Elaris · Rozdział IX
Niebo w koronie
Miejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.

Scena I
Saeron przesunął miskę ku krawędzi stołu. Na odsłoniętym drewnie poprowadził palcem linię schodów, potem uniósł go tam, gdzie powinien zaczynać się cokół. Na łuk zabrakło miejsca. Cofnął rękę i spróbował jeszcze raz, ciaśniej.
Palec zatrzymał się nad sękiem.
W pamięci posąg stał teraz zbyt blisko wejścia. Gdy odsuwał go w głąb, ginęły schody. Pozostawała głowa i jasny prześwit w koronie, tak wyraźny, że reszta wydawała się chwilowym przeoczeniem. Wystarczyłoby spojrzeć z boku. Zrobił pół kroku wzdłuż stołu, pochylił się i dopiero wtedy opuścił rękę.
Odszedł do posłania.
Z okna padało jeszcze światło, lecz nowszy tynk naprzeciw nie odcinał się już tak wyraźnie od ściany. Saeron usiadł i spróbował odnaleźć wzrokiem załamanie jego krawędzi. Po chwili patrzenia jaśniejsza powierzchnia przypominała mu pusty grunt pod obraz, na którym ktoś zdążył wyznaczyć tylko jeden brzeg.
Odwrócił głowę ku drzwiom. Słyszał rozmowę, zbyt odległą, żeby rozróżnić słowa. Czekał, aż kroki podejdą bliżej. Minęły izbę.
Położył się na boku, z dłonią pod policzkiem. Koc drażnił skórę przy ustach; odsunął go trochę i zamknął oczy.
Próbował wrócić do miejsca pod łukiem. Twarz posągu zmieniała się za każdym razem, kiedy przyglądał się jej dłużej, więc pozostawił ją niewyraźną. Niżej były dłonie. W prześwitach między palcami widział tło. Pamiętał, jak głęboko wybrano tam kamień, i mógł podążyć wzrokiem po tej krawędzi aż do nadgarstka.
Na korytarzu odezwał się pojedynczy głos.
Saeron otworzył oczy. Przed nim bielał tynk.
Poprawił ułożenie ramienia, które zaczynało cierpnąć, i ponownie opuścił powieki. Tym razem zatrzymał się przy jednej dłoni posągu. Nie poprawiał jej. Czekał, aż spośród kamiennych palców wyłoni się odcinek ostrza.
Pod policzkiem poczuł chłód.
Odsunął głowę. Siedział oparty o ścianę, z ręką złożoną przy twarzy. Przez chwilę trzymał ją tak samo jak na posłaniu. Dopiero potem rozprostował palce i położył dłoń na ziemi.
Jasny pył wszedł w bruzdy skóry. Pamiętał jeszcze szorstki koc przy ustach, ale kiedy przesunął językiem po wardze, poczuł tylko jej suchość.
Przed nim biegła ulica.
Nie wstał od razu. Przyjrzał się kamieniom pod nogami. Jedna płyta była uniesiona na rogu; spod niej wysypało się drobne kruszywo. Wyciągnął rękę i dotknął krawędzi. Później spojrzał w górę, na ścianę, o którą się opierał, i z powrotem pod nogi.
Płyta pozostawała w tym samym miejscu.
Podniósł się powoli. Kolana zesztywniały mu od siedzenia, choć nie wiedział, jak długo tu był. Odruchowo szukał ręką podparcia. Mur kończył się tuż nad jego głową poszarpanym brzegiem. Za nim, w głębi, ocalała znacznie wyższa ściana. Dopiero teraz rozpoznał między nimi zasypane wnętrze.
Pod ocalałym otworem widniały dwa szeregi gniazd. Z jednego wystawał ułamany kawałek wspornika. Saeron przechylił głowę, próbując przedłużyć w myśli linię dawnego stropu. Wypadła wysoko ponad nim. Niżej widział następny rząd otworów, częściowo zasypany.
Dom miał więcej poziomów, niż dało się rozpoznać z ulicy.
