Elaris · Interludium II
Światło na kamieniu
Miejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.
Scena I
Strażnik niósł jego koc pod pachą. Saeron szedł za nim z kubkiem, z którego na schodach wylało się trochę wody.
Na spoczniku zatrzymał się, żeby poprawić chwyt. Człowiek idący z tyłu położył mu dłoń między łopatkami. Nie popchnął. Trzymał ją tam, dopóki Saeron znowu nie ruszył.
Przeszli przez korytarz pachnący gotowaną kapustą, później przez drugi, znacznie chłodniejszy. Saeron rozpoznał drzwi do dawnej garderoby i już chciał zapytać, dokąd go prowadzą, ale strażnik skręcił przed nimi. Dalej okna miały zasłonięte dolne kwatery. Widać było tylko jasne prostokąty nad głową.
Nowa izba była węższa od poprzedniej. Posłanie stało wzdłuż ściany, naprzeciw niego stół z jedną nogą podpartą klinem. Pod oknem ustawiono dzban i miskę. Strażnik położył koc, sprawdził okienną kratę, choć Saeron bez stołu nie mógłby jej dosięgnąć, i wyciągnął rękę po kubek.
Saeron oddał go dopiero po chwili.
Mężczyzna postawił kubek przy dzbanie. Wyszedł. Drugi został w progu, obejrzał wnętrze, po czym zamknął drzwi.
Nie powiedzieli, na jak długo.
Saeron usiadł na posłaniu. Słoma ustąpiła pod biodrem i poczuł przez nią poprzeczną deskę. Przesunął się bliżej ściany. Koc pachniał nadal tamtą izbą, wilgotnym tynkiem i własnym potem.
Kiedy odezwał się południowy dzwon, liczył wgłębienia w drewnie przy drzwiach. W dwóch tkwiły ciemne końcówki gwoździ. Trzecie było puste. Ktoś zdjął stąd zasuwę i zamontował ją po drugiej stronie.
Przez pewien czas słuchał kroków. Mijały drzwi i szły dalej; jedne ciężkie, inne szybkie, z krótkim szurnięciem na zakręcie. Nie potrafił już powiedzieć, z której strony został przyprowadzony.
Wyciągnął nogi.
Pod paznokciem wskazującego palca została ciemna farba. Spróbował wydobyć ją paznokciem drugiej ręki, lecz tylko mocniej wcisnął drobinę pod skórę. Tak samo robił przy płótnie, kiedy nie chciał odchodzić po szmatę. Eiran podawał mu ją zwykle, zanim zdążył poprosić.
Na myśl o uczniu spojrzał ku oknu.
W poprzedniej izbie przynajmniej można było zobaczyć twarz człowieka stojącego na zewnątrz.
Wstał, napił się i wrócił na posłanie. Próbował przypomnieć sobie dłonie Merana. Pamiętał lewą, opartą o fałdę stroju, i miejsce, w którym należało jeszcze złamać zbyt równy kontur kciuka. Nie pamiętał prawej. Musiał ją przecież namalować. Dłonie zwykle kosztowały go więcej pracy niż herby. Każdą ustawiał osobno, żeby nie wyglądały jak rząd jednakowych znaków u dołu obrazu.
Przy zamkniętych oczach widział jednak tylko szyję.
Otworzył je.
Na przeciwległej ścianie bielał fragment nowszego tynku. Krawędź poprawki biegła ukośnie, z drobnymi załamaniami tam, gdzie zabrakło zaprawy. Patrzył na nią, dopóki pieczenie pod powiekami nie stało się zbyt silne. Oparł głowę o zwinięty koc i osłonił oczy przedramieniem.
Pod stopą poruszył się kamień.
Zatrzymał ciężar na tylnej nodze. Płyta przed nim była pęknięta w poprzek; jej zewnętrzna połowa osunęła się nieco niżej, tworząc wąską szczelinę. Saeron przeszedł nad nią i dotknął poręczy.
Kamień był chłodny. W zagłębieniach leżał jasny, bardzo drobny osad. Od spodu poręcz zachowała ostre krawędzie, lecz jej wierzch wygładzono tak dokładnie, że dłoń ślizgała się bez oporu.
