Elaris · Rozdział VII
Barwa pod skórą
Miejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.
Scena I
Pokrowiec zaczepił o dolny zawias furty. Eiran szarpnął nim, zanim zdążył pomyśleć. Ból przeszedł przez bark aż pod łopatkę.
Został w ciasnym przejściu, przyciskając deski do brzucha. Zardzewiałe żelazo trzymało fałdę płótna. Musiał się cofnąć, zdjąć materiał z haczyka i obrócić pakunek bokiem. Dopiero wtedy przeszedł.
Za furtą pachniało mokrym wapnem.
Przymknął ją do poprzedniego położenia i stanął przy murze. Przez szparę widział fragment uliczki, odpływ i nogi ludzi idących ku kanałowi. Dwie pary butów minęły wejście. Później przejechał wózek; jedno koło stukało przy każdym obrocie.
Odczekał, aż dźwięk ucichnie.
Ostatni raz widział człowieka w wysoko zapiętym płaszczu przed świtem, po drugiej stronie kanału. A przynajmniej sądził, że to ten sam człowiek. Przez noc nauczył się podejrzewać każdego, kto zatrzymywał się wtedy co on. Dwa razy obszedł tę samą piekarnię, przeczekał zmianę patrolu pod schodami i wrócił ulicą, z której przed chwilą przyszedł. Nie chciał przyprowadzić nikogo tutaj.
Teraz miał pod podeszwami ubity grunt dawnej farbiarni i nie wiedział, czy powinien jeszcze czekać.
Położył pokrowiec na kamiennym obrzeżu studni. Spod ramienia wyjął dwa kawałki woskowanego płótna, kupione po drodze na otwartym już straganie przy przystani. Wybrał skrawek z uszkodzonym brzegiem, tańszy od pozostałych. Sprzedający przeciął go na pół bez pytania, do czego będzie potrzebny. Eiran odebrał resztę i odszedł, zanim zaczął ją liczyć.
Wosk stwardniał na zgięciach. Przyłożył materiał do światła. Jedna połowa miała kilka drobnych otworów po szwie. Będzie musiał złożyć ją podwójnie.
Na dziedzińcu zostały podstawy kadzi i płytkie rowki, którymi spuszczano wodę. Z jednego wyrosła pokrzywa. Tam, gdzie dawniej stały beczki, mur zachował ciemne półkola. Wyżej odpadał tynk.
W studni wciąż wisiało wiadro. Eiran wyciągnął je, wybierając linę po kawałku. Napił się z dłoni. Woda miała smak kamienia i starego drewna, ale przełknął jeszcze trochę. Potem odstawił wiadro przy schodach i wrócił po deski.
Drzwi na górę spuchły od wilgoci. Przytrzymał pakunek kolanem, nacisnął klamkę i pchnął. Dolna krawędź zaszurała po posadzce tak głośno, że obejrzał się na furtę.
Nikt przez nią nie wszedł.
Na schodach od razu znalazł miejsce, którego należało unikać. Czwarty stopień od dołu uginał się przy ścianie. Jako chłopiec przeskakiwał go z rozpędu. Teraz stanął bliżej poręczy i przeniósł ciężar ostrożnie, czując deski na obolałym ramieniu.
Matka zmieniała buty na przedostatnim stopniu.
Przypomniał sobie jej bose pięty obok garnka, w którym przynosił jedzenie. Mokre trzewiki stawiała niżej, żeby woda nie ściekała na suche. Pewnego dnia kazała mu rozsupłać sznurówki, bo nie mogła wyprostować palców. Złościła się, kiedy pociągnął za niewłaściwy koniec.
Zatrzymał się właśnie tam. W drewnie pozostało wgłębienie po tysiącach kroków. Przesunął po nim podeszwą.
Na piętrze było sucho.
Długie szczeliny pod okapem wpuszczały powietrze. Między belkami wisiały końce sznurów, a przy ścianie leżały dwa puste stelaże do rozwieszania tkanin. Jeden przewrócił się na bok. Światło przechodziło przez jego szczeble i kładło na podłodze wąskie pasy.
Eiran oparł pokrowiec przy słupie, przyniósł wiadro ze schodów i zostawił je na progu.
Pod oknem znalazł szparę między deskami podłogi. Zwykły klucz do pracowni wszedł w nią do połowy. Podważył nim brzeg, wsunął palce i uniósł krótką deskę. Drugą udało się wyjąć łatwiej.
W płytkiej wnęce między belkami leżał zwinięty sznurek i resztki papieru. Kiedyś przechowywano tu drogie barwniki, z dala od mokrego parteru. Eiran pamiętał otwarte paczki i zakaz wkładania do nich rąk. Sprawdził dłonią spód i narożniki schowka. Drewno było suche. Wyjął papier.
Obie deski powinny się zmieścić.
Rozłożył woskowane płótno i wysunął pierwszy obraz z pokrowca. Brama leżała w poprzek jego kolan. Przy jednym rogu zaprawa miała stare pęknięcie. Przyjrzał mu się z bliska. Nie widział świeżego odprysku.
Na obrazie kobieta nadal niosła kosz. Osioł szedł ku studni, dziecko ciągnęło zabawkę. Światło na prawdziwej podłodze przesunęło się po namalowanym bruku, kiedy Eiran zmienił położenie deski. Odchylił ją z powrotem.
Nic się nie zmieniło.
Obejrzał tył i krawędzie. Zawinął obraz luźno, zostawiając zagięcia woskowanego materiału przy rogach. Otwory po szwie znalazły się pod drugą warstwą.
Studium Merana było mniejsze.
Przez chwilę trzymał je w obu rękach, zanim położył na płótnie. Niedokończona twarz wyglądała w porannym świetle mniej wyraźnie niż w pracowni. Za to strój zachował ciężar i połysk. Saeron poświęcił tyle uwagi fałdom pod ramieniem, że Eiran odruchowo przyjrzał się miejscu, gdzie farba udawała nacisk szwu na ciało.
Potem spojrzał pod lewe ucho.
Czerwona linia pozostała na swoim miejscu.
Podniósł deskę, żeby wsunąć pod nią zagięty brzeg płótna. Wyszczerbiony róg przesunął mu się po dłoni.
Poczuł krótkie szarpnięcie skóry.
Odłożył obraz, rozstawił kciuk i palec wskazujący. Na błonie między nimi zebrała się kropla krwi. Przechylił rękę, zanim zdążyła spaść. Spłynęła wzdłuż kciuka i zatrzymała się przy paznokciu.
“Cholera.”
Docisnął do skaleczenia spód rękawa. Przytrzymał go chwilę, patrząc na studium. Na płótnie pod deską nie było krwi.
Wstał po wiadro. Kiedy się schylił, zaschnięte błoto w bucie otarło mu kostkę. Dopiero teraz poczuł, jak bardzo ma spuchnięte stopy.
Usiadł przy progu i nabrał wody lewą dłonią. Polał skaleczenie. Krew rozeszła się cienką smugą po nadgarstku. Jeszcze raz. Przy trzecim obmyciu zobaczył brunatnoczerwoną nitkę, krótszą od paznokcia.