Odsunął się, żeby objąć wzrokiem jego szerokość. Ściana ciągnęła się daleko, przerywana pionowymi szczelinami. Niektóre mogły być oknami. Przy innych kamień odłupał się aż do podstawy i nie sposób było ustalić, gdzie kończył się dawny otwór, a zaczynało zniszczenie. Najwyższy zachowany fragment wykraczał poza jego pole widzenia, dopóki nie odchylił głowy.
Podniósł rękę do karku i spojrzał wzdłuż ulicy.
Kolejne budynki zasłaniały się wzajemnie. Z poziomu gruntu widział niewiele ponad ich dolne partie: podstawy filarów, ciemne wejścia, kamień osunięty na drogę. Dopiero przez wyrwę po przeciwnej stronie dostrzegł wyższe zabudowania. Stały na zboczu, jedne za drugimi, aż drobne otwory w murach zlewały się w nierówne pasy cienia.
Wybrał wzrokiem wejście kilka kroków dalej.
Ruszył ku niemu, omijając uniesiony róg płyty. Przy progu zatrzymał się i obejrzał. Widział miejsce, w którym siedział, jasny osyp u podstawy muru i kruszywo pod kamieniem. Odległość odpowiadała przebytej drodze. Zrobił krok z powrotem, potem drugi.
Nie musiał wracać dalej.
Odwrócił się ku wejściu. Rozluźnił dłoń zaciśniętą na ubraniu i tym razem przekroczył próg bez pośpiechu.
Tuż za progiem leżał szeroki pas cienia. Ocalały fragment stropu przykrywał tylko część wnętrza; dalej leżało rumowisko, na które światło padało niemal pionowo. W miejscu styku obu powierzchni drobne odłamki miały ostre, ciemne brzegi.
Przy ścianie pozostało dość miejsca, żeby przejść. Mur zdobił szeroki pas, wyraźnie gładszy od reszty powierzchni. Z ulicy brał go za zabrudzenie. Teraz zobaczył, że zachował resztki barwy.
Podszedł bliżej.
W dwóch miejscach warstwa wierzchnia odpadła, odsłaniając jasne podłoże. Pomiędzy nimi biegły cienkie linie, poprzerywane drobnymi ubytkami. Saeron ustawił się bokiem, żeby jego cień nie przesłaniał ściany. Potem cofnął głowę. Z tej odległości widział jedynie ciemne plamy; musiał znowu podejść, by połączyć je wzrokiem.
Kilka wąskich linii splatało się wewnątrz szerszej.
Przesunął uwagę wzdłuż pasa. Przy następnym ubytku wzór ginął, lecz dalej wracał w tym samym układzie. Podobny splot pamiętał ze ściany nad kamienną ławą. Wtedy zobaczył go dopiero z bliska i usiadł poniżej, w miejscu wytartym przez cudze plecy.
Obejrzał podłoże. Tutaj przy murze leżały odłamki stropu. Nie było ławy.
Przykucnął przy niższym końcu zdobienia. Zachowało się tam więcej farby, osłoniętej wystającym kamieniem. Linie były gęstsze, niż je zapamiętał. Przez chwilę śledził jedną, aż wyszła spod drugiej i zniknęła w pęknięciu.
Przetarł palce o ubranie. Chciał dotknąć miejsca, w którym linie przecinały się najciaśniej, lecz zatrzymał dłoń tuż przed powierzchnią. Prześledził wzór jeszcze raz, zapamiętując, która linia wychodziła na wierzch. Potem wstał i wyszedł na ulicę.
Teraz szukał wyższego miejsca.
Między dwiema ścianami otwierał się wąski widok na zbocze. Saeron przesunął się w bok, omijając gruz u podstawy filara. Ponad resztkami dachów zobaczył górną część łuku. Jeden z jego boków ginął za bliższą zabudową.
Z tego miejsca nie potrafił ocenić odległości. Wyszedł więc dalej, na środek ulicy, i poszukał drogi biegnącej ku wyniesieniu.
