie członka, a usta zeszły niżej. Istran oparł dłoń na jego głowie. Włosy Savela były jeszcze wilgotne od mgły. Zacisnął w nich palce i pchnął biodra naprzód.
Savel natychmiast się cofnął.
Przez sekundę Istran czuł tylko chłodne powietrze na mokrej skórze.
“Powiedziałem, że nie jestem twoim człowiekiem.”
Istran patrzył na niego z góry. Savel nadal trzymał jego członek w dłoni, lecz nie poruszał nią ani o włos.
“Mocniej,” powiedział Istran.
“To nie odpowiedź.”
Istran rozluźnił palce w jego włosach.
“Możesz.”
Dopiero wtedy Savel ponownie otworzył usta.
Tym razem sam narzucił tempo. Brał go głęboko, aż czubek członka dotykał gardła, potem cofał się powoli, zasysając mocniej przy główce. Dłoń pracowała u nasady. Drugą wsunął pod koszulę Istrana i ścisnął jego biodro tak mocno, że nazajutrz miały pozostać ślady.
Istran odchylił głowę.
Na suficie poruszał się cień lampy. Cienka ciemna linia przecinała belkę pod kątem podobnym do rany pod uchem Merana.
Zamknął oczy.
Linia pozostała.
Savel wyczuł zmianę. Zwolnił, wypuścił członek z ust i przesunął językiem po wrażliwym miejscu tuż pod główką.
“Gdzie jesteś?”
“Tutaj.”
“Kłamiesz gorzej, kiedy jesteś nagi.”
Istran chwycił go pod brodę.
“Nie mów o nim.”
Savel znieruchomiał.
“Nie wymieniłem imienia.”
To wystarczyło.
Istran odepchnął go na łóżko. Savel upadł na plecy, lecz uśmiech zniknął z jego twarzy. Obserwował, jak Istran zdejmuje koszulę, spodnie i bieliznę. Jak odkłada każdą rzecz osobno, choć jego oddech stał się szybszy.
“Rozbierz się,” powiedział Istran.
Savel uniósł brew.
“Proszę.”
Tym razem Istran wypowiedział to bez przymusu.
Savel zsunął rozpięty kaftan i ściągnął koszulę przez głowę. Rozwiązał spodnie i zsunął je razem z bielizną. Został nagi na ciemnej pościeli, twardy, z zaczerwienionym członkiem opartym o brzuch. Na jego piersi i udach odznaczały się jaśniejsze blizny. Istran znał każdą z nich, lecz nie wszystkie historie, które Savel do nich przypisywał.
Podszedł do łóżka.
Savel sięgnął po niego, ale Istran złapał go za nadgarstek i przycisnął dłoń do materaca.
“Chcę przestać myśleć.”
“Nie potrafisz.”
“W takim razie spraw, żebym nie mógł.”
Savel patrzył na niego przez dłuższą chwilę.
“Odwróć się.”
Istran puścił jego nadgarstek.
Nie wykonał polecenia od razu. W magazynie jeden ruch palców wystarczył, żeby człowiek umarł. W tej komnacie ten sam gest nie znaczył nic, jeśli drugi mężczyzna nie chciał go przyjąć.
Odwrócił się.
Oparł dłonie o krawędź łóżka. Savel uklęknął za nim. Przesunął dłonie po jego plecach, potem niżej, obejmując pośladki i rozchylając je bez pośpiechu.
“Powiedz jeszcze raz.”
Istran poczuł jego oddech na skórze.
“Chcę cię w sobie.”
Savel pocałował go tuż nad kością ogonową.
“Lepiej.”
Z szuflady przy łóżku wyjął małą ceramiczną butelkę. Wiedział, gdzie jej szukać. Odkorkował ją zębami i wylał olej na palce.
Pierwszy dotyk był chłodny. Istran napiął się odruchowo, kiedy palec Savela przesunął się między jego pośladkami i zatoczył powolny krąg wokół wejścia.
“Rozluźnij się.”
“Nie wydawaj mi poleceń.”
Savel przycisnął opuszek mocniej.
“W takim razie pozostań spięty i cierp.”
Istran wypuścił powietrze.
Palec wszedł w niego powoli. Mięśnie zacisnęły się na obcym nacisku, potem ustąpiły. Savel poruszył dłonią, wsuwając się głębiej i zginając palec. Istran poczuł nagłą falę przyjemności, ostrą i skupioną. Biodra drgnęły mu wbrew woli.
Savel dodał drugi palec.
Rozciągał go cierpliwie, za każdym razem czekając, aż napięcie osłabnie. Istran opuścił głowę. Jego członek kołysał się twardy między udami. Kropla spłynęła z czubka i upadła na kamienną posadzkę.
“Więcej,” powiedział.
Palce weszły głębiej.
Savel odnalazł w nim miejsce, które natychmiast odebrało Istranowi równy oddech. Nacisnął ponownie. Istran zaklął i zacisnął dłonie na narzucie.
“Właśnie tam?”
“Wiesz, że tak.”
“Chcę usłyszeć.”
Istran obejrzał się przez ramię.
“Tak. Tam.”
Savel wycofał palce.
Istran usłyszał cichy dźwięk rozlewanego oleju. Potem ciepły, twardy członek dotknął jego wejścia. Savel objął go jedną ręką w pasie, drugą poprowadził własne biodra.
“Jeżeli chcesz, żebym przestał, powiedz.”
“Nie przestawaj.”
Savel naparł.