Schody prowadziły między dwiema ścianami. Musiał podnosić nogi wyżej, niż przywykł. Na każdym stopniu znajdowało się płytkie wgłębienie pośrodku, ciemniejsze od brzegów. Dalej poręcz była wyrwana, a z miejsca, gdzie powinna się zaczynać następna część, wystawał matowy metal.
Obejrzał się. Nie widział dołu schodów. Znikały za niewysokim łukiem, pod którym panował błękitnawy półmrok. Nie pamiętał, żeby tamtędy przechodził.
Wchodził dalej, stawiając stopy przy brzegach stopni. Światło rozjaśniało się powoli, bez wyraźnej granicy między cieniem a otwartą przestrzenią. Kiedy wyszedł na ulicę, nie znalazł słońca. Nad dachami wisiała blada zasłona; przeświecała mocniej po lewej, ale nie pozwalała określić pory dnia.
Ulica biegła łukiem. Po jednej stronie zostały fronty budynków, po drugiej niskie podstawy murów i zawalony rząd kolumn. Ponad dalszymi dachami dostrzegł fragment wielkiego łuku. Wydawał się odległy, po drugiej stronie całego zbocza.
Między kamieniami nie rosło nic. Nawet w miejscach, gdzie nagromadzony osad tworzył miękkie pagórki, powierzchnia była gładka, bez łodyg i drobnych otworów po owadach.
Przy wejściu pozbawionym drzwi Saeron zwolnił. Dwie głębokie koleiny przecinały próg; ich brzegi niemal się spotykały. Przekroczył jedną i zajrzał do środka. Na ścianie ciągnął się rząd wnęk. Pod jedną stała kamienna ława, pęknięta przy nodze; resztę pomieszczenia zajmowały odłamki stropu. U podstawy ściany zachował się pas ciemnej barwy.
Przykucnął i przeprowadził palec po powierzchni. Była ziarnista, miejscami odsłaniała jaśniejsze podłoże. Gdyby patrzył z ulicy, wziąłby ten pas za cień. Z bliska dostrzegł powtarzający się splot, po kilka cienkich linii zamkniętych w szerszej. Tam, gdzie ściana pękła, wzór urywał się razem z nią.
Poniżej malowanego pasa tynk był wygładzony, ciemniejszy przy samej ławie. Saeron usiadł na nieuszkodzonym końcu ławy i oparł się plecami dokładnie w tym miejscu. Przez ubranie poczuł chłód. Siedzisko było za wysokie; żeby postawić stopy płasko, musiał przesunąć biodra do przodu. Patrzył stąd na wejście. Mógłby czekać na człowieka wracającego z ulicy i zobaczyć jego nogi, zanim tamten zajrzy do środka.
Odsunął się od ściany. Na jej powierzchni został jaśniejszy ślad po ramieniu.
Kiedy wstał, otwór drzwiowy był znacznie dalej.
Przez chwilę stał nieruchomo. Pamiętał, że wystarczyło przekroczyć próg i wyciągnąć rękę. Teraz musiał minąć ławę, dwa zwalone kamienie i szeroką płytę, której przedtem nie zauważył.
Wspomnienie izby powróciło nagle i bez lęku: zwinięty koc pod karkiem, krawędź rękawa przy oku.
Spał.
Ulgę poczuł przede wszystkim w ramionach. Opuścił je, choć nie wiedział, kiedy zaczął trzymać tak sztywno. Jeszcze raz spojrzał na barwny pas. Chciał zobaczyć, jak wyglądałby na nim świeży pigment, lecz ściana pozostała odrapana i ciemna.
Między kamieniami wracał do progu, omijając szeroką płytę. Za otworem drzwiowym opadały jasne drobiny, widoczne tylko tam, gdzie za nimi znajdowało się coś ciemnego. Jedna zatrzymała się na rękawie, gdy wyszedł na ulicę. Strzepnął ją, już wypatrując przejścia między kolumnami. Stamtąd powinien zobaczyć, co znajdowało się za rzędem budynków. Ruszył w tę stronę.
Krużganek zachował część sklepienia. Wzdłuż ściany biegł kanał, szeroki na dłoń, z obrzeżem startym po jednej stronie. Saeron podszedł do miejsca, w którym gubił się pod zawaliskiem. Na dnie stała cienka warstwa ciemnej wody. Nad nią widać było kilka jasnych obrączek osadu, każdą trochę wyżej od następnej.