Ulica wznosiła się łagodnie między murami, aż zagrodziła ją część zwalonego piętra. Saeron przecisnął się przy ścianie, z ramieniem przy szorstkim kamieniu. Zza gruzu zobaczył niemal cały łuk.
Pod nim rozróżniał już krawędź tarasu. Biegła poziomo ponad dachami, przerwana w kilku miejscach ciemnymi ubytkami. Jeden z filarów wydawał się szerszy od drugiego. Saeron przesunął się w lewo, próbując rozdzielić nakładające się powierzchnie, i dopiero wtedy zobaczył, że ulica nie dochodzi do zbocza.
Zwolnił.
Przed nim bruk kończył się nierówną krawędzią. Dalej pozostawał pas pustej przestrzeni i przeciwległy mur, na którego szczycie bielały dalsze płyty drogi.
Saeron podszedł do miejsca, gdzie zachował się niski fragment obramowania. Oparł na nim rękę i spojrzał w dół.
Kanał był suchy. Na dnie leżały duże odłamy, częściowo zasypane tym samym jasnym pyłem, który pokrywał ulicę. Między nimi ciągnęły się płaskie, odsłonięte pasy. Oba brzegi obmurowano; wzdłuż przeciwległej ściany biegła ciemniejsza linia, ginąca pod zawaliskiem. Nie potrafił ocenić, czy wyznaczała dawny poziom wody.
Po przeprawie został kamienny występ po jego stronie i krótszy po drugiej. Ich urwane końce dzieliła odległość większa, niż początkowo sądził. Niżej, pośród gruzu, rozpoznał przewrócony fragment obrzeża. Rowek na jego boku odpowiadał temu pod dłonią.
Cofnął rękę.
W lewo brzeg był zapadnięty. Część muru osunęła się do kanału, tworząc szerokie zbocze z kamieni i drobniejszego rumoszu. Kilka większych płyt leżało ukośnie jedna na drugiej; pomiędzy nimi mógłby zejść, gdyby znalazł dość miejsca na stopy.
Szukał wyjścia po drugiej stronie.
Naprzeciw osypiska mur wznosił się bez przerwy. Dopiero dalej, na prawo od dawnej przeprawy, dostrzegł rząd krótkich cieni. Stopnie biegły przy ścianie, w górę ku końcowi ulicy. U dołu przesłaniała je przewrócona płyta. Wyżej zachował się wąski spocznik i następny bieg, odwrócony ku tarasowi.
Prześledził drogę jeszcze raz: zejście po lewej, dno kanału, stopnie na prawo od zerwanej przeprawy.
Potem popatrzył pod łuk.
Między filarami widniała ciemna przestrzeń. Z tej odległości nie rozpoznawał cokołu. Gdyby stał tam posąg, musiałby podejść pod same schody, żeby zobaczyć prześwit nad kamiennym czołem.
Odsunął się od brzegu i wrócił do osypiska.
Pierwsza płyta leżała niemal poziomo. Niżej Saeron musiał przykucnąć; spod podeszwy wysunęły się drobne kamienie. Poczekał, aż znieruchomieją, i obrócił się twarzą do zbocza. Trzymając się krawędzi ulicy, opuścił nogę. Przez chwilę ciężar ciągnął go w dół, zanim stopa natrafiła na oparcie.
Kiedy obejrzał się ku drugiemu brzegowi, łuku już nie było widać.
Nad ścianą kanału zostało blade niebo. Saeron odchylił głowę, próbując odnaleźć choć górną część budowli. W tej pozycji zaczął tracić oparcie. Przysunął się z powrotem do rumowiska i zszedł dalej.
Na dole oparł dłonie na kolanach. Przez jakiś czas patrzył na pył przy butach. Oddychał głośniej, niż chciał. Wyżej pozostała płyta, z której przed chwilą opuścił nogę; od tej strony widział pod nią pustą szczelinę.
Stopnie po przeciwnej stronie zasłaniał gruz. Saeron widział tylko górny spocznik. Ruszył ku niemu, obchodząc odłamy. Pod dawną przeprawą wielki blok zagrodził mu drogę. Obszedł go od strony otwartego dna i ponownie zobaczył spocznik.
