Elaris · Rozdział VIII
Rozdział VIII
Miejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.
Scena I
„O której zaczęliście dzisiaj przyjmować wozy?”
Mężczyzna przy bramie nie odpowiedział od razu. Przytrzymywał skrzydło jedną ręką, drugą odpychając worek niesiony przez dwóch robotników. Materiał otarł się o słupek i zostawił na drewnie wilgotną smugę.
„Przed dzwonem.”
„Którym?”
„Pierwszym.”
Eiran zerknął w stronę miasta. Drugi dzwon ucichł przed chwilą. Słońce stało już wysoko, lecz między magazyny docierało tylko wąskimi pasami. Przy bramie błoto wciąż było mokre.
„Wóz pod płachtą. Z jasną deską na tylnej burcie. Przejeżdżał tędy?”
Mężczyzna odsunął się, żeby przepuścić robotników.
„Wiele wozów ma deski.”
„Ta była nowa. Reszta burty ciemna.”
„Nie przypominam sobie.”
Robotnicy postawili worek za bramą. Jeden rozmasował bark, drugi obejrzał się na drogę. Czekał już następny ładunek.
Eiran wyjął monetę i położył ją na kamieniu przy słupku.
Mężczyzna spojrzał na pieniądz.
„Za co?”
„Za to, żebyś przez chwilę pamiętał.”
„Stoję tu od drugiego dzwonu.”
Eiran zostawił monetę na miejscu.
„Kto był wcześniej?”
„Ten z poprzedniej zmiany.”
„Gdzie go znajdę?”
„W środku albo w domu. Nie sprawdzałem.”
Miał popękane paznokcie. Kiedy oparł dłoń na słupku, drewno ugięło skórę przy kciuku, odsłaniając płytkie, zabrudzone pęknięcie. Mężczyzna cofnął rękę i przytrzymał bramę barkiem.
„Zapisujecie transporty?”
„Przyjęcia.”
„Gdzie?”
Wskazał głową wnętrze magazynu.
Za dwoma wozami stał wąski stół. Leżał na nim wykaz przyciśnięty metalowym ciężarkiem. Człowiek pochylony nad kartą miał rękawy podwinięte do łokci. Robotnicy podchodzili do niego pojedynczo, coś mówili i odchodzili. Nie podnosił głowy.
„Mogę zobaczyć wpisy?”
„A jesteś od rejestrów?”
„Nie.”
„To nie.”
Eiran odsunął się przed pustym wozem. Koń szedł z pyskiem opuszczonym nad błotem. Na tylnej burcie nie było jasnej deski. Eiran odprowadził burtę wzrokiem, aż zniknęła za drugim zaprzęgiem.
„Szukam dziewczyny.”
Mężczyzna nadal patrzył na drogę.
„Tutaj jej nie widziałem.”
„Nie powiedziałem jeszcze jakiej.”
„Żadnej.”
Eiran poczekał, aż przejdą ludzie z kolejnym workiem.
„Zabrano ją w nocy. Miała rozbitą twarz. Mogła mieć rozerwany kaftan. Widziano, jak ludzie prowadzili ją do wozu.”
Nie podał imienia.
Bramkarz spojrzał na niego dłużej niż przedtem, potem na stół z wykazem.
„A ty chcesz jej szukać w przyjęciach?”
„Chcę znaleźć wóz.”
„To pytaj tego, kto go widział.”
„Pytam.”
Mężczyzna zacisnął usta. Za jego plecami ktoś zawołał, żeby szerzej otworzył bramę. Przesunął się, napierając barkiem na drewno. Eiran musiał ustąpić mu miejsca.
Przez bramę wtoczono wózek ze skrzyniami. Jedno koło zapadło się przy słupku. Robotnik szarpnął za uchwyt, zaklął i spróbował jeszcze raz. Bramkarz podważył koło butem. Dopiero gdy wózek przejechał, znów spojrzał na Eirana.
„Tu przyjmują towar. Worki, beczki. Nie dziewczyny.”
„Ale wóz musiał gdzieś przejechać.”
„Mógł przejechać dalej.”
Na drodze zatrzymał się wóz z pustymi beczkami. Woźnica wychylił się, sprawdził, czy ma miejsce, i skręcił za narożnik magazynu. Tylna burta była ciemna. Z jednej beczki kapała woda, zostawiając na błocie krótką linię. Następne koła rozjechały ją niemal od razu.
Bramkarz sięgnął po monetę. Obrócił ją w palcach i schował.
Eiran patrzył na jego rękę.
„Nie widziałem twojego wozu.”
„Wiem.”
„To przepuść ludzi.”
Eiran cofnął się od słupka.
Nie zobaczył wpisów i nie znalazł nikogo, kto pamiętałby jasną deskę. Bramkarz mógł go zbywać. Mógł też mówić prawdę i zwyczajnie nie mieć mu nic do powiedzenia. Eiran obejrzał się jeszcze raz. Mężczyzna już pomagał przepchnąć kolejny ładunek.
Rana między kciukiem a palcem wskazującym odezwała się, kiedy zacisnął dłoń. Rozprostował palce. Skóra była sztywna przy brzegach rozcięcia.
Mógł spróbować dostać się do człowieka przy wykazie. Musiałby przejść przez podwórze na oczach bramkarza, który już wiedział, po co przyszedł. Mógł też wrócić do farbiarni i sprawdzić obrazy.
Spojrzał w kierunku rzeki.
Deski nad kryjówką leżały tak, jak je zostawił. Przynajmniej wtedy, kiedy odchodził. Myśl o powrocie pojawiała się za każdym razem, gdy nie wiedział, co robić dalej. Wystarczyłoby podnieść deski, zobaczyć oba obrazy i na chwilę przestać się zastanawiać.
Potem znów musiałby odejść bez Liry.
Przeszedł wzdłuż magazynu, w stronę, w którą skręcił wóz z beczkami.
Pod wystającym dachem robotnicy składali zwinięte płótno. Pakunki leżały przy ścianie, odsunięte od rynny, z której kapała brudna woda. Dalej znajdowała się wąska furta. Przez otwór widać było tylne ściany budynków i kawałek brukowanego przejścia.
Eiran zwolnił.
Przy wykazie stał drugi mężczyzna, z tabliczką w dłoni. Liczył przenoszone worki. Co kilka chwil zerkał na furtę, potem wracał wzrokiem do ładunku. Nie był tym samym człowiekiem, który pilnował głównej bramy.
Eiran zatrzymał się przy stosie płótna. Stąd mógł przyjrzeć się przejściu bez stawania przed nim.