Główka weszła powoli, rozciągając go szerzej niż palce. Istran zacisnął zęby. Ból był krótki, czysty, łatwiejszy do zniesienia niż niewiedza. Savel zatrzymał się, pozwalając jego ciału przyjąć pierwszy nacisk.
“Jeszcze?”
“Cały.”
Savel wsunął się głębiej.
Istran poczuł każdy centymetr. Pełność narastała, aż biodra Savela dotknęły jego pośladków. Przez chwilę obaj pozostali nieruchomo. Oddech kochanka ogrzewał kark Istrana. Dłoń na jego brzuchu drżała nieznacznie, choć głos pozostał spokojny.
“Meran dowiedział się o nas?”
Istran otworzył oczy.
Savel cofnął biodra i pchnął ponownie, głęboko, odbierając mu odpowiedź.
Ruch przeszedł przez Istrana jak uderzenie w zamknięte drzwi. Palce zacisnęły się na narzucie.
Savel nie pozwolił mu odzyskać rytmu. Poruszył się ponownie, wolniej, lecz z taką samą siłą.
“Meran dowiedział się o nas?”
“Nie.”
“Nie wiedział czy nie chcesz odpowiedzieć?”
Istran odwrócił głowę. Widział tylko fragment twarzy Savela, wilgotne włosy przyklejone do skroni i krew z rozgryzionej wargi.
“Dowiedział się o księgach.”
Savel znieruchomiał.
Jego dłonie nadal obejmowały biodra Istrana, lecz nacisk osłabł.
“Których księgach?”
“Tych, których nie powinien był otwierać. Znalazł rachunki prowadzące do kupców z Jahrannu.”
“Moje nazwisko?”
“Nie.”
Savel zacisnął dłonie na biodrach Istrana, lecz nie poruszył się.
“Jesteś pewien?”
“Gdyby je znalazł, powiedziałby o tym przed śmiercią.”
Savel wycofał się i odsunął.
Nagła pustka zabolała Istrana bardziej, niż powinien był na to pozwolić. Wyprostował się, ale nie odwrócił. Czekał z dłońmi opartymi o łóżko, nagi i upokorzony własnym pragnieniem.
“Skończyłeś?” zapytał.
“Nie będę ci służył do zagłuszania odpowiedzi.”
Savel położył dłoń na jego karku. Tym razem nie było w dotyku ani czułości, ani pożądania. Zmuszał go jedynie, żeby się odwrócił.
Istran pozwolił.
Savel siedział na skraju łóżka. Nagi. Wciąż podniecony.
“Gdyby Meran dowiedział się o mnie, zabiłbyś go wcześniej?”
Istran odpowiedział bez wahania.
“Tak.”
Twarz Savela stwardniała.
“Ponieważ jestem potrzebny układowi?”
“Nie.”
Odpowiedź nie wymagała namysłu.
“Ponieważ należę do ciebie?”
“Nie należysz.”
“W takim razie dlaczego?”
Istran potrafił nazwać każdy rodzaj straty. Brak ziarna, pieniędzy, ludzi, czasu. Każda strata miała wartość, którą można było wpisać do odpowiedniej rubryki.
Savel nie mieścił się w żadnej.
“Ponieważ nie pozwoliłbym mu cię skrzywdzić.”
“To nadal nie jest odpowiedź.”
“To jedyna, jaką dostaniesz.”
Savel wstał.
Sięgnął po spodnie leżące na posadzce.
Istran złapał go za nadgarstek.
“Zostań.”
“Dlaczego?”
Palce Istrana zacisnęły się mocniej. Nie po to, by zatrzymać go siłą. Wiedział, że gdyby spróbował, Savel odszedłby i już nie wrócił.
“Ponieważ cię kocham.”
Słowa zabrzmiały obco. Zbyt prosto. Nie miały urzędowej formy, warunku ani ukrytej groźby.
Savel nie poruszył się.
Istran puścił jego rękę.
“Teraz możesz wyjść.”
Spodziewał się drwiny. Pytania. Zwycięskiego uśmiechu człowieka, który właśnie znalazł szczelinę w jego zbroi.
Savel objął go za kark i pocałował.
Nie ostrożnie.
Ich zęby zderzyły się, a rozgryziona warga Savela ponownie zaczęła krwawić. Istran poczuł metaliczny smak. Ten sam, który unosił się nad raną Merana i pozostawał w magazynie po śmierci człowieka wyniesionego w worku.
Tym razem nie zamknął oczu.
Savel pchnął go na łóżko i wszedł pomiędzy jego uda. Istran przyciągnął go do siebie, chwytając mocno za pośladki. Ich ciała zetknęły się bez reszty.
“Powiedz to jeszcze raz,” zażądał Savel.
“Nie.”
Savel poruszył biodrami, ocierając się o niego powoli.
Istran wciągnął powietrze.
“Powiedz.”
“Kocham cię.”
Savel pocałował go w szyję.
Wszedł w niego ponownie, tym razem bez pośpiechu. Istran objął go nogami i przyjął cały ciężar jego ciała. Nie próbował przejąć rytmu. Pozwolił Savelowi poruszać się tak, jak chciał, raz wolniej, raz mocniej, aż uderzenia łóżka o ścianę zaczęły zagłuszać trzask dogasającego drewna.
Istran zacisnął palce na jego plecach.
“Mocniej.”
Savel spełnił prośbę.
Oddech rwał się Istranowi w gardle. Biodra odpowiadały bez rozkazu. Kiedy Savel trafił głębiej, Istran jęknął i wbił paznokcie w jego skórę.
