Elaris · Rozdział I
Obraz Jedności
Miejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.
Scena I
Miasto od świtu udawało, że nie ma nic do ukrycia.
Nawet przez zamknięte okiennice zdradzało swoje sekrety. Do pracowni docierał chrzęst szczotek szorujących kamień, gardłowe okrzyki robotników i tępe uderzenia młotków wbijających w fasady kolejne uchwyty na sztandary. Hałas zaczął się przed pierwszym dzwonem, w godzinach przeznaczonych na sen, by nikt nie zobaczył, ile wysiłku wymagało przygotowanie miasta do oglądania.
W pracowni pachniało olejem lnianym, mokrym drewnem i pigmentem ucieranym od kilku minut zdecydowanie zbyt głośno.
Saeron leżał jeszcze na wąskim posłaniu za parawanem, kiedy kamień moździerza po raz kolejny zazgrzytał o kamień.
– Eiranie.
Dźwięk ucichł.
Przez chwilę panowała cisza.
– Tak, mistrzu?
– Jeżeli próbujesz obudzić błękit, zapewniam cię, że nie śpi.
Chłopak nie odpowiedział. Po chwili Saeron usłyszał ostrożniejsze, niemal bezgłośne ruchy tłuczka.
Usiadł i przetarł twarz dłońmi. Spał krótko. Ciemne, falowane włosy opadły mu na czoło; przy skroniach przechodziły w pierwszą siwiznę. Wziął ze stolika pędzel i trzymał go przez chwilę w wyciągniętej dłoni, nieruchomo, bez drżenia. Na spracowanej skórze wokół paznokci zostały smugi pigmentu. Odłożył pędzel i wstał.
Ubrał się, związał włosy nisko i odsunął parawan.
Eiran siedział przy niskim stole, pochylony nad płytkim moździerzem. Miał dwadzieścia trzy lata, wąską, wciąż młodą twarz i popielatobrązowe włosy wiecznie wpadające do ciemnoorzechowych oczu. Odsunął je wewnętrzną stroną nadgarstka; na szerokich kłykciach zostały błękitne smugi. Skupienie miał człowieka, któremu powierzono znacznie ważniejsze zadanie, niż rzeczywiście wykonywał. Na blacie leżały drobne kawałki azurytu, kilka lnianych szmat oraz kromka chleba, której chłopak najwyraźniej nie zdążył zjeść.
Saeron podszedł do stołu i spojrzał na rozcierany pigment.
– Za dużo oleju.
– Dałem tyle samo co wczoraj.
– Wczoraj także było za dużo.
Eiran uniósł wzrok.
– Wczoraj powiedzieliście, że jest dobrze.
– Powiedziałem, że wystarczy.
Saeron wziął leżącą obok drewnianą szpatułkę i przeciągnął jej końcem przez błękitną masę. Pigment rozstąpił się zbyt łatwo, pozostawiając za sobą lśniący ślad.
– To nie jest to samo.
Chłopak spojrzał na farbę, jakby spodziewał się, że sama potwierdzi słowa mistrza. Potem sięgnął po kolejny kawałek minerału.
Saeron zabrał mu go z dłoni.
– Najpierw zjedz.
– Nie jestem głodny.
– Dlatego od pięciu minut patrzysz na chleb.
Eiran zawahał się, lecz w końcu sięgnął po kromkę. Spod stołu dobiegło ciche miauknięcie. Bolek, krępy bury kot w ciemne pręgi, otarł się o kostkę Eirana i podniósł ku kromce wielkie oliwkowozielone oczy. Saeron nie czekał, aż Eiran zacznie jeść. Podszedł do sztalugi stojącej przy największym oknie i zdjął z niej płócienne przykrycie.
Spod materiału wyłoniła się twarz króla Rhaevana.