Płyta przykrywająca dolną część schodów jednym końcem opierała się o ścianę, drugim tonęła w drobnych odłamkach. Nad nią wystawały krawędzie dwóch stopni. Saeron nacisnął ją dłonią. Nie poruszyła się, więc wszedł na niższy koniec. Kamień pod butem był gładszy, niż oczekiwał. Oparł ramię o mur, zgarnął pył z krawędzi wyższego stopnia i podciągnął się na niego. Usiadł na chwilę, zwrócony ku kanałowi.
Stąd widział całe osypisko, którym zszedł. Przerwana droga pozostawała wysoko po drugiej stronie, a płyty nakładały się tak ciasno, że ledwie potrafił wskazać miejsca, na których stawiał nogi.
Za zakrętem schody zwężały się między murem a ocalałą podstawą filara. Saeron przytrzymał się jej, żeby przenieść nogę nad pękniętym stopniem. Wyżej droga była odsłonięta. Zobaczył krawędź łuku, teraz tak bliską, że musiał podnieść głowę.
Do tarasu pozostało kilka stopni.
Ponad nimi ciągnął się masywny kamienny bok konstrukcji, której reszta ginęła za filarem. Przy ziemi wstawiono w niego wąski, jaśniejszy pas. Z daleka wyglądał jak część zdobienia; dopiero tutaj Saeron zauważył nieregularne brzegi i drobne kawałki dopasowane do większych. Ktoś wypełniał ubytek tym, co udało mu się osadzić pomiędzy zachowanymi krawędziami.
Szerokie pęknięcie przecinało ten pas i biegło dalej, przez ciemniejszy kamień.
Przy nim stała kobieta.
Saeron zatrzymał się niżej, z dłonią na filarze. Widoczny zza kamienia fragment czarnej szaty poruszył się, gdy pochyliła głowę. Jedną rękę trzymała przy powierzchni konstrukcji. Przez chwilę nie potrafił dostrzec, co robiła palcami.
Przesunął się o pół kroku.
Dotykała brzegu jaśniejszego uzupełnienia. Powoli prowadziła dłoń ku pęknięciu, lecz zatrzymała ją wcześniej, przy małym, ukośnie osadzonym kawałku. Gdy cofnęła rękę, Saeron oczekiwał, że obejrzy również szczelinę. Kobieta nadal trzymała głowę pochyloną nad tym samym miejscem.
Wyżej widać było podobne uzupełnienie, szersze i ciemniejsze. To samo pęknięcie przechodziło przez oba. Saeron rozpoznawał kolejność zmian: najpierw dopasowane kawałki, potem rozdarcie przecinające kamień bez względu na dawne łączenia.
Chciał podejść na tyle blisko, żeby zobaczyć ślad narzędzia przy krawędzi naprawy. Kobieta stała pomiędzy nim a tym miejscem.
Zatrzymał stopę na następnym stopniu. Nie wiedział, jak się odezwać, żeby kobieta nie odeszła.
Kobieta powoli odwróciła głowę. Światło przesunęło się po jasnej krawędzi maski. Saeron śledził je aż do skroni, czekając, czy pod metalem odsłoni się choć skrawek twarzy.
W koronie bielało niebo. Ten sam wąski prześwit pamiętał znad kamiennego czoła posągu.
Zatrzymała się zwrócona w jego stronę.
Saeron spojrzał za siebie. Schody były puste. Kiedy znów popatrzył na kobietę, zauważył, że uniosła dłoń, ledwie odsuwając palce od szaty.
“Kto…”
Saeron czekał na dalsze słowa. Pod palcami miał szorstką powierzchnię filara. Przesunął po niej kciukiem, nie odrywając wzroku od maski.
“Słyszysz mnie?”
“Tak.”
Odpowiedź nadeszła od razu. Saeron opuścił rękę.
“Jak się tutaj dostałeś?”
“Przez kanał. Przeprawa była zerwana.”
“A do miasta?”
Spojrzał w dół schodów. Z tej strony nie widział ulicy, przy której się ocknął. Pamiętał jednak uniesiony róg płyty i ścianę za plecami.