Nie próbował już uciszać własnego głosu.
Napięcie rosło w nim gwałtownie. Gdy wreszcie pękło, Istran przyciągnął Savela tak mocno, jakby chciał ukryć się wewnątrz jego ciała. Imię kochanka wyrwało mu się z ust. Nie brzmiało jak polecenie.
Brzmiało jak prośba.
Savel poruszył się jeszcze kilka razy. Potem zadrżał i znieruchomiał, oddychając ciężko przy jego szyi.
Przez pewien czas żaden z nich się nie odzywał.
Savel nie odsunął się od razu. Oparł czoło o pierś Istrana i położył dłoń nad jego sercem.
“Miłość nie czyni cię lepszym człowiekiem,” powiedział.
“Wiem.”
“Nie czyni mnie również bezpiecznym.”
Istran przesunął palcami po mokrych włosach Savela.
“Nie.”
Savel uniósł głowę.
“Przynajmniej nie próbujesz kłamać.”
“Nie tobie.”
“Właśnie mnie okłamywałeś.”
“Przestałem.”
Savel odsunął się i usiadł. Sięgnął po lnianą szmatkę, lecz jego wzrok zatrzymał się na księdze leżącej na biurku.
Spod jej dolnej krawędzi wystawał róg złożonego arkusza.
“Co tam ukryłeś?”
Istran spojrzał na papier.
Jeszcze godzinę wcześniej zabił człowieka, ponieważ wiedział za dużo. Teraz miał dobrowolnie przekazać komuś dowód, którego sam nie rozumiał.
Wstał, podszedł do biurka i wysunął szkic spod księgi.
Rozłożył go na pościeli pomiędzy nimi.
“To jest powód,” powiedział Istran, “dla którego nie chciałem dziś zostać sam.”
Savel długo nie dotykał szkicu.
Pochylił się nad nim, opierając jedną dłoń na pościeli. Włosy opadły mu na czoło. Po drugiej stronie łóżka Istran czekał nagi, ze śladami paznokci na biodrach i krwią Savela zasychającą na ustach.
“Kiedy to narysowano?”
“Nie wiem.”
Savel podniósł wzrok.
“Ty zawsze wiesz.”
“Kartka nie ma daty. Zagięcia są stare, ale czerwona kreda została naniesiona później.”
“Przed śmiercią Merana?”
Istran spojrzał na linię przecinającą szyję Merana.
“Nie potrafię tego udowodnić.”
Savel przesunął palcem kilka milimetrów nad papierem. Nie dotknął kreski.
“Jak dokładna jest?”
“Całkowicie.”
“Widziałeś ciało?”
“Widziałem raport medyka.”
Savel opuścił dłoń na pościel, nie spuszczając wzroku ze szkicu.
“Raport mógł trafić do Saerona.”
“Nie zawierał kąta cięcia ani miejsca, w którym ostrze weszło głębiej.”
Savel usiadł prościej.
“Kto znał te szczegóły?”
Istran nie odpowiedział od razu.
Za oknem noc zaczynała tracić kolor. Szyba nie była już czarna. Stawała się szara, odsłaniając niewyraźne kształty dachów i kominów.
“Człowiek, który trzymał nóż,” powiedział.
“I kto jeszcze?”
“Ja.”
Savel odsunął dłoń od szkicu.
Nie wyglądał na zaskoczonego. Coś w jego twarzy po prostu znieruchomiało, jak zamykane drzwi.
“Kazałeś zabić Merana?”
“Tak.”
“Nie zatrzymać. Nie przestraszyć. Zabić.”
“Miał nie opuścić ogrodu zimowego.”
Savel spojrzał na niego uważnie.
“A człowiek, który wybrał nóż?”
“Nie żyje.”
“To jego krew zmywałeś z dłoni?”
“Nie dotknąłem go.”
“Oczywiście.” Savel uśmiechnął się bez cienia rozbawienia. “Ty nie musisz dotykać ludzi, żeby ich zabić.”
Istran sięgnął po koszulę.
Savel złapał materiał i odrzucił go na drugi koniec łóżka.
“Nie zasłaniaj się teraz.”
Istran odchylił się na dłoniach.
“Czego ode mnie oczekujesz?”
“Prawdy, zanim zdecyduję, co z nią zrobić.”
“Prawda nie zmieni tego, że Meran nie żyje.”
“Zmieni to, czy pozostanę w tej komnacie.”
Istran spojrzał w stronę drzwi.
Zasuwa nadal była zamknięta. Wystarczyłoby ją podnieść. Savel mógłby ubrać się, zejść po schodach i przed pierwszym dzwonem znaleźć się po drugiej stronie miasta.
Istran nie miał rozkazu, który mógłby temu zapobiec.
“Meran znalazł różnice pomiędzy rachunkami Korony a wykazami przewozowymi kupców z Jahrannu,” powiedział. “Nie znał całego układu. Znał jednak wystarczająco dużo, żeby zacząć zadawać właściwe pytania.”
“Mógł dotrzeć do mnie?”
“Z czasem.”
“Dlatego go zabiłeś?”
“Dlatego nie mogłem pozwolić mu mówić.”
Savel wstał.
Podszedł do misy i zanurzył szmatkę w chłodnej wodzie. Wycisnął ją, po czym zaczął ścierać zaschniętą krew z własnej wargi.
“A człowiek w magazynie?”
“Zawiódł.”
“To nie jest powód.”
Savel przycisnął mokrą szmatkę do rozciętej wargi. Woda zabarwiła się na różowo.