Wóz z beczkami pojechał gdzieś dalej. Nie słyszał już kół. Za magazynem ktoś przesuwał po kamieniu coś ciężkiego, lecz ściana zasłaniała widok.
Jeden z robotników odwrócił się z pakunkiem w ramionach.
„Weź.”
Eiran zawahał się tylko przez chwilę. Podsunął zdrowe ramię pod zwinięte płótno. Ciężar pociągnął go w bok; drugą dłonią odruchowo podtrzymał spód.
„Tam. Na te.”
Przeszedł trzy kroki i położył pakunek na stosie. Rana zapiekła. Na skórze zebrała się cienka smuga krwi.
Robotnik nawet na niego nie spojrzał. Już wracał po następny ładunek.
Z płótna szedł kwaśny zapach oleju i mokrego włókna. Eiran przez chwilę trzymał na nim palce. Saeron odwinąłby brzeg, roztarł go między kciukiem a paznokciem. Wiedziałby, czy można to jeszcze wysuszyć, czy materiał jest już do wyrzucenia.
Eiran pomyślał o nim pochylonym nad stołem, z głową zwróconą ku oknu. Tak łatwo było zobaczyć go w pracowni, że przez moment wszystko inne wydało się pomyłką. Potem ktoś upuścił skrzynię i mężczyzna z tabliczką odwrócił głowę.
Eiran zabrał rękę z płótna. Wytarł krew o wewnętrzną stronę rękawa.
Nie wiedział, co dzieje się z Saeronem. Zostały mu obrazy i to, co sam widział. Nie potrafił jeszcze powiedzieć, ile z tego rozumiał.
Przy bramie podał obcemu człowiekowi opis Liry. Za chwilę będzie musiał zrobić to znowu, komuś innemu. Jeszcze kilka takich rozmów i nie tylko on będzie wiedział, kogo szuka.
Spojrzał na furtę.
Mężczyzna z tabliczką wrócił do liczenia. Eiran przesunął się wraz z robotnikami. Przy następnym stosie odłączył się od nich i poszedł dalej, nie przyspieszając.
Nikt go nie zawołał.
Przeszedł przez furtę.
Na tyłach było chłodniej. Między ścianami zalegał zapach mokrego drewna i wody stojącej w płytkich kanałach. Od frontu dochodziły głosy, stłumione teraz przez budynek. Tutaj nie było stołu ani ludzi czekających przy towarze. Wzdłuż ściany ciągnęły się drzwi bez oznaczeń.
Eiran zatrzymał się kilka kroków za przejściem i obejrzał przez ramię. Przez furtkę widział tylko skraj stosu płótna. Człowiek z tabliczką nie podszedł sprawdzić, gdzie poszedł.
Ruszył dalej.
Na najbliższym progu leżał mokry piasek. Ktoś rozgarnął go butem. Jeden odcisk zachował się prawie cały, drugi urywał się przy krawędzi kamienia.
Eiran popatrzył wzdłuż przejścia. Do tych drzwi mógł podejść każdy z pracujących w magazynie. Ślady nie mówiły mu jeszcze nic o Lirze.
Obejrzał zawiasy, potem zamek. Nie nacisnął klamki.
Jeśli pójdzie dalej, ktoś może przejść po piasku, zanim wróci.
Uklęknął obok progu, ostrożnie, żeby nie naruszyć odcisków. Zranioną dłoń oparł na udzie.
Najpierw przyjrzał się pełnemu śladowi. Potem przesunął się bliżej drzwi, do tego, który urywał się przy krawędzi.
Nie umiał rozpoznać, kto zostawił odciski. Mógł sprawdzać kolejne progi, ale przy każdych drzwiach wracałoby to samo pytanie. Potrzebował człowieka, który widział wóz.
Podniósł się, nie pomagając sobie zranioną dłonią. Od frontu nadal dochodziły głosy robotników. Musiał wrócić do rozmów, zanim ci ludzie się rozejdą. Odszedł od progu.
Scena II
Eiran minął kota, zanim rozpoznał jego głowę.
Zwierzę leżało pod pustą ławą przy targu. Między przednimi łapami miało strzęp papieru przyklejony do bruku. Próbowało go lizać. Papier podnosił się z językiem i opadał z powrotem.
Eiran zatrzymał się dwa kroki dalej.
Przyszedł od strony magazynów. Tam pytania o dziewczynę przestawały być słyszane, kiedy tylko człowiek kończył je zadawać. Wrócił więc na targ przy pracowni, do handlarki, która znała Lirę. Chciał zapytać o innych ludzi z targu, tych, których nie zastał podczas pierwszej rozmowy. Jej stragan był już złożony, a ona siedziała na niskim stołku i zszywała rozpruty worek.
Kot przesunął się głębiej pod ławę. Za głową sterczały łopatki, ostre pod brudną sierścią. Eiran pamiętał tę głowę nad brzegiem miski, szeroką i zaspaną, kiedy Saeron otwierał pracownię przed świtem.
Przykucnął. Nogi zadrżały mu tak mocno, że musiał przytrzymać się ławy.
“Bolek?”
Jedno ucho obróciło się ku niemu. Całe, z przyklejonym przy brzegu źdźbłem słomy. Kot nie wyszedł.
Eiran położył dłoń na kamieniu. Za blisko. Bolek cofnął łapy, otworzył pysk i wydał cienki, zdarty dźwięk.
“Dobrze. Poczekam.”
Oparł się o ścianę obok ławy. Spod dachu kapało mu na kark, chociaż deszcz przestał padać wcześniej. Między deskami zatrzymała się woda. Odsunął kołnierz od szyi i spojrzał w stronę pracowni.
Z tego miejsca widział tylko kawałek ściany i róg okiennicy. Nie zamierzał podchodzić bliżej. Na przeciwległym skraju targu mężczyzna poprawiał uprząż muła. Robił to od chwili, gdy Eiran wszedł między kramy. Mógł po prostu poprawiać uprząż.
Bolek znów polizał papier.
Eiran wstał i podszedł do handlarki.
“Macie wodę?”
Nie przerwała szycia. Brodą wskazała dzban pod stołkiem.
“I coś płaskiego.”
Igła zatrzymała się w worku.
“Do picia,” dodał.
Podała mu obitą glinianą miskę bez ucha. Wcisnął monetę pod leżący obok kłębek nici, zanim zdążyła wrócić do pracy.
“Za miskę też?”
“Za miskę też.”
Nalał niewiele. Wracając, trzymał naczynie oburącz. Na prawej dłoni skóra przy skaleczeniu ciągnęła go przy każdym ruchu kciuka; rozsunął palce i woda przelała się przez obity brzeg. Brunatna kreska była nadal widoczna. Wytarł rękę o spodnie.