Przyklęknął, chcąc spojrzeć pod kamienie, i nagle zapragnął usłyszeć kapanie.
Czekał. Z oddali nie dochodził żaden głos ani szelest. Woda pod rumowiskiem pozostawała gładka. Gdy zmienił położenie kolana, jego but otarł się o płytę i dźwięk wydał się za głośny.
Podniósł się dopiero, gdy zaczęło mu drętwieć kolano. Ruszył ostrożnie, trzymając się ściany. Kilka kroków dalej krużganek otwierał się na schody. Były szerokie, połamane przy bokach; gruz zalegał na stopniach, ale środkiem można było przejść. U góry stała budowla, którą wcześniej widział ponad dachami.
Nie pamiętał samych dachów.
Przy ostatniej kolumnie musiał ominąć rozłupaną ukośnie podstawę. Blisko ziemi zachowało się wąskie żebro kamienia. Cofnął stopę, żeby go nie zahaczyć, i jeszcze raz spojrzał na ten kształt. Po nim powinien poznać wejście na schody w drodze powrotnej.
Nad schodami wznosił się wielki łuk. Jego boki opierały się na masywnych filarach pokrytych płytkim ornamentem. Część zdobień starła się zupełnie; w innych zebrał się biały osad, uwydatniając rowki, których rzeźbiarz zapewne nie zamierzał pokazywać tak wyraźnie. Po lewej brakowało kilku fragmentów gzymsu. Leżały niżej, obrócone rzeźbioną stroną do ziemi.
Dopiero kiedy Saeron minął filar, zobaczył całą postać.
Kobieta stała na wysokim cokole. Długa szata przylegała do jej tułowia, a poniżej bioder rozchodziła się w ciężkie fałdy. U jednego boku kamień był odłamany. Zostały cienkie, niemal ostre krawędzie, między którymi zbierał się cień.
Uniesione ramiona rozsuwały dwa wygięte ostrza. Ich końce sięgały ponad głowę, blisko wewnętrznej strony łuku. Jedno zachowało całą krawędź; drugie urywało się w połowie zakrzywienia. Saeron długo przyglądał się dłoni trzymającej ułamane ostrze. Palce były smukłe, mocno od siebie oddzielone. Pomiędzy nimi wybrano kamień tak głęboko, że na niektórych odcinkach przeświecało tło.
Podszedł bliżej. Z dołu twarz wydawała się zbyt wąska. Cofnął się o dwa stopnie, przesunął w bok. Rysy odzyskały proporcje. Rzeźbiarz musiał liczyć na to, że ludzie będą oglądali ją właśnie stąd, wchodząc powoli, z podniesioną głową.
Saeron znał tę poprawkę. Na wielkich płótnach sam powiększał to, co z bliska wyglądało później niezgrabnie.
Odsunął się jeszcze trochę, do miejsca, gdzie urwana poręcz zostawiała wolną przestrzeń. Stamtąd widział policzek, linię ust i koronę, rozchodzącą się długimi promieniami ku skroniom i tyłowi głowy. Dwa wąskie elementy nad czołem wyginały się ku sobie, lecz ich końce nie stykały się. Obejmowały smukły otwór w kształcie kropli, pozostawiając u góry drobną przerwę.
W tym otworze było niebo.
Niewielki jasny kształt pozostawał wyraźny nawet wtedy, gdy reszta korony zlewała się z łukiem. Saeron uniósł dłoń i zasłonił go końcem palca. Twarz natychmiast stała się cięższa. Opuścił rękę, popatrzył ponownie, już bez mierzenia.
Kobieta miała lekko opuszczoną brodę. Usta rzeźbiono oszczędnie, niemal twardo, z jednym głębszym cięciem przy kąciku. W zagłębieniach oczu nagromadziła się ciemna skorupa. Nie widział, w którą stronę skierowano źrenice, o ile w ogóle je wykonano.
Obszedł cokół. Z tyłu fałdy szaty były szersze i mniej staranne. Jedna przechodziła w podporę, ukrytą tak, żeby od schodów wyglądała jak opadający skraj materiału. Przy ziemi zachowały się krótkie, równoległe bruzdy po narzędziu. Saeron przesunął nad nimi dłonią, nie dotykając kamienia.