Przesunął po niej mokrym kciukiem drugiej ręki.
Nie zeszła.
Na skórze miał również drobiny ciemnej farby. Jedna rozkruszyła się pod paznokciem, druga została na rękawie. Znał takie zabrudzenia. Przy pracy pigment wciskał się w spękania, których wcześniej nawet nie czuł; czasami nosił go na dłoniach kilka dni.
Rozciągnął skórę między palcami.
Nitka rozciągnęła się razem z nią.
Nad barwą widać było drobne bruzdy naskórka. Tam, gdzie róg deski rozciął dłoń, szczelina była jaśniejsza i znów zaczynała wilgotnieć. Eiran otarł ją ostrożnie. Czerwień pod spodem pozostała wyraźna.
Pochylił rękę ku światłu. Z tej strony ślad wyglądał ciemniej. Obrócił nadgarstek i przez moment niemal przestał go widzieć.
Mógł wetrzeć farbę głębiej, kiedy odruchowo zacisnął palce.
Nabrał jeszcze trochę wody. Tym razem pocierał dłużej, aż skóra wokół skaleczenia zrobiła się różowa. Ból narastał powoli, piekący. Przestał, gdy z rany wyszła następna kropla krwi.
Na dole coś uderzyło o mur.
Eiran poderwał głowę. Przytrzymał dłoń rękawem i nasłuchiwał. Przez furtę dobiegło skrzypienie kół, potem czyjeś krótkie przekleństwo. Wózek toczył się dalej.
Dopiero wtedy zauważył zwykły klucz na podłodze przy otwartym schowku.
Wstał i wsunął go do kieszeni płaszcza. Przez materiał kurtki sprawdził, czy srebrny nadal jest na miejscu. Studium Merana wciąż leżało odkryte. Zajął się nim, chwytając ostrożnie za nieuszkodzone brzegi. Dłoń szczypała, kiedy ją rozwierał, lecz przy zaciśniętych palcach prawie nie czuł rany.
Na dnie schowka ułożył dwie suche listwy wyjęte ze stelaża, a na nich osobno zawinięte obrazy, zostawiając odstęp między pakunkami. Złożony pokrowiec wsunął obok.
Deski podłogi wróciły na miejsce dopiero po odwróceniu jednej z nich. Eiran docisnął ją kolanem.
Jaśniejszą kreskę przy krawędzi zatarł kurzem spod stelaża i cofnął się pod schody. Z tej odległości podłoga wyglądała prawie tak samo jak wcześniej.
Oparł się o słup. Bez ciężaru obrazów bark pulsował mocniej. W suszarni było cicho, a przez nagrzewające się drewno zaczynał wracać suchy, cierpki zapach. Mógł usiąść na chwilę. Oprzeć głowę, zamknąć oczy.
Spojrzał na pusty kawałek podłogi, na którym przed chwilą leżał pokrowiec.
Może Lira też znalazła sobie podobny kąt.
Przez całą noc wyobrażał sobie, że została pod tamtym murem albo krąży gdzieś w pobliżu pracowni, zła, że długo nie wraca. Nie miał powodu, żeby wierzyć, że nadal tam jest. Wiedział tylko, od którego miejsca powinien zacząć.
Podniósł wiadro.
Na dziedzińcu wylał resztę wody do odpływu i opuścił wiadro do studni. Zanim przeszedł przez furtę, sprawdził ulicę. Była jaśniejsza i bardziej ruchliwa niż wtedy, gdy wchodził. Ktoś otworzył okiennicę nad przejściem; mokra ścierka spadła na parapet.
Eiran poprawił płaszcz, osłaniając wewnętrzną kieszeń z kluczem. Prawą dłoń trzymał luźno, żeby brzegi skaleczenia nie ciągnęły przy każdym kroku.
Na skrzyżowaniu skręcił ku targowi przy pracowni Saerona.
Scena II
Na targu najpierw zobaczył puste miejsce po wozie.
Na bruku został prostokąt suchego kurzu, przerwany mokrymi śladami butów. Dalej kobiety rozstawiały kosze, ktoś wbijał drewniany klin pod nogę stołu. Przy pracowni otwarto okiennicę na piętrze. Eiran przeszedł pod przeciwległą ścianą, z dala od podwórza. Drzwi Saerona widział tylko przez chwilę, między ramieniem przechodnia a płachtą na straganie. Były zamknięte.
Zatrzymał się przy koszu cebuli.
“Nie będę przebierać za ciebie,” powiedziała handlarka.
Nie dotykał towaru. Dopiero po chwili zauważył, że stoi tak blisko, iż zasłania go ludziom idącym od studni.
Cofnął stopę.
“Szukam dziewczyny.”
Kobieta wytrząsnęła z fartucha suche łupiny. Miała popękaną skórę na palcach i za krótki rękaw, spod którego wystawała jasna blizna po oparzeniu.
“Tutaj żadnej nie sprzedaję.”
“Liry.”
Nie spojrzała na niego od razu. Wybrała z kosza miękką cebulę, nacisnęła ją kciukiem i odłożyła pod stół. Dopiero wtedy przyjrzała się jego twarzy.
“Wczoraj też jej szukali.”
Eiran usłyszał za sobą stuk kosza postawionego na kamieniach. Odwrócił głowę zbyt szybko. Dwaj mężczyźni kłócili się o miejsce przy studni; jeden trzymał w ręce pękniętą klepkę i pokazywał ją drugiemu.
“Kto?”
“Nie pytali o ciebie.”
Kobieta odsunęła kosz cebuli i przyciągnęła worek drobnego bobu. Na stole rozłożyła kawałek płótna. Eiran wsunął zdrową dłoń do kieszeni. Monety skleiły się od potu; oddzielił jedną paznokciem i położył przy jej ręce.
Przykryła ją płótnem.
“Ile?” zapytała głośniej.
“Garść.”
“Za tyle możesz wziąć więcej.”
“Resztę później.”
Nie zwróciła monety. Nasypała bób, związała rogi materiału i przesunęła zawiniątko po stole. Gdy Eiran po nie sięgnął, przytrzymała je dwoma palcami.
“Ty jesteś od malarza.”
Skinął głową.
“Widziałam was razem. Ona miała już wtedy rozbitą twarz.”
“Strażnik przycisnął ją do muru.”
“A potem poszła z tobą.”
Za straganem było ciepło od kamiennej ściany. W zapachu cebuli czuł kwaśną woń czegoś zepsutego, schowanego na dnie kosza. Otarł usta rękawem.
“Została przed pracownią. Kiedy wyszedłem, już jej nie było.”
“Poszłabym, gdyby mi kazali czekać przed takimi drzwiami.”
“Znasz ją?”
“Nosi mi kosze. Nie zawsze oddaje wszystkie.”
Puściła zawiniątko. Eiran wsunął je do zewnętrznej kieszeni, osobno od kluczy.
“Ci ludzie. Ilu ich było?”
Kobieta nabrała bobu w miarkę i przesypała go z powrotem do worka.
“Dwóch stało tutaj. Nie liczyłam całej ulicy.”
“Mieli barwy?”
“Płaszcze. Jeden nie zdjął rękawic, chociaż dotykał wszystkiego. Rozgarniał towar, jakby szukał jej pod cebulą.”