Był to człowiek o szerokiej szczęce, nisko osadzonych brwiach i ustach przyzwyczajonych do wyrażania niezadowolenia jeszcze przed usłyszeniem tego, co inni mieli do powiedzenia. Na portrecie wyglądał spokojniej. Nie łagodnie, gdyż Saeron nie przyjmował zleceń na cuda, lecz dostojnie. Cień pod oczami został zmniejszony, zmarszczki na czole uporządkowane, a lewy kącik ust uniesiony na tyle, by gniew mógł zostać pomylony ze stanowczością.
Saeron przyjrzał się twarzy, po czym wybrał jeden z najcieńszych pędzli.
– Jeszcze go poprawiacie? – zapytał Eiran z pełnymi ustami.
– Wciąż wygląda tak, jakby chciał uderzyć człowieka znajdującego się poza obrazem.
– Może właśnie taki jest.
Saeron zamoczył pędzel w jasnej farbie.
– Wiem, jaki jest.
– W takim razie dlaczego nie namalowaliście go takim?
Pędzel zatrzymał się tuż przed płótnem.
Saeron spojrzał na chłopaka. Eiran natychmiast spuścił wzrok, ale nie dlatego, że cofał pytanie. Czekał na odpowiedź.
Saeron delikatnie rozjaśnił skórę nad kącikiem ust portretowanego.
– Król Rhaevan nie zapłacił mi za prawdę.
– Za co więc zapłacił?
Saeron odłożył pędzel i cofnął się o krok. Z tej odległości twarz monarchy traciła ludzkie rysy, a zyskiwała pożądany przez niego wyraz.
– Za to, by pamiętano go właśnie takim.
Eiran zmarszczył brwi, wpatrując się w portret, jakby szukał w nim kłamstwa.
– Obraz nie jest prawdą – dodał cicho Saeron. – Jest tym, co z prawdy postanowiono ocalić.
Saeron wiedział, że chłopak nie zrozumiał albo zrozumiał zbyt dobrze i nie spodobała mu się odpowiedź. Jedno i drugie było możliwe.
– Kiedyś mówiliście, że dobry malarz nie powinien bać się tego, co widzi.
– Nie powinien.
– Ale powinien to ukrywać?
– Powinien wiedzieć, kiedy patrzy jak malarz, a kiedy jak głupiec.
Eiran oderwał kawałek chleba.
– A jaka jest różnica?
– Głupiec sądzi, że samo dostrzeżenie prawdy daje mu władzę nad jej skutkami.
Tym razem chłopak nie odpowiedział. Saeron ponownie spojrzał na portret.
Pamiętał Rhaevana z pierwszej sesji: szerokie ramiona ściśnięte ceremonialnym kaftanem, zaciśniętą dłoń na poręczy, czerwone żyłki w oczach i pot nad wargą. Król nie znosił bezruchu, zwłaszcza kiedy ktoś inny decydował, jak długo ma w nim pozostać. Taki portret byłby prawdziwszy, ale jego żywot skończyłby się w piwnicy. Saeron dawno zrozumiał, że prawda, której nikt nie chce oglądać, umiera szybciej niż dobrze wykonane kłamstwo.
Rozległo się pukanie do drzwi.
Nie było głośne, lecz powtórzono je trzykrotnie w równych odstępach. Eiran odłożył chleb i wytarł palce o spodnie.
– Nie otwieraj, dopóki nie schowam portretu – powiedział Saeron.
– Dlaczego?
– Król Rhaevan nie życzy sobie, by ktokolwiek widział go przed ukończeniem.
– Przychodził tutaj sześć razy. Pół ulicy widziało, jak wygląda.
– Pół ulicy widziało jego. Nie portret.
Eiran podszedł do drzwi, podczas gdy Saeron narzucił tkaninę na sztalugę. Dopiero wtedy skinął głową.
Na progu stał mężczyzna w ciemnozielonym płaszczu spiętym srebrną klamrą. Nie nosił broni, lecz nim jeszcze przekroczył próg, jego wzrok zdążył już skatalogować zawartość pracowni, półkę po półce, kąt po kącie, jakby sporządzał inwentarz cudzego dobytku.