“Widział za dużo. Zgubił dwa obrazy. Pozwolił komuś uciec. Mógł zostać schwytany.”
“I mógł doprowadzić Koronę do układu.”
“Tak.”
Savel odłożył szmatkę.
“Do mnie.”
Istran milczał.
“Zabiłeś go również po to, żeby nie wymienił mojego nazwiska.”
“Tak.”
Savel odwrócił się gwałtownie.
“Nie kładź jego ciała pomiędzy nami jak podarunku.”
Istran podniósł koszulę z pościeli.
“Nie potrzebuję twojej wdzięczności.”
“Potrzebujesz, żebym został.”
Tym razem nie odpowiedział.
Savel spojrzał na rozłożony szkic.
“Powiedziałeś, że zgubił dwa obrazy.”
“Sądząc po śladach, dwie niewielkie malowane deski. Ktoś zabrał je z pracowni krótko przed wejściem moich ludzi.”
“Saeron?”
“Raczej jego uczeń. Eiran.”
Savel zatrzymał rękę nad szkicem.
“Wiecie, co przedstawiały?”
“Nie.”
Savel wrócił do łóżka. Uklęknął przy szkicu i przyjrzał się czerwonej linii.
“Jeżeli na jednej z nich znajduje się coś podobnego, każdy, kto ją zobaczy, zrozumie, dlaczego twoi ludzie weszli do pracowni.”
“Dlatego muszę je znaleźć.”
“Ty?”
“Moi ludzie.”
Istran zapiął pierwszy guzik koszuli.
“Ci sami, którzy zgubili je poprzednim razem?”
“Następni będą lepsi.”
“Albo bardziej przerażeni.”
“Najczęściej nie ma różnicy.”
Savel pokręcił głową.
Nie protestował jednak przeciwko samym poszukiwaniom. Żaden z nich nie wiedział, co przedstawiały deski. Wystarczało, że nie mogli wykluczyć, iż były równie niebezpieczne jak szkic.
“Mogę sprawdzić przewoźników związanych z Jahrannem,” powiedział. “Dyskretnie. Bez informowania moich mocodawców, czego szukamy.”
Istran zatrzymał palce na kolejnym guziku.
“Dlaczego miałbyś to robić?”
“Ponieważ jeżeli takie obrazy rzeczywiście pokazują rzeczy, które jeszcze się nie wydarzyły, moje stronnictwo nie pozwoli, żebyś zachował nad nimi kontrolę.”
“Twoi mocodawcy nic o nich nie wiedzą.”
“Jeszcze.”
Savel podszedł do okna. Dwie lampy nadal paliły się obok siebie.
“Nie przyjechałem wyłącznie dlatego, że chciałem cię zobaczyć.”
“Wiem.”
“Nie. Podejrzewałeś.”
Istran zapiął koszulę do końca.
“Po co cię przysłano?”
“Miałem ustalić, czy nadal jesteś użyteczny.”
W komnacie zrobiło się cicho.
Na ulicy przejechał pierwszy wóz. Żelazna obręcz koła uderzyła o pęknięty kamień, a dźwięk odbił się pomiędzy budynkami.
“I co ustaliłeś?” zapytał Istran.
Savel spojrzał na jego twarz.
“Że jesteś bardziej niebezpieczny, niż sądzą.”
Istran podszedł do niego.
“Wyjedziesz przed południem.”
“Nie.”
“To nie jest prośba.”
“Właśnie dlatego nie wyjadę.”
Savel odwrócił się od okna i stanął z nim twarzą w twarz.
“Jeżeli twoi mocodawcy odkryją, że zataiłeś informacje, przestaniesz ich reprezentować.”
“Jeżeli wyjadę natychmiast po potajemnym spotkaniu z tobą, przyślą kogoś innego. Kogoś, kto nie będzie miał żadnego powodu, żeby zachować cię przy życiu.”
“Potrafię zadbać o własne życie.”
“Widziałem.” Savel wskazał ruchem głowy szkic. “Zabijasz każdego, kto podejdzie zbyt blisko.”
“Nie każdego.”
“Jeszcze.”
Istran dotknął jego policzka.
Savel nie odsunął się, ale też nie pochylił ku dłoni.
“Co im powiesz?” zapytał Istran.
“Że Meran nie zdążył przekazać nikomu nazwisk. Że Korona nie ma dowodów przeciwko kupcom z Jahrannu. Że nadal kontrolujesz sytuację.”
“A szkic?”
“Nie istnieje.”
Savel spojrzał ku dwóm lampom w oknie.
“Deski?”
“Nie istnieją.”
Istran przesunął kciukiem po jego skórze.
“Dlaczego?”
Savel zamknął na moment oczy.
“Nie każ mi wypowiadać tych słów teraz. Nie wtedy, kiedy człowiek uduszony na twój rozkaz nie zdążył jeszcze ostygnąć.”
Istran opuścił rękę.
Nie poczuł odrzucenia.
“Dobrze,” powiedział.
Savel otworzył oczy.
“To wszystko?”
“Powiedziałeś, żeby cię nie zmuszać.”
Przez twarz Savela przemknęło coś trudnego do nazwania. Smutek. Ulga. Może strach przed tym, że Istran naprawdę go usłuchał.
Pochylił się i pocałował go krótko.
Potem zaczął się ubierać.
“Przygotuj przybliżone rozmiary desek i wszystko, co twoi ludzie zdołali ustalić,” powiedział, wciągając koszulę. “Sprawdzę zachodnich przewoźników oraz barki odpływające z miasta. Jeżeli ktoś próbował wykorzystać szlaki Ligi, dowiem się.”