Eiran spojrzał w stronę pracowni. Płachta straganu przesłoniła drzwi.
“O co pytali?”
“Gdzie dzieci śpią, kiedy pada. Pod którymi schodami. Czy w szopach nad rzeką da się zamknąć od środka.”
“Powiedzieli, czego od niej chcą?”
“Że coś zabrała.”
Kobieta pochyliła worek. Bób przesunął się z suchym szelestem. Wśród całych ziaren leżały czarne, nadgryzione; wybierała je, nie patrząc na dłonie.
“A ty?” zapytała. “Też coś zgubiłeś?”
Srebrny klucz dotykał go przez podszewkę. Eiran odsunął łokieć od boku.
“Mam to, czego szukałem.”
Handlarka czekała.
“Chcę ją znaleźć.”
“Wszyscy tak mówią na początku.”
Do straganu podeszła kobieta z garnkiem. Handlarka odmierzyła jej bób, odebrała pieniądz i czekała z wyciągniętą dłonią, aż tamta dołoży jeszcze jedną drobną monetę. Eiran odsunął się na koniec stołu. Mógł już odejść, wrócić do muru, przy którym zostawił Lirę, i jeszcze raz zajrzeć w to samo puste przejście.
Kiedy kupująca ruszyła dalej, handlarka podniosła na niego wzrok.
“Jeśli znowu tu przyjdą, co mam powiedzieć?”
“Że mnie nie widziałaś.”
Popatrzyła na miejsce, gdzie przed chwilą stała kobieta z garnkiem.
Eiran zacisnął usta.
“Że pytałem, a ty nie wiedziałaś.”
“Ciebie też widzieli z nią. Mogą chcieć sprawdzić, czy mówimy tak samo.”
Przez chwilę nie potrafił odpowiedzieć.
“Nie przyjdę do ciebie z ludźmi,” powiedział w końcu.
Handlarka przesunęła worek na drugą stronę ławy, zostawiając pomiędzy nim a ścianą wolne miejsce. Eiran odszedł o krok od środka przejścia. Teraz nie musiała podnosić głosu, żeby ją słyszał.
Pod stół wsunęła się chuda ręka. Chłopak, który przyniósł kosz, wyciągnął dwa ziarenka z błota i wrzucił je do kieszeni. Handlarka stuknęła miarką o blat.
“Nie te. Tamte już leżały w wodzie.”
Chłopak spojrzał na Eirana i znieruchomiał. Podwinięte nogawki miał nierówne, jedną ciemniejszą aż do kolana. Przy kostce oblepiały go włókna z pękniętego worka.
“Pyta o Lirę,” powiedziała kobieta.
“Nie widziałem.”
“Mnie mówiłeś, że wlazła do powroźni.”
“Nie widziałem, żeby wyszła.”
Eiran przykucnął przy końcu ławy. Prawą rękę położył na udzie, żeby nie opierać się na rozciętej skórze.
“Wchodziłeś za nią?”
Chłopak pokręcił głową.
“Zostawiłem kosz. Wzięła go, żeby stanąć pod oknem. Miała oddać.”
“Kiedy?”
“W nocy. Padało.”
“Była sama?”
Chłopak zerknął na handlarkę.
“Sama brała kosz.”
“Weszła przez okno?”
“Najpierw patrzyła za siebie. Potem wlazła. Nie chciała, żebym stał na ulicy.”
Chłopak otarł nos rękawem. Na skórze została mokra smuga.
“Mówiłeś o tym komuś jeszcze?”
Zerknął na handlarkę, potem opuścił oczy. Kobieta przysunęła miarkę bliżej krawędzi stołu.
“Jemu teraz. Wcześniej mnie.”
“A tamci ludzie?”
“Sama z nimi rozmawiałam.”
Eiran spojrzał na wyjścia z targu. Nie musieli usłyszeć o powroźni właśnie tutaj. Pytali o schronienia, a nad rzeką stało ich niewiele. Mimo to chłopak wciskał dłonie pod pachy, jakby przyłapano go na wydaniu dziewczyny.
“Kosz ci odda,” powiedział Eiran.
Zabrzmiało to pewniej, niż zamierzał. Handlarka nic nie odpowiedziała.
Eiran wyprostował się powoli. Mógł pytać dalej o godzinę, pogodę, każde słowo dziewczyny. Dziecko cofało się już za ławę. Miał już miejsce, od którego mógł zacząć.
“Które okno?”
“Od szopy na sieci. Na dole. Tam nie ma szkła.”
Chłopak wyciągnął z kieszeni mokre ziarna. Handlarka podstawiła mu pustą miarkę, wzięła z worka inne i wsypała mu do dłoni. Eiran odwrócił się ku rzece.
“Nie zabieraj go ze sobą,” powiedziała za nim.
“Nie zamierzałem.”
“I nie mów tam, kto ci powiedział.”
Skinął głową. Przez tłum ruszył wolno, wyczuwając przy biodrze dodatkowy ciężar bobu. Wydał na niego więcej, niż zamierzał wydać na jedzenie przez cały dzień. Mógł wrócić i poprosić o resztę. Zamiast tego odłamał paznokciem łodyżkę przyczepioną do płaszcza i rzucił ją w odpływ.
Do powroźni dochodziło się wzdłuż rzędu niskich szop. Kilka miało szeroko otwarte wrota, inne zamknięto od zewnątrz na drewniane zasuwy. Mężczyzna stojący w wodzie po kostki rozwieszał sieć między słupkami. Eiran poczekał, aż przeciągnie obciążony brzeg przez przejście.
Pamiętał, że powroźnia była długa. Jako dziecko skracał sobie drogę wzdłuż jej ściany, gdzie nawet podczas deszczu zostawał suchy pas ziemi. Teraz rynna urwała się nad samym środkiem, a woda wyżłobiła w gruncie głęboką bruzdę. Przy głównym wejściu wisiał zamknięty skobel. Ktoś związał go dodatkowo rzemieniem, którego końce sczerniały od wilgoci.
Wybite okno znalazł od strony szopy.
Pod nim leżał przewrócony kosz. Dno było wgniecione, jedna obręcz wyszła z oplotu. Na kamiennym parapecie mokry osad starto szeroką smugą. Eiran dotknął jej końcem palca. Nie zdołałby powiedzieć, kto przechodził tędy ostatni ani ile razy. Przy framudze zobaczył ciemny włos, lecz kiedy spróbował go podnieść, rozpadł się na krótkie włókna liny.
Zostawił je.
Przez okno widział pustą dolną salę, resztki konopi w zagłębieniach podłogi i nieruchome koło na drewnianej osi. Z drugiej strony pomieszczenia sączyło się światło. Boczne drzwi pozostawiono uchylone; zasuwę zdjęto z uchwytu, który wisiał teraz na jednym gwoździu.
Obszedł narożnik. Przy progu miękka ziemia była rozdeptana. Dwa wyraźniejsze wgłębienia zachowały się pod daszkiem, gdzie nie padało bezpośrednio. Jedno należało do szerokiego buta, drugie nałożyło się na jego czubek. Dalej zaczynał się bruk i wszystkie ślady znikały.