Postawił miskę przy końcu ławy, poza zasięgiem własnych kolan.
Bolek najpierw powąchał kamień. Potem wyciągnął szyję. Pił łapczywie, drobnymi szarpnięciami języka, które poruszały całą głową. Eiran widział jasny podbródek i sklejone włosy na piersi. Kremowa plama niemal zniknęła pod szarym nalotem.
Z bliska kot pachniał mokrą szmatą zostawioną w zamkniętej skrzyni. Na jednym boku ciemne pręgi ginęły pod zaschniętym błotem, na drugim sierść była wytarta do krótkiego puchu. Eiran przesunął miskę, żeby brzeg nie wciskał mu się w szyję.
“Gdzieś ty wlazł?”
Nie dotykał go jeszcze. Patrzył, jak pracują boki. Czekał na dźwięk, który znał z pracowni: chrapliwy pomruk, zwykle poprzedzający żądanie jedzenia albo miejsca na stołku. Bolek tylko pił.
Mężczyzna z mułem ruszył w końcu przez targ. Zatrzymał zwierzę przy kolejnym straganie, a potem zniknął Eiranowi za zwiniętą płachtą. Eiran odprowadził go wzrokiem. Kiedy znów spojrzał pod ławę, kot stał obiema przednimi łapami przy misce.
Wyciągnął lewą rękę i pozwolił mu obwąchać knykcie.
Szorstki język przeszedł po skórze. Raz, krótko. Bolek podniósł głowę. W wielkich oliwkowych oczach odbił się jasny prostokąt między dachami.
Eiran patrzył w nie, kiedy poczuł zimno pod brzuchem.
Miał tuż przed sobą sęk w desce. W ciemnym zagłębieniu leżał kurz i okruch zaschniętej farby. Nad głową zwisała szmata, zbyt wysoko, żeby mógł jej dosięgnąć. Poruszyła się. Dalej stała noga stołu Saerona, z wystrzępionym sznurkiem owiniętym przy podłodze.
“Bolek.”
Głos mistrza dochodził z góry.
Pod blatem pojawiła się dłoń. Na palcu miała szeroką smugę jasnej farby. Eiran chciał się podnieść, zapytać, gdzie go trzymają, lecz ciężar ciała pozostał nisko. Poczuł ulgę tak gwałtowną, że przez chwilę nie próbował już mówić.
Dłoń cofnęła się, zanim zdołał zobaczyć twarz.
Podłoże było teraz gładkie i zimne. Pachniało wodą, popiołem, mokrą wełną suszoną zbyt blisko ognia. Miska kołysała się na nierównym spodzie. Przy każdym poruszeniu uderzała o posadzkę: dwa krótkie stuknięcia, z których drugie było cichsze.
“Bolek. No chodź.”
Inny głos, niższy, chropawy przy ostatniej głosce. Przy misce zatrzymał się but. Ktoś przykucnął; grube sukno otarło kamień.
Eiran spróbował oprzeć się na dłoni.
Nie znalazł jej.
Nad nim klęczał młody mężczyzna. Płaszcz miał rozchylony, na kołnierzu ciemną plamę od wody. Włosy opadały mu na oczy. Odsunął je wewnętrzną stroną nadgarstka, a potem pochylił się jeszcze trochę.
To był jego własny ruch.
Widział swoją twarz tak blisko, że mógł policzyć drobne pęknięcia dolnej wargi. Usta poruszyły się.
“Bolek?”
Usłyszał siebie, choć nic nie drgnęło mu w gardle.
Za ramieniem klęczącego biegła wąska, blada smuga. Dolny koniec ginął pod ławą, górny przy kołnierzu. Przypominała szczelinę, ale kiedy Eiran szukał jej brzegów, widział tylko światło.
Miska szurnęła po bruku.
Uderzył kolanem o kamień. Prawą rękę miał zaciśniętą na brzegu naczynia i właśnie je przechylał. Woda spłynęła pod ławę.
Bolek cofnął się przed nią, potrząsając mokrą łapą.
Eiran puścił miskę.
Przez chwilę nie rozumiał, dlaczego palce są wysoko, przy jego własnym kolanie. Oparł obie dłonie o bruk. Poczuł kamyk pod nasadą lewej, szorstką spoinę pod prawą. Skaleczenie zapiekło.
Odwrócił głowę.
Za nim był mur, z rdzawym zaciekiem pod gwoździem wbitym w belkę. Dalej wisiała zwinięta płachta straganu. Jej brzeg lekko odchylał się od ściany. Nic nie świeciło.
“Rozbijesz, to za drugą też płacisz.”
Handlarka patrzyła na miskę. Eiran podniósł ją i pokazał, że jest cała. Dopiero wtedy zauważył drżenie ręki.
“Jeszcze trochę wody.”
Kobieta wskazała dzban tą samą igłą.
Wstał za szybko. Musiał chwycić krawędź ławy. Bolek przecisnął się obok jego buta i zaczął zlizywać rozlaną wodę z zagłębienia w kamieniu.
Eiran patrzył na niego, dopóki nie przestało mu szumieć w uszach.
Saeron był przy stole.
Wspomnienie głosu pozostawało wyraźniejsze od słów kobiety. Eiran podniósł wzrok ku narożnikowi pracowni. Znał ten stół. Sznur przy nodze też znał; sam go kiedyś zacisnął, kiedy rozeschnięte drewno zaczęło się chwiać. Mógł pójść pod drzwi, przyłożyć ucho.
Odkleił dłoń od ławy.
Pamiętał mistrza za kratą izby zatrzymań. Strażnika stojącego przy drzwiach.
Wrócił po wodę. Przy dzbanie długo mocował się z uchem miski, którego już nie było. Palce trafiały na obity występ i ześlizgiwały się, zanim przypomniał sobie, jak niósł ją przed chwilą.
Handlarka odłożyła worek.
“Jadłeś dzisiaj?”
“Tak.”
Nie zapytała kiedy. Spojrzała tylko na monetę, która nadal leżała pod nicią, i wróciła do szycia.
Eiran postawił wodę przed Bolkiem. Tym razem przytrzymał miskę za spód. Kot wsunął mu głowę między ręce, jakby przeszkadzały w dostępie do jedynej rzeczy wartej uwagi.
Z bliska widać było grzbiet kręgosłupa. Eiran przesunął palcami po sierści, omijając wytarte miejsce na boku. Bolek na moment przestał pić. Podniósł tylną łapę, niezgrabnie podrapał się za uchem i znów pochylił nad wodą.
Eiran usiadł na piętach.