Na piersi miał znak Ardelonu.
– Mistrz Saeron?
– Zależy, kto pyta.
Mężczyzna wyciągnął zapieczętowany list.
– Kancelaria królewska.
Saeron wziął dokument. Wosk pozostawał jeszcze miękki, jakby list zamknięto niedługo wcześniej. Pieczęć przedstawiała koronę wpisaną w okrąg, ale jej dolna część odcisnęła się niewyraźnie. Ktoś spieszył się podczas lakowania.
– Mam odpowiedzieć?
– Macie przybyć.
– To nie była odpowiedź na moje pytanie.
Posłaniec spojrzał na niego bez cienia rozbawienia.
– Przed południem.
Odwrócił się i zszedł po schodach.
Eiran zamknął drzwi.
– Zrobiliście coś?
– Wiele rzeczy.
– Takiego, o czym wie kancelaria?
Saeron złamał pieczęć.
Wewnątrz znajdowało się jedno zdanie, podpis królewskiego sekretarza i godzina spotkania. Nie podano powodu wezwania.
– Tego właśnie zamierzam się dowiedzieć.
Eiran podszedł bliżej.
– Może chodzi o podatki.
– Gdyby chodziło o podatki, przysłaliby dwóch ludzi.
– Może o króla Rhaevana.
– Wtedy przysłaliby kogoś w todze, nie w płaszczu.
Chłopak próbował odczytać pismo ponad jego ramieniem. Saeron złożył list i wsunął go za pas.
– Dokończ błękit. Bez dodatkowego oleju. Potem przygotuj podkład na dwa płótna.
– Jak duże?
– Takie, jakie mamy.
– A jeśli nie wrócicie?
Saeron zatrzymał się przy wieszaku.
W pytaniu nie było żartu. Eiran spoglądał na niego uważnie, próbując ukryć niepokój pod pozorną obojętnością. Robił to źle.
Saeron włożył płaszcz.
– Wtedy nie dotykaj portretu Rhaevana.
– Dlaczego?
– Bo nie zapłacił.
Wyszedł, zanim chłopak zdążył zadać następne pytanie.
Scena II
Na ulicach było chłodniej, niż zapowiadało bezchmurne niebo. Nocny deszcz zebrał kurz między kamieniami, a teraz robotnicy spychali brud ku rynsztokom. Woda miała szary kolor i niosła ze sobą zgniłe liście, resztki słomy oraz odpryski starego tynku.
Saeron skierował się ku górnej części miasta.
Stolica Ardelonu wznosiła się łagodnie, a pałac wieńczył ją niczym ostatnie, najdoskonalsze pociągnięcie pędzla na horyzoncie. Nie przytłaczał jak twierdza. Był punktem zbiegu, do którego prowadziły wszystkie linie dachów, ulic i spojrzeń.
Tego dnia prowadziły tam również sztandary.
Z okien zwisały pasy materiału w barwach Ardelonu. Na szerszych ulicach zawieszano pomiędzy budynkami herby pozostałych ziem Valenu, lecz rozmieszczono je w taki sposób, by żaden nie znajdował się wyżej od korony Ardelonu. Robotnicy mierzyli długość sznurów, przesuwali uchwyty i kłócili się o odległości, których przechodnie prawdopodobnie nigdy by nie zauważyli.
Saeron zauważał.
Zobaczył również miejsca, które miały pozostać niewidoczne.
Przy fontannie dwóch strażników nakazało starej kobiecie zebrać rozłożone na tkaninie drewniane figurki. Kawałek dalej właściciel gospody przykrywał deskami pęknięcie biegnące przez frontową ścianę. Na murze piekarni trzej chłopcy zamalowywali hasło skierowane przeciwko przybywającym delegacjom.