Wszedł bokiem, trzymając się z dala od luźnego skrzydła drzwi.
Zapach mokrych konopi wypełniał gardło. Pod ścianą leżały krótkie odcinki sznura; część obrosła białawym nalotem. Na długiej ławie ktoś zostawił miskę z resztką stwardniałego tłuszczu. Jej wnętrze pokrywał pył. Eiran minął ją bez dotykania.
Na końcu sali zaczynały się schody.
Zatrzymał się przy pierwszym stopniu. Na górze coś poruszyło płótnem. Później przyszedł przeciąg, chłodny od rzeki, i przesunął suche źdźbło pod jego butem.
“Lira?”
Nie odpowiedziała.
Położył lewą rękę na poręczy. Drewno ugięło się pod naciskiem, ale wytrzymało. Na czwartym stopniu zobaczył błoto wciśnięte między deskę a ścianę. Wyżej następne, rozsypane w drobnych grudkach. Poddasze mogło dawać schronienie każdemu, kto znał wybite okno. Eiran patrzył na ślady, nie próbując jeszcze układać z nich jednej drogi.
Przy ścianie leżała płachta. Pod odgiętym narożnikiem, w kurzu na suchym drewnie, odcisnęło się coś okrągłego: łokieć albo kolano. Obok stał połamany warsztat, dalej zwoje liny. Kawałek starego płótna wiszącego na przeciwległej ścianie rozdarł się od dołu niemal do samej belki. Jego końce poruszały się osobno.
Eiran podszedł do płachty na podłodze. Uniósł ją ostrożnie, uważając, żeby nie strząsnąć zawartości fałd. Wypadły tylko suche konopie i martwy chrząszcz. Przesunął materiał dalej. Nie było pod nim ani człowieka, ani plamy, której bał się szukać.
Pozwolił płótnu opaść.
Otwór w ścianie znajdował się zbyt wysoko, żeby dostrzec go z ulicy. Brakowało dwóch desek. Wzdłuż ich dawnych krawędzi drewno było szare, wypłukane; w jednym miejscu wystawał jaśniejszy, świeżo odgięty język drzazgi. Coś na nim zostało.
Eiran odsunął wiszące płótno lewym przedramieniem. Drugą dłonią spróbował uchwycić strzępek.
Skóra między kciukiem a palcem wskazującym rozeszła się pod naciskiem. Cofnął rękę tak gwałtownie, że zawadził łokciem o poszycie. Z drewna posypał się kurz.
Strzępek nadal wisiał.
Przytrzymał płótno barkiem i wyciągnął włókna lewą dłonią. Były ciemniejsze od konopi, skręcone ze sobą, z resztką brudu w załamaniu. Rozłożył je na paznokciu. Pamiętał kaftan Liry, przetarty pod łokciem i przy pasie, gdzie nosiła wszystko, co zdołała upchnąć w kieszeniach. Taki kolor miały miejsca, których nie przykrywało zaschnięte błoto.
Mógł się mylić. Tkanina nie była rzadka.
Schował włókna w zagięcie rękawa, zanim zabrał je wiatr, i pochylił głowę do otworu. Za ścianą opadał dach sąsiedniego budynku. Jedna dachówka wysunęła się z szeregu; na następnej zobaczył jasną rysę w zielonym nalocie. Do rynny było daleko, znacznie dalej, niż wydawało się z wnętrza.
Lira przecisnęłaby się tędy bez trudu. On musiałby zdjąć płaszcz i wystawić ranny bark. Ktoś większy, idąc za nią, potrzebowałby czasu.
Obejrzał się na schody. Od ich szczytu do płachty było kilka kroków. Potem otwarta przestrzeń, połamany warsztat i wyrwa, o której z dołu nie można było wiedzieć.
Eiran zamknął w palcach brzeg rękawa z włóknami.
Nie poszła sobie po prostu.
Wysunął głowę dalej. Zobaczył niski mur, drewniane zadaszenie nad podwórzem i przejście między dachami, za którym stały już wielkie budynki nad rzeką. Na skraju zadaszenia jedna deska ugięła się pod własnym ciężarem. Prześwit pod nią świecił wąsko i jasno.
Z dołu dobiegł stuk drewna. Eiran cofnął się od otworu i znieruchomiał. Mężczyzna od sieci przesuwał pustą skrzynkę przy murze. Postawił ją, splunął w wodę i wrócił do pracy.
Eiran czekał, aż kroki oddalą się od bocznych drzwi. Mógł zawołać go z góry. Musiałby wtedy tłumaczyć, co robi w zamkniętej powroźni, i zostawiłby człowiekowi twarz w ramie otworu, który przed chwilą badał.
Wrócił do schodów.
Przy płachcie zatrzymał się jeszcze raz. Lira mogła leżeć tutaj, kiedy on obchodził piekarnię i czekał na zmianę patrolu. Nie wiedział, jak długo czekała ani czy liczyła, że przyjdzie właśnie tą drogą. Podniósł zwisający róg materiału i położył go tak, jak go zastał.
Zszedł, wybierając suche części stopni. Nad progiem bocznego wejścia wisiał oderwany uchwyt zasuwy. Minął go, osłaniając skaleczenie rękawem, i skręcił ku podwórzu pod dachem.
Scena III
Obserwator wypił wodę, zanim zaczął składać relację.
Rhaevan czekał, aż odsunie kubek od ust. Człowiek stał przy drzwiach zamkniętego gabinetu, w tym samym wysoko zapiętym płaszczu, który Averan opisał w porannym meldunku. Na dolnym brzegu materiału błoto stwardniało w grubą skorupę. Kiedy przybysz przestąpił z nogi na nogę, kawałek odpadł na posadzkę.
“Od którego miejsca zacząć, panie?”
“Od wejścia ucznia.”
Rhaevan odsunął leżące przed nim pisma. Averan położył na zwolnionym blacie arkusz i przycisnął jego rogi dwoma małymi ciężarkami.
Obserwator powiedział, że Eiran przyszedł z dziewczyną. Rozdzielili się przed pracownią. Uczeń wszedł do środka, ona została na ulicy. Później na podwórzu pojawili się dwaj mężczyźni.
“Razem?” zapytał Rhaevan.
“Drugi kilka kroków za pierwszym. Obaj podeszli do drzwi.”
“Zatrzymali się przy tobie?”
“Nie, panie.”
Averan umoczył pióro, ale nie zaczął pisać. Woda w kubku sięgała już tylko dna.
“Mieli broń?”
“Przy pasach. Nie wyciągali jej na podwórzu. Jeden stanął bokiem, kiedy drugi pracował przy zamku.”
“Barwy?”
Obserwator pokręcił głową. Dodał, że nie widział twarzy drugiego dostatecznie długo, by obiecać rozpoznanie. Pierwszego mógłby wskazać. Miał go przed sobą, gdy człowiek na moment odwrócił głowę od drzwi.
Rhaevan obejrzał dłonie przybysza. Trzymał kubek bardzo ostrożnie, tak jak ludzie trzymają cudze rzeczy, których nie mogliby odkupić.