Pamiętał chłód gładkiej posadzki, lecz pod paznokciami miał brud tutejszego bruku. Obrócił miskę. Jej spód był płaski. Postawił ją ostrożnie; nie zakołysała się.
Przykrył palcami skaleczenie.
Od strony rzeki zadzwoniła obręcz zrzucona na kamienie. Bolek drgnął, rozlał trochę wody i przywarł do jego nogi. Eiran rozpiął płaszcz. Próbował wsunąć dłoń pod koci brzuch, lecz zwierzę natychmiast wykręciło głowę ku jego nadgarstkowi.
“Wiem. Poczekaj.”
Podłożył poły pod łapy i dopiero wtedy podniósł go razem z materiałem. Kot był cięższy, niż wyglądał. Eiran poprawił chwyt, podparł zad przedramieniem i poczuł pazury przez koszulę. Bolało. Przytrzymał go mocniej, nie dociskając do piersi.
Do farbiarni nie mógł wrócić najkrótszą drogą. Nie po tym, jak siedział tu na widoku i wołał kota Saerona po imieniu.
Podszedł do handlarki. Bolek wysunął łeb z płaszcza i wciągnął powietrze znad jej worka.
“Wcześniej pytałem was o Lirę.”
“Pamiętam.”
“Kto jeszcze był na targu, kiedy zaczęli jej szukać?”
Kobieta wetknęła igłę w worek. Przyjrzała się kotu, a potem twarzy Eirana.
“Postaw miskę. Nie będziesz przecież trzymał wszystkiego.”
Zrobił to. Obitą stroną ku sobie.
Scena III
Kobieta wysunęła igłę z worka i przytrzymała ją między palcami.
“Ci, co przyjechali, już odjechali. Ci od wozów jeszcze wracają.”
“Od mostu?”
“Nie wszyscy. Jeden wrócił tamtędy. Widziałam go drugi raz.”
Eiran poprawił płaszcz pod Bolkiem. Kot oparł podbródek na jego lewym przedramieniu; tylne łapy zsuwały się po materiale. Podsunął pod nie łokieć i poczekał, aż kobieta znów spojrzy na niego.
“Co wiózł?”
“Zakryte miał.”
“Dużo?”
Handlarka wbiła igłę w szew.
“Pod płachtę nie zaglądałam.”
Eiran zerknął w stronę ulicy, którą przyszedł. Z tego miejsca widział ludzi przechodzących między kramami. Wozu nie było.
“Jak wyglądał?”
“Jak wóz.”
Nie dopowiedział nic o desce. Kobieta przeciągnęła nić, zatrzymała ją paznokciem przy materiale i obejrzała przeszyty kawałek.
“Z tyłu naprawiany. Jedna deska prawie biała. Reszta mokra albo brudna.”
Eiran poczuł, jak pazury Bolka zaczepiają się o koszulę.
“Tak mi go opisano. Wóz pod płachtą, z jasną deską.”
Kobieta odłożyła worek na kolana.
“Kto?”
“Człowiek, który widział, jak prowadzili do niego dziewczynę.”
Przy studni przewrócono pusty kosz. Handlarka zaczekała, aż człowiek zbierający rozsypane patyki odsunie się od jej stołka.
“Ja dziewczyny nie widziałam.”
“Wiem. Dokąd pojechał?”
“Do składu. W tę ulicę.”
Wyciągnęła igłę z worka i wskazała nią przejście między kramami.
“Od targu masz bramę. Wozy tam cofają, bo za ciasno, żeby zawrócić.”
“Kiedy wrócił?”
“Już siedziałam z workiem.”
Eiran spojrzał na złożony stragan. Pytanie o dzwon niczego by tu nie uściśliło. Kobieta mogła pracować tak od godziny albo od kilku chwil.
“Widzieliście, kto zszedł z wozu?”
“Woźnica. Potem zasłonili mi drogę. Nie liczyłam ich.”
Nie dowiedział się, czy ktokolwiek został pod płachtą. Eiran nie pytał o to ponownie. Przy magazynach szukał wozu, który mógł już wrócić na drugą stronę targu. Musiał zobaczyć bramę.
Bolek poruszył się, szukając miejsca dla łap. Eiran przytrzymał płaszcz prawą ręką. Materiał naprężył skórę między kciukiem a palcem wskazującym; poluzował chwyt, zanim kot znów zaczął się zsuwać.
Kobieta patrzyła na jego dłonie.
“Zostaw go na chwilę.”
“Tutaj?”
“Przy workach. Będzie sucho.”
Za złożonym stołem stały dwa kosze. Handlarka odsunęła jeden od muru i rozłożyła w nim kawałek płótna. Eiran pochylił się z Bolkiem, lecz musiał zatrzymać ruch, żeby oprzeć kolano o skraj stołu. Kobieta wsunęła rękę pod zad kota i podtrzymała go, gdy Eiran wysuwał płaszcz.
Bolek obrócił się w koszu. Przez chwilę szukał łapą brzegu materiału, potem położył się tak, że głowa została na zewnątrz.
Eiran postawił miskę na bruku tuż obok.
“Jak długo tu zostaniecie?”
“Do zamykania składów. Ten szew sam się nie skończy.”
“Wrócę wcześniej.”
“Wrócisz po niego. Nie mam go gdzie zabrać.”
Położył drugą monetę przy kłębku nici. Handlarka sięgnęła po nią i schowała do kieszeni fartucha.
“Wody doleję. Jak wyjdzie, pod ławą go szukaj.”
Eiran spojrzał na kota. Bolek miał zamknięte oczy, lecz jedno ucho poruszało się za każdym razem, gdy z ulicy dochodził turkot.
“Tamta brama. Można do niej podejść z innej strony?”
“Do bramy?”
“Na ulicę za nią.”
Kobieta wskazała kciukiem za złożony stół.
“Podwórzem dostawców. Drugie wyjście masz po drugiej stronie. Dopóki noszą, przejdziesz. Pod nogi im nie właź.”
Eiran podszedł do końca stołu. Za workami zobaczył wejście na podwórze. Człowiek niosący kosz właśnie ustępował miejsca drugiemu, który wracał z pustymi rękami.
Wrócił po miskę, choć stała już przy kotu.
Zatrzymał rękę nad jej brzegiem.
“Wodę masz tam,” powiedziała kobieta.
Napił się z dzbana. Pierwszy łyk przełknął z trudem, następny dłużej zatrzymał w ustach. Został przy stołku, dopóki nie przestały drżeć mu nogi. Dopiero wtedy kupił chleb u sprzedawcy, który jeszcze nie zwinął płachty. Rozłamał go lewą ręką, dociskając do własnego boku.