Biała farba nie zdążyła jeszcze wyschnąć, a ciemne litery wciąż przez nią przebijały.
ŚRODEK NIE BĘDZIE KARMIŁ CUDZYCH KRÓLÓW.
Jeden z chłopców przesunął szczotkę po ostatnim słowie. Litery rozmazały się, ale nie zniknęły. Potrzebna była kolejna warstwa.
Przed piekarnią stała kolejka dłuższa niż zwykle. Ludzie mówili o uroczystościach, o zagranicznych posłach i o pokoju, który miał zostać podpisany przed końcem miesiąca. Mówili o nim głośno i z przekonaniem, lecz większość wychodziła ze sklepu z większą liczbą bochenków, niż była w stanie zjeść jednego dnia.
Saeron zatrzymał się przed wystawą handlarza tkaninami. Poprawił rękaw płaszcza, zasłaniając małą plamę czerwonego pigmentu, która nie chciała zejść mimo kilku prób. Ciemne włosy związane nisko z tyłu głowy, szczupła twarz. Wyglądał jak ktoś, kto nie chce być zapamiętany, i to mu odpowiadało.
Pierwsza delegacja przybyła wcześniej, niż zapowiadano.
Saeron ruszył dalej.
Przy zewnętrznych schodach pałacu sprawdzono wezwanie, jego nazwisko oraz zawartość niewielkiej skórzanej torby, którą zawsze nosił przy pasie. Strażnik wyjął z niej dwa kawałki węgla, kredę, sznurek obciążony ołowiem i mały nóż do ostrzenia.
– Ostrze zostaje tutaj – powiedział.
– Bez niego węgiel szybko stanie się bezużyteczny.
– W pałacu znajdują się inne noże.
– To rzeczywiście uspokajające.
Strażnik nie odpowiedział. Odłożył narzędzie do drewnianej skrzynki i podał Saeronowi gliniany znacznik z wyrytym numerem.
Wewnątrz panował pozorny chaos. Służący przenosili ławy, urzędnicy z dokumentami niemal biegli przez komnaty, a strażnicy zajmowali posterunki przy pustych dotąd przejściach. Jednak nikt na nikogo nie wpadał. Każdy ruch miał swój cel, każda trasa była z góry wyznaczona. Wyglądało to jak próba generalna, w której wszyscy znali swoje role, ale nie powiedziano im, dlaczego muszą grać tak szybko.
Na Saerona czekał młody kancelista.
Nie przedstawił się. Skłonił tylko głowę i poprowadził go przez boczny krużganek, następnie po szerokich schodach i dalej w kierunku reprezentacyjnej części pałacu.
– Czy mam się dowiedzieć, po co zostałem wezwany, zanim staniemy przed królewskim sekretarzem? – zapytał Saeron.
– Sekretarz wszystko wyjaśni.
– W takim razie czy mam się dowiedzieć, przed którym sekretarzem staniemy?
Kancelista przyspieszył.
– Przed pierwszym.
– Zawsze podejrzewałem, że pozostali istnieją wyłącznie po to, by człowiek bardziej doceniał pierwszego.
Młodzieniec spojrzał na niego przez ramię, lecz nie był pewien, czy wolno mu się uśmiechnąć. Ostatecznie tego nie zrobił.
Dotarli do wysokich, otwartych drzwi.
Scena III
Sala za nimi była niemal pusta.
Saeron widział ją wcześniej podczas królewskich uroczystości, lecz nigdy bez ludzi. Pozbawiona dworzan, muzyków i straży wydawała się większa. Światło wpadało przez rząd wysokich okien, przecinając posadzkę jasnymi prostokątami. Pod przeciwległą ścianą znajdowało się podwyższenie z tronem. Przed nim ustawiono krzesła przeznaczone dla delegatów.
Niektóre stały jeszcze pod ścianami. Inne przesuwano zgodnie z oznaczeniami wykonanymi kredą na podłodze.