“Nikt z twoich?” zwrócił się do Averana.
“Przy wejściu nie zostawiłem nikogo. Zgodnie z rozkazem.”
Obserwator ścisnął kubek mocniej.
“Dlatego nie podszedłem. Miałem czekać.”
“Opowiedz dalej.”
Drzwi nie puściły od razu. W tym czasie Eiran otworzył niski otwór w tylnej ścianie. Wypchnął przez niego płócienny pokrowiec, potem wydostał się sam. Uderzył barkiem o framugę. Przez krótki czas krył się pod oknem, później odszedł wzdłuż ściany.
“Co było w pokrowcu?” zapytał Averan.
“Obraz.”
Rhaevan podniósł wzrok.
“Rozwinął płótno?”
“Nie.”
Obserwator obejrzał się ku sekretarzowi, ale Averan czekał z piórem nad papierem.
“Było płaskie,” dodał. “Sztywne. Nie zginało się, kiedy brał pod ramię. Niósł je krawędzią w dół.”
Rhaevan wskazał arkusz. Dopiero teraz pióro zaczęło się poruszać.
“Jak duże?”
Człowiek rozsunął dłonie. Potem zbliżył jedną odrobinę do drugiej.
“Mniej więcej. Płótno wystawało.”
Wielkość wystarczała, by wewnątrz zmieściło się kilka różnych rzeczy. Rhaevan przyjrzał się pustej przestrzeni między dłońmi obserwatora i kazał mu opuścić ręce.
Kiedy Eiran ruszył ku wyjściu, człowiek spod przeciwległej ściany musiał poczekać, aż będzie mógł odejść bez przechodzenia przed drzwiami. Obcy zajrzeli na podwórze. Jeden spojrzał w jego stronę, lecz nic nie powiedział. Za bramą obserwator usłyszał ucznia wołającego dziewczynę i odnalazł go przy murze. Eiran zaglądał za beczkę, potem w wąskie przejście.
“Dziewczyny już nie było?”
“Nie zobaczyłem jej. Nikt mu nie odpowiedział.”
Rhaevan oparł dłonie na poręczach krzesła. Nieznani ludzie mogli zabrać dziecko. Mogła też uciec, słysząc wyważane drzwi. Mieli relację człowieka, który przez cały ten czas patrzył przede wszystkim na ucznia i wynoszony pakunek.
“Wróciłeś później do pracowni?”
“Nie, panie. Poszedłem za nim.”
Averan przesunął drugi arkusz, dotąd leżący osobno przy kałamarzu.
“Te oględziny wykonano rano, po jego powrocie. Moi ludzie zastali pracownię pustą. Drzwi uszkodzone przy zamku, otwór z tyłu niedomknięty. Papiery na stole i pod nim.”
Na odwrocie kartki znajdował się szkic blatu. Dwa prostokąty zaznaczono mocniej od reszty; przy jednym dopisano wymiary.
“Brak dwóch desek,” powiedział Averan. “Prawdopodobnie malowanych. Zostały po nich czyste miejsca w kurzu. Rozmiar zgadza się z tym, co dałoby się przenieść w takim pokrowcu.”
“Widziałeś je?” Rhaevan zapytał obserwatora.
“Nie.”
Król położył sprawozdanie z oględzin obok zapisywanej relacji. Rogi arkuszy zetknęły się, nie zasłaniając tekstu.
“Mogły zniknąć przed wejściem ucznia,” powiedział.
“Mogły. Albo wynieśli je ludzie, którzy weszli po nim. Nie znaleźliśmy nikogo, kto widział zawartość pakunku.”
“Szafka?”
“Zamknięta. Zamek nie ma nowych uszkodzeń.”
Averan odwrócił kartę. Na drugiej stronie były uwagi o przesuniętych skrzyniach i luźnych arkuszach. Nikt nie potrafił ustalić, których rzeczy dotknął Eiran, a których późniejsi przybysze. Poszczególne ślady nakładały się na siebie.
Rhaevan nie zaczął od pytania o niedokładność oględzin. Sam kazał dopuścić ucznia do pracowni. Gdy do środka weszli jeszcze inni, nie mieli już zamkniętego pomieszczenia ani jednego człowieka, po którym wystarczyło posprzątać i policzyć zmiany.
“Zostawcie oba opisy osobno,” powiedział. “Chcę wiedzieć, skąd wzięła się każda rzecz, o którą go później zapytamy.”
Averan dopisał uwagę przy dolnym brzegu.
“Jeżeli go zatrzymamy teraz, możemy zapytać od razu.”
“O miejsce, w którym przez noc przestał trzymać pakunek?”
“Jeszcze nie wiemy, czy przestał.”
Rhaevan zwrócił się do obserwatora.
“Kiedy zrozumiał, że idziesz za nim?”
Człowiek poruszył pustym kubkiem. Odstawił go na mały stolik pod ścianą, zanim odpowiedział.
Przy murze Eiran spojrzał wprost na niego. Później zmienił kierunek, wrócił tą samą ulicą i dwukrotnie obszedł piekarnię. Długo czekał w miejscach, z których widział dojścia. Przepuścił patrol. Kiedy obserwator ruszył, uczeń również się poruszył.
“Czy zatrzymał się przy jakichś drzwiach?”
“Przy wielu. Do środka nie wchodził. Przynajmniej wtedy, kiedy go widziałem.”
“Ostatnie miejsce?”
“Przejście w stronę Dolnych Kanałów. Było już jasno nad dachami. Skręcił za wozem i musiałem obejść zaprzęg. Dalej rozchodziły się trzy uliczki.”
Obserwator wymienił je według sklepów i warsztatów, które stały przy narożnikach. Averan zapisał wskazówki. Nie powstał z nich adres, tylko szeroki kawałek miasta z szeregiem podwórek połączonych furtami.
“Do pałacu przyszedł o świcie,” powiedział sekretarz. “Kazałem mu czekać, aż wrócą ludzie z pracowni.”
Rhaevan skinął głową. Spojrzał jeszcze raz na płaszcz przybysza. Przez całą noc Eiran widział za sobą tę samą sylwetkę. Każdy kolejny nawrót uczył go, jak daleko może odejść, zanim człowiek ruszy.
“Nie wrócisz dziś na jego ulicę.”
Obserwator otworzył usta.
“Zjesz i wyśpisz się. Potem pokażesz człowiekowi Averana drogi, które zapamiętałeś.”
Skłonił się, niżej niż przy wejściu. Rhaevan poczekał, aż sekretarz otworzy mu drzwi i zamknie je ponownie. Pusty kubek został pod ścianą.
“Dwóch,” powiedział król. “Jeden idzie za nim. Drugi czeka dalej. Zmieniają się przed miejscem, w którym uczeń zwykle sprawdza tył.”
Averan podsunął sobie czystą kartę.
“Ludzie, którzy go znają?”
“Ludzie, których on nie zna. Opis dostaną od tamtego. Niech zaczną od targu przy pracowni i dojść do kanałów. Sprawdził raz, czy dziewczyna wróciła. Może sprawdzić drugi.”
“Możemy zamknąć przeprawy.”
“Obserwować. Mosty, przystanie, drogi wyjazdowe. Bez obławy w Dolnych Kanałach.”