Ktoś pracował tutaj pochylony, zapewne przez wiele dni. Musiał odkładać narzędzia na ten występ, na którym teraz leżał jasny osad, zmieniać ułożenie nogi, ocierać pył z twarzy. Saeron spojrzał na wąską przestrzeń między podporą a filarem. Zmieściłby się tam człowiek z lampą.
Nie mógł sobie wyobrazić światła tej lampy.
Przejście za podporą zasypywał gruz. Cofnął się tą samą stroną, którą przyszedł, stawiając stopy między wystającymi krawędziami płyt.
Przez otwarty bok łuku widział budynki rozstawione na zboczu. Dopiero stąd rozpoznał szerokość ulicy, którą przyszedł. Powinna przecinać krużganek i schodzić dalej, ku niskim dachom. Zamiast tego urywała się nad ciemnym uskokiem.
Przy skraju tarasu zwolnił. Po balustradzie pozostały prostokątne gniazda, do połowy wypełnione odłamkami. Stanął szerzej, unikając pęknięcia pod lewym butem. Dopiero gdy położył dłoń na ocalałym słupku, odważył się wychylić.
Niżej były następne domy.
Stały tak ciasno, że z góry trudno było rozdzielić poszczególne dachy. W wielu zapadły się środki. Przez jeden otwór widział szerokie schody wewnątrz budynku, dochodzące do ściany, przy której nie zostało już piętro. Dalej, pomiędzy wysokimi murami, ciągnął się długi pas gładkiej powierzchni. Mógł być drogą albo dawnym zbiornikiem. Za nim zabudowa ginęła w bladym powietrzu.
Wpatrywał się w nią, aż oczy zaczęły łzawić.
Żadnego dymu.
Nie dostrzegł też tkaniny przewieszonej przez okno, ruchu na schodach, ciemnego punktu przesuwającego się między murami. W kilku miejscach coś połyskiwało, lecz kiedy przestawał patrzeć wprost, połysk znikał. Światło zatrzymywało się na odsłoniętych krawędziach.
Cofnął rękę ze słupka.
Chciał zajrzeć do jednego z bliższych domów. Znaleźć miejsce przy palenisku, ślad półki, cokolwiek, przy czym mógłby wyobrazić sobie zwykłe ludzkie zajęcie. Przy cokole obejrzał już pracę rzeźbiarza; tam przynajmniej wiedział, jak stał człowiek i co robił z rękami.
Po prawej stronie tarasu zobaczył wąskie zejście.
Ruszył ku niemu, prowadząc palce po szorstkim murze. Schody zakręcały po kilku stopniach. Za zakrętem znajdował się krótki korytarz, z którego odchodziły dwa wejścia. Jedno zasypano od wewnątrz. W drugim zachowała się połowa kamiennego progu.
Przekroczył ją i znalazł się z powrotem w krużganku.
Przed nim stała rozłupana kolumna. Wąskie żebro przy jej podstawie miało dokładnie ten sam kształt, który zapamiętał. Za kolumną wznosiły się schody do posągu.
Obejrzał się na drzwi. Przez pusty otwór zobaczył pas ulicy i wnętrze z pękniętą ławą.
Odwrócił głowę powoli, żeby nie stracić z oczu żadnego z tych miejsc naraz. Ława, próg, kolumna. Były obok siebie. Wędrówka, którą pamiętał, nie mieściła się między nimi.
Zacisnął palce na brzegu rękawa.
Mógł wrócić pod łuk. Stamtąd dobrze widział okolicę. Wystarczyło wejść po schodach, obejść cokół z tej samej strony i jeszcze raz spojrzeć na zejście.
Postawił stopę na pierwszym stopniu.
Kamień osunął się pod butem. Saeron gwałtownie przeniósł ciężar do przodu, łapiąc poręcz. Przez chwilę stał z ugiętymi kolanami, nasłuchując. Z dołu nie dobiegł odgłos spadającego odłamka.
Na poręczy pozostała długa smuga po jego dłoni.