Jadł, patrząc na wejście do podwórza. Ostatni kęs przywarł mu do podniebienia. Wrócił po wodę, dopił i odstawił dzban pod stołek.
Bolek nie podniósł głowy, kiedy Eiran odchodził.
Na wskazaną ulicę wszedł od targu. Przed bramą zatrzymał się wózek z workami. Mężczyzna odciągnął skrzydło od środka; dostawca pchnął wózek przez próg i zniknął za nim. Przez chwilę Eiran widział dziedziniec.
Pod ścianą stał wóz kryty płachtą. W tylnej burcie miał jasną deskę.
Przeszedł dalej, zanim skrzydło zaczęło się zamykać. Nie zobaczył ludzi przy wozie ani tego, co znajdowało się pod przykryciem. Mogła być tą, o której mówił tragarz.
Za bramą, w tym samym murze, znajdowała się furta. Eiran minął ją bez zatrzymywania. Do zamka nie podszedł.
Ulica wychodziła na skraj targu. Tam skręcił między kramy i wrócił do podwórza wskazanego przez handlarkę. Przepuścił dwóch ludzi z ładunkiem, wszedł za nimi i przeszedł do drugiego wyjścia. Znalazł się znów na ulicy od furty, dalej od bramy. Obejrzał przejście z tej strony, potem wrócił tą samą drogą.
Przy koszu handlarka poprawiała płótno. Bolek wysunął łapę przez brzeg.
“Był tam,” powiedział Eiran.
“Wóz?”
Kiwnął głową.
Kobieta wróciła do worka. Nie zapytała o dziewczynę.
Eiran dolał kotu wody. Wiedział już, którędy wrócić po Bolka w pośpiechu.
Zajął miejsce przy zwiniętej płachcie jednego z kramów. Widział odcinek ulicy, którym ktoś wychodzący z furty musiałby zbliżyć się do targu. Samych drzwi nie widział.
Mógł wrócić pod bramę i zapytać. Wyobraził sobie, jak znów opisuje twarz Liry człowiekowi, który najpierw będzie chciał wiedzieć, kim dla niej jest.
Sam nie zdołałby sforsować bramy. Nie znał drugiego miejsca, w którym mógłby teraz szukać Liry. Przesunął się bliżej skraju płachty, żeby widzieć większy odcinek ulicy.
Został.
Oparł lewe ramię o drewno. Prawą rękę trzymał luźno. Wózek, który wjechał do składu, nie wracał. Dopiero po chwili zrozumiał, że nasłuchuje również głosów od studni, czekając, aż zaczną zwijać ostatnie kramy.
Scena IV
Woźnica chciał wiedzieć, ile ksiąg będzie do załadowania.
Savel zostawił go z wozem na dziedzińcu, każąc mu na razie nie zdejmować płachty. Przed wjazdem musieli zaczekać, aż dostawca wyciągnie wózek na ulicę od targu. Boczną bramę zamknięto za nimi na klucz. Obok bramy, w murze, znajdowała się niska furta dla pieszych.
W izbie nad schodami Istran czekał przy pustym stole. Położył na nim odpis nakazu z pieczęcią królewskiej kancelarii.
Savel przeczytał pierwsze wiersze. Następnego ranka miało się rozpocząć sprawdzanie użytkowanych pomieszczeń w nadrzecznych składach. Liczba izb, zawartość, nazwiska odpowiedzialnych. Otworzyć należało również te, których nie ujęto w bieżących wykazach.
Do odpisu dołączono krótki załącznik. Zestawiono w nim plan składu z wykazem izb i wskazano pominięte pomieszczenie przy dolnym korytarzu. Savel wrócił do daty oględzin. Rano ktoś miał zażądać otwarcia tych drzwi.
“Co masz na dole?”
“Dziewczynę.”
Savel uniósł wzrok znad kartki.
“Tę, która przyszła z uczniem?”
“Lirę. Zna drogę, którą wyniósł deski. Jeżeli zacznie jej szukać, możemy go dostać.”
Na stole leżał jeszcze jeden arkusz. Savel poznał zlecenie, które sam wystawił przewoźnikowi. Księgi i materiały kancelaryjne. Ładunek do odebrania przed zamknięciem składów.
Wyprostował zagięty róg papieru.
“Dlaczego nie powiedziałeś mi tego, kiedy zamawiałem wóz?”
“Potrzebowałem wozu.”
Savel przesunął arkusz ku sobie. Nazwisko przewoźnika napisano wyraźnie. Pod nim zostawiono miejsce na pokwitowanie odbioru.
“Jeżeli zatrzymają go przy kontroli, pokaże mój papier.”
“Nie pojadą przez punkt kontroli.”
“A jeśli jednak ich zatrzymają?”
Istran wziął ze stołu klucz na krótkim rzemieniu.
“Najpierw trzeba ją stąd wywieźć.”
Nie odpowiedział na pytanie. Savel przytrzymał zlecenie, kiedy rzemień przesunął się po arkuszu. Na dokumencie zostawało jego nazwisko, niezależnie od tego, którą drogą miał pojechać wóz.
“Woźnica pytał o księgi.”
“Niech czeka na dziedzińcu.”
“A ja co mam mu powiedzieć, kiedy ją zobaczy?”
Istran opuścił rękę z kluczem.
“Sam go wybrałeś.”
Savel spojrzał na jego palce. Przez chwilę miał ochotę przytrzymać tę rękę, zanim weźmie z niej klucz. Istran czekał, aż zejdzie na dół.
“Do przewozu ksiąg.”
Od dołu doszedł głuchy stuk. Potem skrzypienie drzwi i krótka wymiana zdań, zbyt niewyraźna, żeby rozpoznać słowa.
Istran obejrzał się ku wejściu.
“Czasu mamy do zamknięcia składów. Rano będzie za późno.”
Savel odłożył nakaz. Zlecenie pozostawił pod dłonią.
“Moi ludzie zobaczą ten papier, jeśli przewoźnik zacznie pytać o zapłatę.”
“Zapłacisz mu.”
“Za co?”
Istran znów wyciągnął klucz.
“Za podstawienie wozu. Resztę rozliczysz po przewozie.”
Metal dotknął otwartej dłoni Savela. Istran nie puścił rzemienia od razu. Savel musiał podsunąć palce pod klucz, żeby ten nie zsunął się między nimi.
“Boczna furta?”
“Tak. Wyjrzyj najpierw, czy ulica jest wolna. Potem ustaw wóz bliżej schodów.”
Savel zamknął dłoń. Klucz był chłodny przy nasadzie palców.