“Nie wiem. Znalazłem się pod murem.”
Kobieta opuściła uniesioną dłoń.
“Co robiłeś wcześniej?”
“Leżałem w izbie. Z zamkniętymi oczami.”
Głowa w masce odchyliła się nieznacznie. Nie potrafił ustalić, czy kobieta przyglądała się jemu, czy pustej przestrzeni obok. Zaczekał, lecz nie zadała następnego pytania.
“Znasz to miejsce?”
“Tak.”
Saeron popatrzył na pęknięcie. Wyglądało na dość szerokie, żeby wsunąć w nie palce.
“Byłaś tutaj, zanim to się stało?”
“Znałam to miasto, zanim runęły budynki.”
Spojrzał na ruiny za jej plecami. W jednym z murów zachował się cały otwór okienny, lecz po drugiej stronie nie było już pomieszczenia. Chciał zobaczyć te mury tak, jak je zapamiętała.
“Co je zniszczyło?”
Dłoń, którą dotykała naprawy, spoczęła na fałdzie szaty.
“O tym nie będę mówić.”
Saeron zamknął usta. Chciał zapytać, dlaczego, ale zatrzymał się przed tym słowem. Nawet nie znał jej imienia.
Patrzył na mały kawałek kamienia, przy którym wcześniej zatrzymała palce. Z dołu prawie nie odróżniał się od reszty uzupełnienia.
Na korytarzu zazgrzytał klucz.
Saeron zwrócił głowę. Schody za nim były puste, lecz usłyszał przesuwanie naczynia po drewnie.
“Woda.”
Obejrzał się ku kobiecie. Ciemna szata zlała się z cieniem konstrukcji. Przez moment widział jeszcze jasną krawędź maski.
Spróbował postawić stopę wyżej.
Kolano naparło na posłanie.
Scena II
Otworzył oczy.
Strażnik stał przy stole. Odstawił miskę i sięgał do dzbana. Saeron podniósł głowę; koc zsunął mu się z policzka.
“Co?”
“Doleję ci wody.”
Mężczyzna podniósł naczynie. Przy drzwiach musiał ustąpić drugiemu, który czekał z wiadrem. Saeron usiadł. Słyszał wodę uderzającą o dno, potem pełniejszy odgłos, kiedy dzban zaczął się napełniać.
Jeszcze przed chwilą kobieta była zwrócona w jego stronę. Nie wiedział, czy nadal tam stoi.
Strażnik wniósł dzban i postawił go przy misce. Obejrzał stół, później posłanie. Saeron miał otwarte usta.
“Czego?”
Pokręcił głową.
Mężczyzna wyszedł. Po zamknięciu drzwi Saeron czekał, aż kroki oddalą się od izby. Dopiero wtedy położył się z powrotem, tak samo jak przedtem, z dłonią pod policzkiem.
Zamknął oczy.
Nacisk koca czuł teraz wyraźniej. Próbował odtworzyć schody, lecz kiedy dochodził w pamięci do miejsca przy filarze, widział już kobietę zwróconą ku sobie. Nie potrafił odzyskać chwili, w której zajmowała się naprawą i jeszcze go nie zauważyła.
Otworzył oczy. Na ścianie bielał nowszy tynk.
Powiedział jej o izbie. O tym, że leżał z zamkniętymi oczami. Mógł dodać, gdzie się znajduje, poprosić, żeby odszukała kogoś na dworze. Pytając o ruiny, nawet o tym nie pomyślał.
Nie wiedział, dlaczego miałaby mu pomóc.
Podszedł do stołu i nalał wody do kubka. Wypił kilka łyków, po czym odstawił go na blat.
Jeśli znów ją usłyszy, najpierw zapyta o imię. Potem o to małe uzupełnienie, którego z dołu niemal nie było widać. Chciał wiedzieć, dlaczego zatrzymała się właśnie przy nim.
Wrócił na posłanie. Tym razem, zamykając oczy, próbował przypomnieć sobie jej głos.