Król podniósł kartę z rysunkiem stołu. Deski były małe. Bez pokrowca zmieściłyby się pod zwykłą płachtą na dnie wozu, między skrzyniami, w koszu niesionym przez człowieka, którego nikt nie kojarzył z malarzem.
“Niech sprawdzą również, kto kupował materiał do pakowania obrazów. Woskowane płótno, papier, listwy. Bez zabierania sprzedawców i bez straży pod ich stołami.”
“To może nas prowadzić do połowy warsztatów.”
“Dlatego potrzebujemy czegoś więcej niż samego zakupu.”
“Kiedy ma do mnie wrócić meldunek?”
Rhaevan spojrzał na obu ludzi naszkicowanych na marginesie przez sekretarza. Jedna krótka kreska oznaczała ulicę, dwie dalsze miejsca zmiany.
“Po przekazaniu obserwacji. Jeden wraca z wiadomością, drugi zostaje przy uczniu. Nie chcę obu w pałacu, kiedy on otworzy kolejne drzwi.”
“Nie utrzymają tego przez cały dzień.”
“Dobierzesz zmianę. Ten, który dopiero przychodzi, najpierw ma sam rozpoznać Eirana. Dopiero potem odejdzie poprzedni.”
Averan przekreślił jedną z kresek i postawił nową dalej od pozostałych.
“A jeśli uczeń podejdzie do nich i zapyta?”
Król przypomniał sobie relację o dwóch obchodach piekarni.
“Niech pozwolą mu zgubić tego, którego zauważył. Drugi ma już wtedy czekać dalej.”
Sekretarz odłożył pióro. Plan przestał mieścić się przy dolnym brzegu arkusza; wziął następny i przepisał na niego same polecenia.
Potem wrócił wzrokiem do pierwszego arkusza.
“Obaj przybysze mogli wiedzieć, że posterunek zniknie.”
“Mogli też zobaczyć puste wejście.”
“Sprawdzę, kto słyszał dyspozycję.”
Rhaevan odłożył szkic stołu.
“Zrób to. Nie zakładaj jednak, że pochodzą z pałacu.”
Przez zamknięte okno dochodził stłumiony hałas dziedzińca. Prowadzono konie; podkowy stukały o kamień nierówno, z przerwami na zatrzymanie zaprzęgu. Król pomyślał o Saeronie i drodze, której przebieg znało już zbyt wielu ludzi.
“Dyspozycja dotycząca cel pod północnym pawilonem jest nieaktualna. Zmienisz miejsce. Przeniesienie ma się zakończyć przed południem.”
Averan przestał pisać.
“Eiranowi przekazano poprzedni termin.”
“Strażnikowi też. I każdemu, kto stał dostatecznie blisko.”
Rhaevan przyciągnął niewielki arkusz. Zapisał na nim dyspozycję przeznaczoną wyłącznie dla sekretarza i złożył papier, zanim podał go przez stół.
“Poprzednie miejsce ma wyglądać na zajęte. Straż zostaje. Zapisujcie, kto przyjdzie i o co zapyta.”
“A uczeń?”
“Nadal go nie zatrzymywać.”
Averan wsunął złożony arkusz pod pozostałe, ale Rhaevan przytrzymał palcem jego brzeg.
“Tego nie dawaj do przepisania.”
Sekretarz wyjął kartę i schował ją przy sobie. Resztę pism zebrał w równy stos. Na posadzce pod drzwiami została skorupa błota, odłamana od płaszcza obserwatora.
Scena IV
Eiran znalazł kawałki miski pod skrzynkami.
Jeden odłamek tkwił w błocie wypukłą stroną do góry. Pozostałe ktoś zgarnął stopą pod ścianę. Nad nimi stało drewniane zadaszenie, widziane wcześniej z poddasza powroźni. Z dołu łatwiej było ocenić wysokość. Człowiek opuszczający się z dachu mógł dosięgnąć go nogami, jeśli najpierw zawisł na krawędzi.
Przy słupie leżała świeżo oderwana drzazga. Eiran spojrzał na deskę nad głową. Jej koniec wysunął się spod gwoździa. Dalej były skrzynki, niski mur i brama na ulicę.
Mężczyzna od sieci przeciągał linkę przez oczka. Zauważył Eirana i przestał ciągnąć.
“Tam nie ma przejścia.”
“Było tej nocy.”
Mężczyzna obejrzał się na powroźnię. Trzymał linkę między zębami; wyjął ją dopiero po chwili.
“Nie moje drzwi.”
“Kto biegł przez podwórze?”
“Nie wiem.”
Eiran wskazał potłuczoną miskę.
“Usłyszałeś to?”
“Pół ulicy usłyszało.”
Od strony rzeki ktoś zawołał na mężczyznę. Ten podniósł rozpiętą sieć i bez słowa przeszedł z nią na drugi koniec podwórza. Eiran ruszył za nim, ale szerokie oczka zagrodziły mu drogę. Został przy słupie.
Mężczyzna przewiesił górną linkę przez hak. Dół nadal leżał w błocie.
“Skoro stoisz, przytrzymaj.”
Eiran wsunął lewe przedramię pod drewnianą poprzeczkę. Mężczyzna wyplątywał obciążniki, jeden po drugim, i poprawiał je, zanim pozwolił opuścić sieć. Trwało to długo. Dwukrotnie przerywał, żeby odpowiedzieć komuś od strony przystani. Eiran zmieniał ułożenie stóp, czując ciężar poprzeczki coraz bliżej łokcia.
Kiedy wreszcie ją odstawił, miał na rękawie ciemny pas wilgoci. Mężczyzna spojrzał na jego prawą dłoń, przytrzymywaną przy piersi, lecz nie zapytał o ranę. Wskazał brodą miejsce przy bramie.
Mężczyzna przykucnął przy sieci. Eiran wrócił pod bramę, żeby nie odcinać mu wyjścia.
“Szukam dziewczyny. Nie przyszła do ciebie?”
“Dziewczyna przebiegła. Za nią ludzie. Tyle widziałem.”
“Którędy?”
Mężczyzna wskazał linką ulicę prowadzącą ku rzece. Kilka koszy stało tam pod złożonymi stołami. Pierwszy zakręt znikał za murem składu.
“Krzyczała?”
“Oni krzyczeli.”
Podniósł sieć i rozpiął ją sobie między kolanami. Dalsza rozmowa wymagałaby, żeby Eiran znów wszedł mu w drogę.
“Widziałeś, czy ją dogonili?”
“Nie pobiegłem za nimi.”
Eiran otworzył usta, potem je zamknął. Mężczyzna spojrzał na niego krótko, jakby oczekiwał właśnie tego pytania, którego nie usłyszał. Wrócił do linki. Jedno oczko zaciągnął zbyt mocno i musiał poluzować je paznokciem.
Za bramą stracił z oczu dach powroźni. Ulica opadała łagodnie; deszczówka płynęła środkiem w płytkim rowku, niosąc strzępy papieru. Na rogu mężczyzna w krótkim brązowym płaszczu stał przy koszu z rybami. Miał szary szal wciśnięty pod kołnierz. Przepuścił Eirana, nie odsuwając buta od krawędzi kosza.