Na dziedzińcu woźnica zawołał coś do człowieka przy bramie. Savel nie usłyszał odpowiedzi. Zlecenie złożył na istniejącym zagięciu i schował do kieszeni. Nie zostawi go obok nakazu, pod ręką Istrana.
“W jakim ona jest stanie?”
“Zobaczysz.”
“Chcę ją zobaczyć, zanim ją załadują.”
Istran spojrzał na niego znad stołu.
“Zejdź.”
Savel nie ruszył się od razu. Przy drzwiach znów odezwały się głosy. Ktoś na dole domagał się przygotowania drogi.
Przewoźnik czekał na obiecany ładunek. Dziewczynę mieli wyprowadzić do zamówionego przez niego wozu. Savel przeciągnął rzemień przez palce. Istran wrócił do kartki z pieczęcią. Paznokciem wyrównał jej dolny brzeg do krawędzi stołu.
Savel wyszedł z izby.
Scena V
Lira przestała poruszać palcami, kiedy kroki zatrzymały się pod drzwiami.
Pod kocem sznur obejmował oba nadgarstki jedną pętlą. Związali ją wcześniej, potem znów wyszli na korytarz. Czekali na wóz. Jeden skarżył się, że kazano im wyprowadzać więźniarkę, zanim ktokolwiek przygotował drogę.
Od tamtej chwili Lira pracowała główką gwoździa przy węźle. Ostrze zdążyło skaleczyć ją u podstawy palca. Nie mogła obejrzeć rany. Trzymała ręce pod kocem i od czasu do czasu przesuwała stopę, jakby próbowała wygodniej usiąść.
Pętla ustąpiła na tyle, że wsunęła pod sznur opuszek kciuka. Dalej nie szło.
Za drzwiami rozpoznawała obu ludzi. Jeden przesuwał podeszwą po kamieniu, kiedy długo stał. Drugi kaszlał, zanim splunął. Od czasu, gdy zamknięto ją w izbie, żaden nie zostawił jej samej przy otwartych drzwiach.
Tym razem przyszli po nią razem.
Mężczyzna z bandażem odsunął koc i sprawdził wiązanie. Lira rozsunęła nadgarstki, napinając sznur. Kciuk przycisnęła do dłoni. Gwóźdź tkwił pod zgiętymi palcami. Poczuła, jak mokry koniec wbija się głębiej w skórę, kiedy strażnik pociągnął za sznur.
Sznur wcisnął się w jej knykieć.
“Wstawaj.”
Podniosła się powoli. Kolano po zdarciu skóry zesztywniało; przez pierwsze kroki nie mogła go porządnie zgiąć. Drugi mężczyzna zarzucił jej koc na ramiona i wskazał drzwi.
Nie mieli worka na głowę. Pierwszy trzymał wolny koniec sznura. Drugi szedł za nią, na tyle blisko, że czuła zapach jego oddechu, kiedy się odzywał.
Skręcili na końcu korytarza. Lira liczyła drzwi, starając się nie obracać głowy. Z lewej dochodziła woń gotowanej kaszy. Z prawej zimne powietrze, ostrzejsze niż to z otworu nad pryczą.
Rygiel przy drzwiach wyjściowych przesunął się z głośnym tarciem. Pierwszy strażnik pchnął skrzydło ramieniem.
Lira zmrużyła oczy.
Wyszli na drewniany podest, wysoki mniej więcej jak prycza. Schody biegły w prawo, wzdłuż ściany. Od dziedzińca oddzielała ich poręcz na grubych słupkach. Lira zmieściłaby się pod nią z głową i ramionami.
Wóz cofano ku schodom. Pierwszy strażnik zszedł do niego, nie puszczając sznura. Przy furcie stał mężczyzna w grafitowym kaftanie. Domknął skrzydło i przekręcił klucz. Potem odsunął pusty kosz spod muru. Na rzemieniu zwisał mu klucz.
Lira ścisnęła gwóźdź, rozluźniła palce i spróbowała jeszcze raz wyciągnąć kciuk spod sznura.
Przeszedł kosztem skóry.
Nie wyjęła całej dłoni. Poczekała, aż strażnik odwróci się ku wozowi. Wolny koniec więzów obwisł między nimi.
“Bliżej,” powiedział mężczyzna przy murze. “Koło nie dojdzie do stopnia.”
Woźnica obejrzał się przez ramię. Strażnik ze sznurem wskazywał mu koło.
Lira przykucnęła pod poręczą.
Człowiek za nią chwycił koc. Szarpnął tak mocno, że materiał ściągnął jej głowę do tyłu, lecz zsunął się z ramion, kiedy wyrwała ręce do przodu. Poluzowana dłoń wyszła ze sznura. Z drugiego nadgarstka pętla zsunęła się sama, kiedy Lira spadała z podestu.
Wylądowała na bolącym kolanie.
Głos urwał jej się w zębach. Gwóźdź wypadł na ziemię. Strażnik nad nią walnął brzuchem o poręcz i sięgnął w dół; palce przejechały po karku.
Strażnik ze sznurem ruszył ku niej, lecz cofająca się burta zagrodziła mu drogę. Rzucił sznur i pobiegł wokół wozu.
Lira podparła się o słupek i wstała. Do furty miała kilka kroków; po bolącej stronie stawiała je krótsze.
Mężczyzna w grafitowym kaftanie podniósł klucz.
Z otwartych drzwi za podestem wyszedł Vell.
“Savel. Nie otwieraj.”
Klucz zatrzymał się przy zamku.
Furta była zamknięta. Lira wsunęła palce między drewno a kamień. Za skrzydłem dudniły koła.
Savel spojrzał ponad jej głową. Musiał widzieć Vella.
Potem przekręcił klucz.
Skrzydło ustąpiło, odsłaniając pas bruku. Lira przecisnęła się bokiem. Za plecami usłyszała łoskot butów na schodach i poczuła uderzenie furty o piętę.
Na ulicy omal nie wpadła pod taczkę. Oparła się o jej burtę, odbiła i skręciła w stronę targu. Dopiero za pierwszym kramem pozwoliła sobie przytrzymać kolano. Przez materiał przesączała się krew.
Ktoś wybiegł z furty.
Lira puściła nogę. Zamiast biec środkiem przejścia, wsunęła się pod zwisające płótno pustego stoiska. Wyszła z drugiej strony przy ziemi, między złożonymi nogami stołów. Podniosła się dopiero tam, gdzie rząd kramów zasłaniał boczne wyjście magazynu.
W ustach miała smak skóry, którą przygryzła przy upadku.
Nie zwolniła aż do następnego zakrętu.
Scena VI
Eiran zobaczył najpierw rękę opartą o narożnik.