“Bez powiadamiania Jahrannu.”
“Ustaliliśmy to.”
Savel założył spodnie i sięgnął po grafitowy kaftan. Brakujący guzik pozostawiał niewielką szczelinę tuż pod obojczykiem.
Istran uklęknął przy łóżku, odnalazł guzik na posadzce i wsunął go do kieszeni własnego kaftana.
“Przyślę krawca.”
“Nie przysyłaj mi swoich ludzi.”
“Krawiec nie jest moim człowiekiem.”
Savel spojrzał na niego.
“Każdy w tym mieście jest twoim człowiekiem, dopóki nie przestanie być użyteczny.”
Istran przeniósł wzrok na szkic Merana.
“Nie każdy.”
Savel zapiął płaszcz pod szyją.
Przed otwarciem drzwi podszedł do okna i zgasił drugą lampę. W szybie pozostał jeden płomień.
“Znajdź te deski,” powiedział. “Zanim któraś z nich pokaże śmierć kogoś, kogo nie będziesz potrafił wpisać do rejestru.”
Podniósł zasuwę i wyszedł.
Istran został sam ze szkicem, zerwanym guzikiem i jedną płonącą lampą.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia układu ze stronnictwem kupców z Jahrannu świadomie postanowił zataić przed jego przywódcami coś, czego mogli zażądać.
Nie zrobił tego dla Korony ani dla Ardelonu. Zrobił to dla człowieka, który właśnie odmówił wypowiedzenia dwóch prostych słów.
Scena IV
Kot znalazł ją przed świtem.
Mniej więcej w tej samej chwili po drugiej stronie miasta zapłonęła druga lampa.
Lira usłyszała najpierw pazury przesuwające się po deskach. Krótki szelest, potem cisza. Leżała pod płachtą starego płótna na poddaszu zamkniętej powroźni i przez chwilę była pewna, że dźwięk wydał szczur.
Szczury nie siadały jednak na belkach i nie patrzyły na człowieka z góry.
Kot miał sierść koloru popiołu, zlepioną od deszczu na grzbiecie. Jedno ucho było nacięte, a prawa przednia łapa biała aż po nadgarstek. Opuścił głowę i powąchał powietrze. Potem zeskoczył na stos pustych worków.
Lira nie poruszyła się.
Od chwili, gdy zniknęła Eiranowi w szczelinie pomiędzy nadrzecznymi budynkami, zmieniła kryjówkę trzy razy. Dopiero gdy jego kroki ucichły, wysunęła się spomiędzy murów i ukryła pod schodami domu przewoźników. Później weszła do pustej szopy na sieci, lecz ktoś zatrzymał się przed drzwiami i zbyt długo nie odchodził. W końcu przecisnęła się przez wybite okno powroźni i wdrapała na poddasze, gdzie pachniało mokrymi włóknami konopnymi, smołą i drewnem przeżartym przez wilgoć.
Tutaj nikt nie wszedł przez prawie dwie godziny.
Kot podszedł bliżej.
“Nie mam nic, kocie,” wyszeptała.
Usiadł. Owinął ogon wokół łap i zaczął wylizywać białe futro, jakby jej słowa nie miały znaczenia.
Lira opuściła głowę na zwinięte ramię. Bolał ją policzek. Skóra pod łukiem brwiowym pulsowała za każdym razem, gdy zaciskała powieki. Gdyby zasnęła tylko na kilka minut, mogłaby później myśleć szybciej.
Kot znieruchomiał z łapą uniesioną do pyska.
Jego uszy obróciły się w stronę schodów.
Lira przestała oddychać.
Przez kilka sekund słyszała jedynie deszcz ściekający z dachu. Potem drewno na niższym piętrze jęknęło pod czyimś ciężarem.
Jeden krok.
Przerwa.
Drugi człowiek wszedł ostrożniej. Jego but nie trafił w luźną deskę, która skrzypiała za każdym razem, gdy Lira stawiała na niej stopę.
Wiedzieli, gdzie jej szukać.
Kot zsunął łapę na worek. Patrzył ku schodom, ale nie uciekał.
Lira rozejrzała się po poddaszu. Miała za plecami ścianę. Po lewej stał połamany warsztat, po prawej leżały zwoje zapleśniałej liny. Jedyna droga prowadziła schodami w dół.
Pierwszy mężczyzna był już w połowie drogi na górę.
Kot zerwał się nagle. Przebiegł po workach, wskoczył na warsztat i zniknął za wiszącym płótnem przy przeciwległej ścianie.
Płótno poruszyło się od podmuchu.
Za nim pojawiła się wąska smuga szarego światła.
Lira ruszyła.
Wyskoczyła spod płachty i przebiegła przez poddasze. Za plecami usłyszała przekleństwo. Ktoś wbiegł po ostatnich stopniach.
Rozdarła wiszące płótno. Za nim brakowało dwóch desek w poszyciu ściany. Kot stał już na mokrym dachu sąsiedniego budynku.
Przecisnęła głowę, ramię i biodro. Złamana deska zahaczyła o jej kaftan. Szarpnęła mocniej. Materiał pękł na plecach.
Dłoń zacisnęła się na jej bucie.
Lira kopnęła do tyłu. Pięta trafiła w palce. Mężczyzna syknął i puścił.
Wypadła na dach.
Dachówki były śliskie. Osunęła się na kolano, zdarła skórę i niemal zjechała do rynny. Kot przebiegł po kalenicy, lekki jak cień przesuwający się po wodzie.