Eiran skręcił przy magazynie.
Po drugiej stronie rowu bruk był jaśniejszy. Ludzie przechodzili tam częściej, omijając wodę. Lira mogła tędy biec, ale podobny wybór robił każdy, kto nie chciał zamoczyć butów. Eiran podszedł do końca uliczki i obejrzał oba skrzyżowania. Jedno prowadziło wzdłuż składów, drugie schodziło ku przystani.
Wozy z workami wjeżdżały od rzeki. Puste wracały ze zwiniętymi płachtami na dnie. Co kilka chwil ktoś wołał, żeby zejść z drogi. Przy stopniach przystani siedział tragarz z szeroką skórzaną podkładką na ramieniu. Ściągnął jeden but i wysypywał z niego drobne kamienie.
Eiran zatrzymał się obok. Na skórze podkładki ciemniał mokry odcisk worka. Reszta ubrania zdążyła obeschnąć.
“Długo tu pracujesz?”
“Dzisiaj czy w ogóle?”
“Od nocy?”
Tragarz odwrócił but i uderzył nim o stopień. Wypadło jeszcze jedno ziarno żwiru.
“Od nocy. Czekam na rachunek. Przed nim jakoś nie potrafią policzyć, ile wyniosłem.”
Eiran przysiadł dwa stopnie wyżej. Dopiero wtedy poczuł, jak mocno ciągną go łydki. Rozciągnął palce stóp wewnątrz butów; prawa kostka zabolała pod zaschniętym błotem.
“Widziałeś ludzi biegnących od powroźni?”
Tragarz znieruchomiał z butem przy kolanie.
“Jakich ludzi?”
“Mężczyzn. Ścigali dziewczynę.”
“Coś ukradła?”
“Nie wiem.”
Tragarz przyjrzał mu się od ubrudzonych butów po kołnierz. Wsadził stopę do buta, lecz nie zaczął wiązać.
“O tej porze wszyscy czegoś nie wiedzą.”
Eiran popatrzył na przechodzących za nim robotników. Dwóch niosło skrzynię. Trzeci szedł przed nimi, odsuwając puste taczki z wąskiego przejścia.
“Mógłbyś powiedzieć, że nic nie widziałeś.”
“Mógłbym.”
“Ale nie powiedziałeś.”
Tragarz wciągnął koniec sznurówki przez dziurkę. Był rozstrzępiony i nie chciał przejść. Zmoczył go w ustach, skręcił i spróbował ponownie.
“Masz coś do jedzenia?”
Eiran wyjął zawiniątko od handlarki. Mężczyzna rozsupłał jeden róg, zajrzał do środka i skrzywił usta.
“Tego nie pogryzę.”
Podał mu z powrotem bób. Eiran odnalazł w kieszeni drobną monetę i położył ją obok jego buta.
“Na coś ciepłego.”
Tragarz przesunął stopę, zasłaniając pieniądz przed przechodniami.
“Zabierali ją tam.”
Wskazał niskie przejście między dwoma magazynami, oddalone od stopni o szerokość ulicy. Eiran widział z niego tylko wylot i kawałek ściany z żelaznym pierścieniem do wiązania koni.
“Kiedy?”
“Jeszcze przy lampie. Pierwszy wóz stał tutaj, czekaliśmy na następny. Usłyszałem, że ktoś się drze.”
“Dziewczyna?”
“Mężczyzna. Trzymał rękę przy sobie. Ona ugryzła go chyba do krwi, bo drugi nie mógł jej oderwać.”
Eiran przycisnął zawiniątko do kolana.
“Widziałeś jej twarz?”
“Gdy ją podnosili. Jedna strona spuchnięta. Pod okiem miała ciemno, a z ust leciała jej ślina. Albo krew. Z tej odległości nie powiem.”
“Jak była ubrana?”
Tragarz spojrzał na niego.
“Ciemny kaftan. Rozdarty z tyłu. Kołnierz wisiał jej na jednym ramieniu. Mała, chuda. Kiedy jeden ją podniósł, próbowała sięgnąć mu do pasa.”
Eiran pamiętał palce Liry przy cudzej kieszeni. Teraz widział je na tle mokrego kamienia, choć nigdy nie był w tym przejściu przed świtem.
Odwrócił wzrok.
“Ilu?”
“Trzech widziałem. Kto prowadził wóz, nie wiem.”
“Żołnierze?”
“Nie widziałem barw. Mieli noże. Jeden kazał drugiemu ją puścić, ale nie puścili.”
Z przystani wynoszono kolejną skrzynię. Eiran odsunął nogę, żeby przepuścić ludzi. Drewno zasłoniło na chwilę uliczkę, potem znów widział mokry mur i pierścień.
“Słyszałeś, jak się do siebie zwracali?”
“Nie słyszałem każdego słowa. Wozy stały na pomostach, ludzie rzucali deskami. Krzyk przyszedł przez ten hałas, reszta nie.”
“Dokąd ją zabrali?”
Tragarz zawiązał but i oparł łokieć na kolanie.
“Do krytego wozu. Najpierw założyli jej coś na głowę. Worek, tak wyglądało. Potem podnieśli. Stawiała nogi na burcie, jeden musiał odczepić je ręką.”
Eiran poczuł, że zbiera mu się ślina. Przełknął ją i przez chwilę czekał, aż żołądek przestanie się zaciskać.
“Dlaczego nikt ich nie zatrzymał?”
Tragarz popatrzył na ulicę. Mężczyźni niosący skrzynię odchodzili już od pomostu; pozostali czekali na barkę i pilnowali pustych taczek.
“Mówili, że ją zabrali za kradzież?” zapytał Eiran, zanim tamten odpowiedział.
“Nie pytaliśmy.”
Tragarz potarł otarcie na pięcie. Skóra pod palcem była czerwona, głębiej błyszczała wilgoć.
“Byłeś sam?”
“Przy workach nie byłem sam. Przy niej nie stałem.”
Eiran przypomniał sobie patrol z poprzedniego wieczoru. Wtedy też ludzie znajdowali coś do zrobienia rękami. On trzymał Lirę z dala od ulicy, na której bili obcego człowieka, i nie wyszedł przed żołnierzy.
Odczepił palce od zawiniątka.
“Żyła?”
“Mówię przecież, że się zapierała.”
Mężczyzna powiedział to ciszej niż poprzednie zdania. Sięgnął pod but po monetę, obracał ją przez chwilę między palcami, po czym schował.
“W którą stronę odjechali?”
Wskazał most. Nie najbliższy kamienny, szeroki, którym szli teraz ludzie z koszami, lecz węższą drewnianą przeprawę widoczną pomiędzy dachami.
“Tam. Później nie patrzyłem. Zszedłem po następny ładunek.”
“Rozpoznałbyś wóz?”
“Płachta. Dwa wysokie boki.”
“Taki jak ten?”
Eiran pokazał nadjeżdżający pojazd. Tragarz obejrzał się na niego, zmrużył oczy i pokręcił głową.