Dziewczyna wysunęła się zza kramu bokiem, z jedną nogą pozostawioną z tyłu. Kaftan miała podarty przy ramieniu. Kiedy podniosła głowę, rozpoznał twarz.
Odepchnął się od drewna i ruszył do niej tak szybko, że płachta zahaczyła go o bark. Przez kilka kroków nogi nie drżały. Chciał powiedzieć jej imię, lecz Lira już go zobaczyła.
“Idą,” powiedziała.
Złapał ją za przedramię prawą ręką. Rana otworzyła się pod zaciskiem; chwyt puścił, zanim zdołał przyciągnąć dziewczynę bliżej.
Lira spojrzała na jego dłoń.
“Drugą.”
Podsunął lewe ramię. Chwyciła go powyżej nadgarstka i oparła na nim część ciężaru. Przez rozdarcie na kolanie zobaczył krew.
“Tędy.”
Wskazał przejście między złożonymi stołami. Znał stąd drogę do handlarki i wejścia na podwórze. Lira obróciła głowę ku ulicy, z której przyszła.
Za narożnikiem ktoś zawołał. Eiran nie rozpoznał słów. Człowiek stojący przy pustym kramie odsunął zwiniętą płachtę i zajrzał pod stół.
Lira pociągnęła go za rękaw.
Ruszyli.
Próbował iść szybciej, lecz jej krótszy krok zatrzymywał go przy każdym przeniesieniu ciężaru. Odwróciła stopę lekko na zewnątrz. Eiran zwolnił i przesunął się bliżej, żeby nie musiała sięgać tak daleko do jego ramienia.
Przy następnym stole prawą dłonią odruchowo szukał krawędzi. Palce ugięły się, zanim znalazły oparcie. Lira stanęła przy desce i przytrzymała jego rękaw.
Lira odciążyła kolano, opierając biodro o stół. Z ulicy dobiegło szuranie przesuwanej ławy. Eiran chciał ruszyć, ale zobaczył, że dziewczyna nie postawiła jeszcze stopy.
Poczekał. Kiedy skinęła głową, podsunął jej ramię.
Przy workach handlarki miska stała w tym samym miejscu. Bolek leżał w koszu, z łapą przewieszoną przez brzeg. Kobieta zdążyła złożyć zszywany worek; trzymała go na kolanach.
Na widok Liry podniosła się ze stołka.
“Nie tutaj.”
Eiran obejrzał się między stołami.
“Idą za nią. Musimy przejść podwórzem.”
“Przechodźcie. U mnie się nie schowacie.”
Wskazała ręką złożony stragan. Lira puściła Eirana i oparła się o mur przy workach. Zdrową nogę postawiła pod sobą, chorą pozostawiła lekko zgiętą. Patrzyła na wejście do podwórza.
Eiran sięgnął po kota.
Handlarka wsunęła dłonie pod jego tułów i zad. Podtrzymała go, kiedy Eiran podkładał lewe przedramię. Bolek rozstawił łapy, szukając oparcia. Prawą dłonią Eiran przytrzymał tylko skraj płaszcza; nie zdołał zacisnąć palców mocniej.
Kobieta puściła kota dopiero wtedy, gdy jego ciężar spoczął na ramieniu.
Eiran przyciągnął go do piersi. Bolek wbił pazury w materiał przy kołnierzu i wysunął głowę.
“Miskę zostaw,” powiedziała handlarka.
Lira oderwała się od muru. Zrobiła krok, lecz przy drugim musiała znów znaleźć oparcie. Eiran wyciągnął do niej prawą rękę. Dziewczyna spojrzała na rozcięcie i chwyciła krawędź stołu.
“Mam.”
Został przy niej, trzymając Bolka. Kot poruszył się, wciskając tylną łapę między płaszcz a koszulę. Eiran poprawił ułożenie przedramienia. Przez chwilę widział tylko sierść przy własnej twarzy.
Kiedy podniósł głowę, Lira patrzyła ponad jego barkiem.
Od strony studni nadjeżdżał wóz z workami. Woźnica trzymał się skraju targu, blisko wejścia na podwórze. Ludzie ustępowali kołom; jeden z dostawców cofnął pusty kosz, robiąc miejsce przy murze.
Eiran znał ten odcinek. Za wejściem można było dojść do drugiego wyjścia, na ulicę dalej od bramy składu. Musieli jednak najpierw odejść od stołu i przeciąć odsłonięty pas bruku.
Na skrzyżowaniu między kramami pojawił się mężczyzna z bandażem. Zatrzymał się przy człowieku zwijającym płachtę. Eiran widział tylko jego profil i rękę wskazującą ulicę.
Lira ścisnęła brzeg stołu.
“Czekaj.”
Eiran spojrzał na wejście. Dwóch ludzi przeszło przez nie z pustymi koszami. Droga była wolna.
“Teraz możemy.”
Lira uniosła dłoń. Nie patrzyła na niego. Przesunęła stopę bliżej drugiej, przygotowując się do odejścia od oparcia.
Wóz przejechał między nimi a skrzyżowaniem. Burta zakryła twarz mężczyzny z bandażem, lecz pod spodem Eiran nadal widział bruk i czyjeś buty.
Lira puściła stół.
Ruszył wraz z nią.
Przez pierwsze kroki trzymała się skraju złożonego straganu. Potem musiała wyjść na bruk. Eiran szedł tuż przy jej zdrowym boku. Bolek przesunął ciężar na tył ramienia; zamiast przyspieszyć, Eiran zatrzymał łokieć przy ciele, żeby kot nie zsunął się z płaszcza.
Lira dotknęła jego rękawa. Szła dalej, krótkimi krokami, z ustami zaciśniętymi przy każdym oparciu chorej nogi.
Wóz miał już minąć wejście. Za jego tylną burtą odsłonił się narożnik kramu.
Eiran nie obejrzał się, dopóki Lira nie sięgnęła muru po drugiej stronie. Wtedy zobaczył przez szczelinę między workami a kołem pas targu. Ktoś przeszedł nim w stronę studni. Nie wiedział, czy mężczyzna z bandażem nadal stał przy skrzyżowaniu.
Weszli na podwórze.
Lira zatrzymała się tylko na tyle, żeby zmienić oparcie. Przycisnęła dłoń do ściany, przeniosła ciężar na zdrową nogę i ruszyła dalej. Eiran musiał dostosować do niej krok.
W przejściu dwóch ludzi niosło ładunek. Przepuścił ich, cofając się do muru. Bolek szarpnął łbem ku przesuwanemu workowi. Pazury przeciągnęły materiał na piersi Eirana.
Drugie wyjście było otwarte. Przez nie widział fragment ulicy i koło stojącej dalej taczki.