“Tam!” krzyknął ktoś za nią.
Lira podniosła się i pobiegła za kotem.
Nie dlatego, że mu ufała. Kot po prostu znał drogę, a ona nie miała innej.
Przeskoczył na niski mur oddzielający dwa budynki. Lira złapała krawędź dachu, opuściła nogi i spadła na drewniane zadaszenie podwórza. Deski zatrzeszczały, lecz wytrzymały.
Za nią z otworu w powroźni wysunął się pierwszy człowiek.
Kot zeskoczył na stos skrzynek. Jedna przesunęła się i uderzyła o glinianą miskę. Naczynie spadło na kamienie, rozbijając się z ostrym trzaskiem.
Mężczyzna czekający przy bramie odwrócił głowę w stronę hałasu.
Lira prześlizgnęła się za jego plecami.
Zauważył ją dopiero wtedy, gdy uderzyła go ramieniem pod łopatkę. Zachwiał się, próbował złapać jej kołnierz, lecz w dłoni został mu tylko oderwany fragment materiału.
Lira wybiegła na ulicę.
Przez kilka minut była wolna.
Mijała zamknięte kramy, wozy przykryte brezentem i ludzi niosących kosze przed pierwszym dzwonem. Nie wołała o pomoc. Mężczyźni ścigający dzieci rzadko robili to w taki sposób, by przypadkowy przechodzień chciał zapytać o powód.
Skręciła dwukrotnie, przeskoczyła przez rów pełen deszczówki i wbiegła pomiędzy magazyny nad rzeką. Słyszała kroki, ale coraz dalsze.
Na końcu uliczki obejrzała się.
Kot siedział na kamiennym murze. Mokry ogon zwisał po drugiej stronie. Patrzył za nią przez chwilę, po czym odwrócił głowę i zniknął między kominami.
Lira uśmiechnęła się mimo bólu.
Potem weszła w wąskie przejście i zobaczyła mężczyznę czekającego przy drugim końcu.
Nie biegł. Nawet nie sięgnął po broń.
Stał nieruchomo, ponieważ wiedział, że za jej plecami nadchodzą pozostali.
Lira zawróciła.
Pierwszy z pościgu chwycił ją za ramię. Ugryzła go w dłoń tak mocno, że poczuła krew na języku. Wrzasnął. Drugi objął ją od tyłu, lecz uderzyła głową w jego brodę i wyrwała się na pół kroku.
Prawie dosięgła noża przy jego pasie.
Trzeci mężczyzna kopnął ją pod kolano.
Upadła. Kamień uderzył w zraniony policzek. Przed oczami rozbłysła biel, chociaż słońce jeszcze nie wzeszło.
Ktoś przycisnął jej nadgarstek do ziemi.
“Puść, bo ją złamiesz.”
“Ugryzła mnie.”
“Vell nie zapłaci za trupa.”
Nazwisko przebiło się przez szum w głowie.
Vell.
Lira zapamiętała je, zanim narzucono jej worek na głowę.
Związali jej ręce z przodu i wsadzili do wozu. Nie widziała drogi, ale słuchała kół. Najpierw jechały po drobnym kamieniu, potem po drewnianych belkach mostu. Wóz skręcił w lewo, wspiął się pod górę i zjechał tak stromo, że Lira uderzyła ramieniem o burtę.
Liczyła zakręty.
Po dziewiątym poczuła zapach pieczonego chleba. Po piętnastym poczuła go ponownie.
Wozili ją w kręgu.
Przestała liczyć skręty. Zamiast tego słuchała dzwonów i zapamiętywała nachylenie ulic. W pewnej chwili przez szczelinę w worku wdarł się zapach mokrego ziarna, rzecznego mułu i oleju do lamp.
Ten zapach nie zniknął aż do zatrzymania wozu.
Znieśli ją po trzech kamiennych stopniach. Korytarz był chłodny. Kroki odbijały się od ścian, jakby budynek wewnątrz pozostawał prawie pusty.
W izbie zdjęli jej worek.
Nie było okna. Jedna lampa stała na półce obok drzwi. Pod ścianą znajdował się stół, dwa krzesła i zamknięta skrzynia. Na posadzce leżało kilka ziaren żyta. Lira rozgniotła jedno podeszwą.
Mężczyzna z pogryzioną dłonią usiadł naprzeciwko. Owinął ranę paskiem materiału, nie spuszczając wzroku z Liry.
“Jeszcze raz spróbujesz, wybiję ci zęby.”
Lira przesunęła językiem po własnych zębach.
“Najpierw musiałbyś trafić.”
Wstał tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się za nim.
Drzwi otworzyły się, zanim zdążył podejść.
Mężczyzna, który wszedł, nie wyglądał jak ktoś przychodzący oglądać schwytane dziecko. Miał ciemny kaftan bez haftów, starannie zapięty pod szyją, i wyglądał schludniej niż wszyscy pozostali w izbie. Na mankiecie pozostała niewielka ciemna plama, jakby niedokładnie zmył atrament.
Był zmęczony. Lira rozpoznała to nie po oczach, lecz po sposobie, w jaki zatrzymał się za progiem i przez ułamek chwili nie zrobił nic.
Potem znowu stał się człowiekiem, który wiedział dokładnie, gdzie powinien położyć każdą rzecz.
Spojrzał na przewrócone krzesło, zakrwawiony bandaż i związane ręce Liry.
“Ilu was było?” zapytał.
“Czterech,” odpowiedział mężczyzna.