“Tamten miał z tyłu jasną deskę. Na samym dole. Reszta burty ciemna, ta wyglądała jak świeżo przybita. Widać ją było, kiedy skręcał.”
Na górze schodów ktoś zawołał na tragarza. Mężczyzna wstał od razu i zarzucił podkładkę na bark.
“Nie mów, że ode mnie.”
Eiran również się podniósł. Kolana wyprostował z trudem.
“Nie powiem.”
Tragarz odszedł do człowieka trzymającego tabliczkę. Zanim tamten zaczął liczyć, robotnik wskazał bark i dwukrotnie pokazał tę samą liczbę na palcach. Eiran nie usłyszał odpowiedzi.
Miał opis dziewczyny, ranę, rozerwany kaftan i ręce, które nadal szukały cudzej broni. Każdy szczegół z osobna mógł należeć do kogoś innego. Wszystkie prowadziły do Liry.
Żyła, kiedy ruszył wóz.
Eiran schował bób. Przez materiał rękawa wyczuł drobne włókna z powroźni. Nie potrzebował już wyciągać ich na światło, żeby porównywać kolor.
Po drugiej stronie ulicy stał mężczyzna w brązowym płaszczu.
Szary szal nadal miał wsunięty pod kołnierz. Eiran nie widział przy nim ryb ani kosza. Tutaj patrzył na rozładunek, stojąc za palikami, przez które widok miał gorszy niż ze stopni.
Eiran odwrócił głowę ku mostowi. Ruszył w przeciwną stronę.
Nie przyspieszał. Minął budkę, przy której wydawano ciepłą kaszę, i zatrzymał się przy wiadrze do mycia misek. W wodzie pływała tłusta skórka. Nie pił. Poprawił sznur przy płaszczu, dając ludziom czas, żeby go minęli.
Brązowy płaszcz pojawił się między robotnikami.
Eiran ruszył dalej. Na rogu musiał zejść z drogi wozowi z pustymi beczkami. Wrócił na bruk dopiero wtedy, gdy tylne koło minęło odpływ, i wykorzystał hałas, żeby skręcić w ciasny prześwit między składem a murem.
Znał to przejście. Prowadziło na podwórze z dawnym korytem do pojenia koni. Za nim wychodziło się po niskich schodkach na równoległą ulicę. Kiedyś można było przebiec całość bez zatrzymania.
Teraz pod ścianą stały beczki.
Pierwsza zasłaniała tylko połowę schodów, ale druga blokowała dalszą drogę. Eiran wsunął między nie ramię. Obręcz zahaczyła o płaszcz. Przypomniał sobie zawias furty w farbiarni i nie szarpnął. Cofnął się, wyciągnął materiał, oparł zdrową dłoń o mur i przecisnął bokiem.
Za sobą słyszał już czyjeś kroki.
Na górze schodków przewrócony kosz leżał dokładnie tam, gdzie musiał postawić nogę. Przestąpił go, uderzając biodrem w tynk. Przejście wychodziło pod arkadę. Ludzie czekali tam z pustymi naczyniami; przy odległym końcu kobieta nalewała coś z wielkiego garnka.
Eiran wszedł między nich, stanął za człowiekiem z glinianym dzbanem, po czym wyszedł drugim końcem, razem z dwoma robotnikami niosącymi jedną deskę. Przez chwilę szedł tak blisko, że musiał uchylać głowę przed jej końcem.
Na następnym skrzyżowaniu skręcił ponownie ku rzece.
Zatrzymał się dopiero przy zamkniętym oknie. W ciemnej szybie widział fragment ulicy za plecami, ucięty odbiciem własnego ramienia. Poczekał, aż minie go człowiek z pustą tacą. Później para kobiet z wiadrami.
Mężczyzna w szarym szalu nie pojawił się.
Na końcu ulicy otwarto furtę. Eiran przesunął się tak, żeby widzieć odbicie również tego wejścia. Wyszła kobieta, ciągnąc za sobą pusty wózek. Kiedy tylne koło utknęło na progu, podszedł i przytrzymał jej skrzydło drzwi. Kobieta podziękowała, nie patrząc mu w twarz.
Za furtą zobaczył drugie wyjście z podwórza. Takich przejść było tu więcej, niż zapamiętał. Jedne zamknięto po rozebraniu warsztatu, inne powstały, kiedy sąsiedzi wyjęli kilka desek ze wspólnego płotu. Gdyby czekał, aż upewni się co do wszystkich, stałby pod oknem do wieczora.
Przeszedł na drugą stronę ulicy. Obejrzał się przy najbliższym narożniku i zobaczył tylko kobietę z wózkiem, zmagającą się teraz z odpływem.
Eiran wypuścił powietrze. Przestał przyciskać łokieć do boku; kieszeń z kluczem bolała go od tego nacisku. Nie wiedział, czy człowiek zrezygnował, czy stanął przy niewłaściwym wyjściu. Ruszył w stronę przeprawy, nie czekając dłużej.
Przy drewnianym moście kończył się zapach gotowanej kaszy. Od rzeki ciągnęło mułem, wilgotnym ziarnem i smołą z pali. Deski pod stopami uginały się przy przejeździe wozu. Eiran stanął z boku, przepuszczając zaprzęg, i obejrzał burty. Obie były jednakowo ciemne.
Za przeprawą ciągnęły się magazyny. Na jednym wisiał znak Korony, na drugim tablica z cyframi wyblakłymi od deszczu. Dalej przy bramie czekał strażnik i człowiek trzymający zwinięty wykaz. Z tej odległości nie dało się rozróżnić, gdzie kończą się Rezerwy, a zaczynają składy kupieckie. Te same worki przechodziły z jednych wozów na drugie, te same błotniste buty znikały w kolejnych wejściach.
Wóz z Lirą mógł skręcić za pierwszym budynkiem. Mógł pojechać dalej, aż do drogi wychodzącej z miasta. Tragarz podał mu kierunek, nie koniec podróży.
Eiran obejrzał się na nurt pod mostem. Z daleka dobiegł dzwon. W górnej części miasta Saeron mógł już siedzieć pod północnym pawilonem, w miejscu, do którego poprzedniego ranka zabroniono Eiranowi przychodzić. Nie miał nawet pewności, czy strażnik dotrzymał podanego terminu.
Gdyby wrócił do farbiarni, mógłby jeszcze przenieść obrazy. Zabrać je poza miasto przed zamknięciem bram, znaleźć suchy pokój, przespać kilka godzin. Na drugim brzegu człowiek w brązowym płaszczu nadal się nie pokazywał.
Eiran rozchylił prawą dłoń. W miejscu skaleczenia rękaw przysechł do skóry; odciągnął go powoli. Brunatnoczerwona nitka pozostała krótka, pod drobnymi bruzdami naskórka. Opuścił rękę, zanim świeża wilgoć dotknęła materiału.
Przed najbliższym magazynem wyładowywano wóz. Dwaj ludzie podnosili worek, trzeci trzymał otwartą bramę. Za jego plecami Eiran zobaczył schody prowadzące w dół, po chwili zasłonięte następnym ładunkiem.
Zszedł z mostu i podszedł do człowieka przy bramie.
“O której zaczęliście dzisiaj przyjmować wozy?”