Lira doszła do krawędzi muru przed nim. Wyjrzała, potem odsunęła się, robiąc mu miejsce. Eiran spojrzał w stronę składu. Z tego miejsca zasłaniał go narożnik; głosy z targu nadal dochodziły przez podwórze.
“W prawo,” powiedział.
Lira ruszyła pierwsza, trzymając dłoń przy ścianie. Eiran wyszedł za nią. Po kilku krokach musiała się zatrzymać przy wnęce drzwi.
Stanął obok. Chciał podać jej ramię, lecz na nim leżał Bolek.
Lira zobaczyła ten ruch.
“Tylko wolniej.”
Skinął głową. Poczekał, aż odejmie dłoń od drewna, i dopiero wtedy odszedł od wnęki razem z nią.
Scena VII
Lira zniknęła za furtą. Savel wciąż trzymał klucz w zamku, kiedy mężczyzna z bandażem wybiegł zza wozu, potrącając pusty kosz. Drugi zbiegł z podestu z kocem zwiniętym w pięści.
“Za nią,” powiedział Istran ze szczytu schodów. “Ma wrócić żywa.”
Savel wyjął klucz i odsunął się od przejścia. Strażnicy wybiegli na ulicę. Jeden skręcił w stronę targu, drugi zatrzymał przechodnia i natychmiast go puścił.
Furta kołysała się na zawiasach. Savel przytrzymał ją, żeby nie uderzyła Istrana, kiedy podszedł.
“Słyszałeś mnie.”
“Tak.”
Istran czekał. Savel znał to spojrzenie, zwykle poprzedzające pytanie zadawane ciszej niż wszystkie inne. Teraz pytanie nie padło.
“Oddaj klucz.”
Rzemień zahaczył o guzik rękawa. Savel uwolnił go i położył klucz na otwartej dłoni Istrana. Przez chwilę metal opierał się na ich palcach jednocześnie. Istran cofnął rękę pierwszy.
“Miała mnie doprowadzić do ucznia.”
“Więc trzeba było ją wpisać na zlecenie.”
Savel wyjął arkusz z kieszeni. Istran na niego nie spojrzał.
“Wiesz, czego szukamy.”
“Wiem, co kazałeś mi podpisać.”
Istran odwrócił głowę ku ulicy. Z targu dobiegł krzyk, po którym kilka osób zaczęło mówić naraz. Nie było widać żadnego ze strażników.
Savel złożył papier na dawnych zagięciach. Mógł był rzucić mu go pod nogi. Woźnica musiał jednak dostać zapłatę, a odwołany przewóz należało rozliczyć.
“Nie podała wam miejsca?” zapytał.
Istran spojrzał na niego.
“Nie będę z tobą omawiał jej zeznań.”
Savel opuścił arkusz.
W drzwiach izby nad podestem pojawił się chudy urzędnik. Trzymał dwie złożone karty i patrzył to na Istrana, to na pusty wóz. Istran wskazał mu, żeby podszedł.
“Wykazy przewozów, panie.”
Savel wyciągnął rękę. Od czasu rozmowy o zaginionych deskach pomagał sprawdzać właśnie te listy.
Istran odebrał obie karty, zanim urzędnik zdążył zdecydować, komu je podać.
“Od dziś przynoś je wyłącznie mnie.”
Urzędnik skinął głową.
“Potrzebuję tych danych,” powiedział Savel.
“Dostaniesz to, co będzie dotyczyło twoich przewoźników.”
“Moi mocodawcy nie pytają tylko o przewoźników.”
Istran wsunął karty do kieszeni. Savel schował zlecenie i zwrócił się do urzędnika.
“Przynieś pióro i dwa czyste arkusze.”
Istran zatrzymał dłoń na kieszeni.
“Dwa?”
“Jeden dla przewoźnika. Drugi zostaje u mnie.”
Savel patrzył na niego, czekając. Istran odwrócił się ku schodom.
W piasku pod podestem leżał krótki zardzewiały gwóźdź. Istran podniósł go przez chustkę. Na końcu było trochę krwi; dalej włókno ze sznura albo z koca.
Obejrzał podest, pustą pętlę porzuconą przy schodach i drzwi prowadzące do izby rachunkowej.
“Nic tam nie ruszać, dopóki nie wrócę.”
Urzędnik cofnął się, przepuszczając go na schodach.
Savel ruszył za Istranem odruchowo. Przy pierwszym stopniu położył dłoń na poręczy. Chciał go zawołać, zanim wejdzie do izby.
Zatrzymał się. Istran szedł dalej.
Savel trzymał poręcz jeszcze przez chwilę. Potem puścił ją i wrócił do wozu. Z ulicy wciąż dobiegały nawoływania. Nie wiedział, jak daleko dziewczyna zdążyła odejść.
Woźnica odchrząknął.
“Mam czekać?”
Savel rozłożył zlecenie na burcie.
“Nie. Zapłacę za podstawienie.”
Urzędnik przyniósł arkusze, pióro i kałamarz. Savel podsunął zlecenie pod jeden z nich, zostawiając odkrytą część z nazwiskiem przewoźnika i opisem zamówionego transportu.
Wpisał dzień i miejsce wystawienia rozliczenia, po czym odwołał się do zlecenia przewozu ksiąg i materiałów kancelaryjnych. W następnym wierszu napisał: ładunku nie wydano.
Woźnica pochylił się nad burtą.
“Za czekanie też?”
Savel odnalazł kwotę na zleceniu i wskazał ją końcem pióra.
“Tak, według umowy.”
Wyjął pieniądze. Woźnica przeliczył je na dłoni i schował. Savel dopisał kwotę oraz potwierdzenie zapłaty za podstawienie wozu i oczekiwanie. Nie wypełnił miejsca na odbiór ładunku w pierwotnym zleceniu.
Przesunął zapisany arkusz na bok. Na drugim powtórzył datę, miejsce, odniesienie do zlecenia i rozliczenie. Porównał oba teksty, przytrzymując ich brzegi na nierównej burcie. Pod każdym złożył podpis.
Woźnica przeczytał swój egzemplarz. Sprawdził kwotę, złożył kartkę i schował ją za pas. Potem podszedł do koni.
Savel odczekał, aż atrament na drugim arkuszu podeschnie. Nad podestem skrzypnęły drzwi. Podniósł głowę, lecz w otworze stał tylko urzędnik, który wrócił po kałamarz.
Oddał mu pióro. Złożył własny egzemplarz rozliczenia i wsunął go do kieszeni razem ze zleceniem, na którym miejsce potwierdzenia odbioru nadal było puste.