Lira policzyła ich jeszcze raz w pamięci.
“Trzech,” powiedziała.
Mężczyzna z bandażem zacisnął szczękę.
Przybysz przeniósł na niego wzrok.
“Rozwiąż ją.”
“Panie Vell, ona…”
“Wiem, co zrobiła. Widzę twoją rękę.”
Sznur zsunął się z nadgarstków Liry. Skóra pod nim była czerwona i spuchnięta. Rozmasowała palce, patrząc na Istrana Vella.
Nie nosił broni, którą potrafiła dostrzec.
To nie znaczyło, że jej nie miał.
Istran podniósł przewrócone krzesło i usiadł naprzeciwko. Drugiemu mężczyźnie wskazał miejsce przy drzwiach.
“Jak się nazywasz?”
“Nie nazywam się.”
“Lira.”
Nie drgnęła.
“Skoro znasz odpowiedź, po co pytasz?”
“Chciałem sprawdzić, czy zaczniesz od prawdy.”
“I co sprawdziłeś?”
“Że nie należy zaczynać od pytań, na które znam odpowiedź.”
Wskazał dzban stojący na stole.
“Napij się.”
“Nie chce mi się.”
“Chce.”
Lira spojrzała na gliniany kubek. Gardło piekło ją od biegu i kurzu. Istran nalał wodę, wypił pierwszy łyk, a potem przesunął naczynie po stole.
Wzięła je. Nie spuszczała z niego wzroku, kiedy piła.
“Gdzie jest Eiran?” zapytał.
Kubek zatrzymał się przy jej ustach.
“Nie znam żadnego Eirana.”
“To była druga odpowiedź, którą już znałem.”
Lira odstawiła kubek.
“W takim razie jesteś kiepski w zadawaniu pytań.”
Przy drzwiach rozległ się krótki śmiech. Mężczyzna z bandażem uciszył go spojrzeniem.
Istran nie zareagował.
“Co jeszcze wyniósł z pracowni Saerona?”
Lira poczuła chłód głębiej niż na mokrym poddaszu.
“Nie wiem.”
“Tę odpowiedź muszę dopiero sprawdzić.”
“To sprawdź.”
“Sprawdzam.”
Przez chwilę słyszała tylko skwierczenie oleju w lampie.
Istran położył dłonie na stole. Paznokcie miał krótkie. Na knykciu prawego kciuka znajdowało się płytkie przecięcie.
“Moi ludzie znaleźli ślady po dwóch niewielkich deskach,” powiedział. “Uczeń malarza nie wyniósł ich głównym wyjściem. Ty znałaś inną drogę.”
“Może twoi ludzie powinni lepiej pilnować drzwi.”
“Jeden z nich już za to zapłacił.”
Powiedział to bez gniewu. Właśnie dlatego Lira mu uwierzyła.
“A pozostali?”
“Nadal mają okazję okazać się użyteczni.”
Palce mężczyzny przy drzwiach poruszyły się niespokojnie.
Lira spojrzała na Istrana.
“To ty kazałeś im wejść do pracowni?”
“Tak.”
“Dlaczego?”
Istran obrócił kubek pomiędzy palcami, sprawdzając nierówność gliny na jego brzegu.
“Teraz ty zadajesz pytania, na które nie znasz odpowiedzi.”
“Od kogoś musiałam się nauczyć.”
W jego twarzy nic się nie zmieniło. Tylko prawa dłoń przesunęła się ku krawędzi kaftana. Kciuk przez moment naciskał materiał nad kieszenią, jakby znajdował się tam mały, twardy przedmiot.
Potem opuścił rękę.
“Eiran nie wróci po mnie,” powiedziała Lira.
“Nie pytałem, czy wróci.”
“Ale dlatego mnie zabrałeś.”
Istran przyglądał jej się długo.
“Zabrałem cię, ponieważ widziałaś rzeczy, których nie powinnaś widzieć. Jeżeli Eiran popełni błąd i spróbuje cię odnaleźć, będzie to dodatkowa korzyść.”
“Nie przyjdzie.”
“Chcesz, żeby nie przyszedł.”
Lira zacisnęła dłonie pod stołem.
“To nie jest to samo.”
“Właśnie.”
Istran pochylił się odrobinę.
“Powiedz mi, gdzie ukrył deski. Wypuszczę cię, zanim zdąży dowiedzieć się, że tu byłaś.”
“Nie wiesz, gdzie są.”
“Gdybym wiedział, nie siedziałbym tutaj.”
Pierwszy raz dał jej odpowiedź bez zasłony.
Nie dlatego, że jej ufał. Chciał, żeby uwierzyła w możliwość umowy.
“A jeśli ci powiem?” zapytała.
“Odzyskam własność Korony.”
“I zabijesz Eirana.”
“Jeżeli będzie rozsądny, nie będę musiał.”
“To nie jest odpowiedź.”
Lira odsunęła kubek. Woda przelała się przez krawędź i zostawiła na stole cienką, ciemną linię.
“Nauczyłaś się tego od niego?”
“Od ciebie.”
Tym razem mężczyzna przy drzwiach nie zaśmiał się.
Istran odsunął się na krześle.
“Dlaczego go chronisz?”
Lira pomyślała o dłoni Eirana zamykającej się wokół srebrnego klucza. O tym, jak skłamał patrolowi, żeby ją uwolnić. O jego głosie wołającym ją pod pracownią, choć sam powinien był już uciekać.
“Bo swoich się nie wydaje.”
Istran znieruchomiał.