Wytarł palce o ubranie. Chciał już odejść od schodów, ale zobaczył twarz kobiety. Z tej strony znajdowała się prawie na wysokości jego wzroku, choć cokół wciąż górował nad stopniami. Wystarczyło przechylić głowę, a jasna kropla nad czołem zniknęła za promieniem korony.
Przypomniał sobie stół w pracowni i czystą deskę, której nie zdążył zagruntować.
Na ciemnym tle musiałby zachować ten mały prześwit nad czołem. Chciał go namalować, zanim zapomni, jak światło zmieniało twarz.
Próbował jeszcze raz znaleźć poprzedni punkt widzenia.
Cofnął się.
Za plecami nie było już stopnia.
Wyciągnął rękę, szukając poręczy, i trafił na chłodną, gładką powierzchnię. Pod palcami wyczuł drobne ziarenka tynku.
W korytarzu upadło coś metalowego.
Saeron otworzył oczy. Dłoń miał przyciśniętą do ściany nad posłaniem, a podwinięty rękaw ciasno obejmował łokieć. Wyprostował palce. W barku czuł tępy ból.
Ktoś za drzwiami zaklął. Odpowiedział mu krótki śmiech i szuranie buta.
Usiadł.
Przez okno wpadało nadal jasne światło, tylko prostokąt na ścianie przesunął się niżej. W izbie pachniało słomą. Saeron odsunął koc i zaczekał, aż minie ucisk w piersi. Sen zacierał się szybko; nie potrafił już ustalić, którymi schodami wszedł na taras.
Napił się z kubka. Woda była letnia.
Przy drugim łyku usłyszał na korytarzu zwykłą rozmowę. Nie rozumiał słów, ale przez chwilę jej słuchał, trzymając naczynie obiema rękami.
Scena II
Jedzenie przyniesiono, kiedy jasny prostokąt dotykał już krawędzi stołu.
Strażnik podparł drzwi butem. Miskę niósł przez złożoną szmatę; na powierzchni kaszy połyskiwał tłuszcz. Postawił ją na stole i wyciągnął spod niej szmatę. Obok położył chleb i drewnianą łyżkę.
Saeron podniósł się z posłania i podszedł do stołu. Miskę przesunął w róg, chleb i łyżkę położył obok niej. Zgarnął okruchy z oświetlonej części blatu.
“Potrzebowałbym płótna.”
Mężczyzna złożył szmatę na pół.
“Jakiego płótna?”
“Do malowania. Małego. Pędzli i trochę farby.”
Strażnik spojrzał na stół, później na okno. Saeron odruchowo ustawił się tak, żeby nie zasłaniać światła.
“Nie mogę tego przynieść.”
“Nie musisz sam. W pracowni wiedzą, czego używam.”
Mężczyzna złożył szmatę jeszcze raz. Mokry róg zostawił na zewnątrz.
“Nie wolno wydawać ci przyborów.”
Saeron popatrzył na jego ręce.
“Kto zabronił?”
“Król.”
Za drzwiami przeszedł drugi człowiek. Strażnik cofnął stopę, żeby go przepuścić, ale nie zamknął wejścia.
Saeron spojrzał na jaśniejszy tynk nad posłaniem. Przez chwilę pamiętał wyraźnie, jak ustawić schody i gdzie zostawić miejsce na cokół. Nie musiał odtwarzać wszystkiego. Sam układ wystarczyłby, żeby później wrócić do reszty.
“W takim razie papier i węgiel. Albo skrawek deski.”
“To też przybory.”
Powiedział to bez nacisku. Czekał z ręką na klamce, patrząc już w stronę korytarza.
“Możesz przekazać, że prosiłem?”
“Przekażę przełożonemu.”
Saeron skinął głową.
Strażnik wskazał miskę.
“Zjedz, zanim wystygnie.”
Strażnik wyszedł i zamknął drzwi.
Saeron usiadł. Noga podparta klinem drgnęła, kiedy oparł łokcie. Przez chwilę trzymał ręce po obu stronach oczyszczonego miejsca. Potem przysunął miskę i postawił ją pośrodku.
Wziął łyżkę. Trzonek miał szorstki koniec. Obrócił go w palcach, znalazł gładszą stronę. Zjadł trochę kaszy od brzegu. Głębiej była jeszcze gorąca; rozgarnął ją łyżką, wypuszczając parę.