Nie trwało to dłużej niż jedno uderzenie serca. Lira zobaczyła jednak zmianę. Człowiek naprzeciwko niej przestał na moment patrzeć na dziecko, które mogło doprowadzić go do Eirana. Zobaczył kogoś innego.
Potem jego wzrok znowu stał się chłodny.
“Każdy wydaje swoich,” powiedział. “Różni ich wyłącznie cena.”
“W takim razie jeszcze jej nie znalazłeś.”
Mężczyzna z bandażem podszedł bliżej.
“Ona będzie tak siedzieć do południa i nic nie powie. Dajcie mi godzinę.”
Istran nawet na niego nie spojrzał.
“Nie.”
“Panie Vell…”
“Przestraszone dziecko mówi prawdę rzadziej niż spokojne. Dziecko, które cierpi, mówi wszystko, czego oczekuje człowiek zadający ból.”
“Kupcy z Jahrannu mają ludzi, którzy potrafią…”
Istran uniósł głowę.
Mężczyzna urwał.
Istran przeniósł wzrok na Lirę. Obietnica wypuszczenia jej zniknęła z jego twarzy, zanim przemówił.
“Moi mocodawcy w Jahrannie nie wiedzą, że ją mamy,” powiedział. “I nie dowiedzą się.”
W izbie zrobiło się ciszej niż wcześniej.
Lira znała nazwę Jahrannu z krzyków przewoźników i znaków wypalanych na skrzyniach. Nie wiedziała, czego tamtejsi kupcy chcieli od Vella. Zrozumiała jednak, że właśnie usłyszała zdanie, którego nie powinno być przy niej.
Istran wstał.
“Przeniesiecie ją do starej izby rachunkowej. Dostanie wodę, jedzenie, suche ubranie i koc. Nikt jej nie uderzy. Nikt nie będzie z nią rozmawiał bez mojego pozwolenia. Przy drzwiach zawsze stoi dwóch ludzi.”
Mężczyzna z bandażem spojrzał na swoją dłoń.
“A jeśli znowu spróbuje uciec?”
“Wtedy postaracie się, żeby czterech dorosłych mężczyzn nie przegrało po raz drugi z jedną dziewczyną.”
Lira policzyła ich w pamięci jeszcze raz.
Było ich trzech.
Istran dodał siebie.
Nie wiedziała, czy zrobił to celowo.
Przy drzwiach pojawił się chudy urzędnik z tabliczką pokrytą woskiem. Musiał czekać na korytarzu. Spojrzał na Lirę, potem na Istrana.
“Pod jakim nazwiskiem mam ją wpisać?”
“Pod żadnym.”
Urzędnik zawahał się z rylcem nad tabliczką.
“Każdy zatrzymany musi mieć pozycję w wykazie.”
“Nie jest zatrzymana.”
“W takim razie jaki ma status?”
Istran spojrzał na rozsypane ziarna pod stołem.
“Nie ma jej tutaj.”
Urzędnik opuścił rylec.
Lira patrzyła, jak człowiek wymazuje pustą jeszcze linię kciukiem.
Istran zatrzymał się przy drzwiach.
“Jeżeli Eiran będzie cię szukał, znajdziemy go,” powiedział. “Jeżeli nie będzie, pozostaniesz jedyną osobą poza nami, która wie, że cię porwaliśmy. Zastanów się, która możliwość powinna przerażać cię bardziej.”
“Jest trzecia.”
Odwrócił głowę.
“Jaka?”
“Wyjdę stąd sama.”
Mężczyzna z bandażem prychnął.
Istran nie.
“W takim razie nie marnuj czasu,” powiedział i wyszedł.
Zaprowadzili ją do pomieszczenia na końcu drugiego korytarza. Stara izba rachunkowa nie miała już ksiąg ani stołów. Została w niej drewniana prycza, pęknięta misa i wąski otwór wentylacyjny pod sufitem. Przez kamień przechodził chłód rzeki.
Postawili przy drzwiach dzban. Później przyniesiono chleb, koc i suchy kaftan. Lira poczekała, aż zasuną rygiel, zanim dotknęła którejkolwiek rzeczy.
Najpierw sprawdziła otwór pod sufitem. Był zbyt wysoko. Potem obejrzała zawiasy. Osadzono je po drugiej stronie drzwi.
Prycza została zbita dawno temu. Jedna deska ruszała się pod naciskiem dłoni.
Lira podważała ją tak długo, aż z drewna wysunął się zardzewiały gwóźdź.
Nie próbowała od razu otwierać zamka. Na korytarzu stało dwóch ludzi, a ona nie wiedziała jeszcze, dokąd prowadzą schody. Najpierw musiała poznać rytm kroków, pory przynoszenia jedzenia i dźwięki dochodzące z ulicy.
Usiadła na podłodze i pomyślała o kocie.
Nie nadała mu imienia. Koty nie potrzebowały imion, żeby wiedzieć, dokąd biegną. Ludzie nadawali nazwy ulicom, budynkom i więźniom, a potem zachowywali się tak, jakby nazwanie czegoś oznaczało posiadanie.
Istran Vell wybrał dla niej inną metodę.
Postanowił, że nie będzie miała nawet miejsca w jego księdze.
Lira wsunęła się pod pryczę. Ostrym końcem gwoździa zaczęła ryć litery po spodniej stronie deski.
L.
I.
R.
A.
Jeżeli nikt nigdy ich nie znajdzie, nadal tam będą.
Skoro odmówił jej miejsca w swoim spisie, wpisała się sama.