Pośrodku sali czekało dwóch mężczyzn.
Pierwszy był królewskim sekretarzem, Averanem Sornem. Saeron znał go z widzenia. Sorn należał do ludzi, których obecność trudno było zapamiętać, choć ich decyzje odczuwało całe miasto. Ubierał się skromniej niż większość dostojników, nie nosił pierścieni i mówił zwykle tak cicho, że rozmówcy musieli pochylać się ku niemu. Dzięki temu nawet ludzie wyżsi rangą wyglądali, jakby prosili go o poufną radę.
Drugi mężczyzna zajmował się ceremoniami dworu. Jego szata miała tak sztywny kołnierz, że nie mógł swobodnie obracać głowy.
Sorn podszedł do Saerona.
– Mistrzu.
– Sekretarzu.
– Dziękuję, że przybyliście szybko.
– Wezwanie nie pozostawiało miejsca na powolność.
Sorn zignorował uwagę.
– Wiecie zapewne o zgromadzeniu.
– Całe miasto wie.
– Miasto zna tę część, którą powinno znać.
Saeron spojrzał na puste krzesła.
– Czyli wie, że będzie pokój.
Mężczyzna od ceremonii zesztywniał jeszcze bardziej, chociaż Saeron nie sądził, by było to możliwe. Sorn natomiast uśmiechnął się lekko.
– Podpisane zostanie porozumienie.
– To nie zawsze oznacza to samo.
– Właśnie dlatego tu jesteście.
Sekretarz odwrócił się ku sali.
Sorn zaczął mówić o ostatnim dniu zgromadzenia. Saeron słuchał jednym uchem o odczytaniu postanowień i złożeniu podpisów, bardziej zajęty tym, co widział. Jedno krzesło stało dalej od tronu niż pozostałe. Sekretarz wspomniał o sporze o szlaki handlowe, a Saeron zauważył, że inne krzesło ustawiono w cieniu, do którego światło dotrze dopiero po południu. Słowa o podatkach i prawie do utrzymywania wojsk zbiegły się z jego odkryciem, że dwa kolejne miejsca zsunięto tak blisko, że siedzący na nich ludzie będą zmuszeni ocierać się ramionami.
– Chcecie obrazu – powiedział.
Mężczyzna w sztywnym kołnierzu odchrząknął.
– Dzieła upamiętniającego jedność Valenu pod przewodnictwem Ardelonu.
– Jak dużego?
– Na całą ścianę galerii zachodniej.
Saeron spojrzał na niego.
– Pytam o obraz, nie o ambicję.
Sorn powstrzymał urzędnika ruchem dłoni.
– Otrzymacie pracownię w pałacu, potrzebne materiały oraz pomocników. Pierwsze szkice przygotujecie na jutrzejsze spotkanie. Ukończenie obrazu nastąpi przed końcem miesiąca.
– Nie.
Urzędnik od ceremonii zrobił krok naprzód.
– Mistrzu Saeronie, to zlecenie królewskie.
– Królewskie zlecenie nie zmieni czasu schnięcia farby.
– Zapewniono mnie, że jesteście najlepszym malarzem w stolicy.
– Dlatego mówię wam, że nie.
Sorn przyglądał mu się przez chwilę.
– Ile potrzebujecie?
– Jeżeli dzieło ma przetrwać dłużej niż uroczystość, dwa miesiące. Jeżeli ma wyglądać na ukończone podczas odsłonięcia, trzy tygodnie i zgodę na dokończenie szczegółów później. Jeżeli ma jedynie dobrze prezentować się z drugiego końca galerii, możecie zatrudnić malarzy dekorujących fasady.
– Trzy tygodnie – zdecydował Sorn.
– I sam wybiorę pomocników.
– Dwór ich sprawdzi.
– Dwór może sprawdzić, czy potrafią dochować tajemnicy. Ja sprawdzę, czy potrafią trzymać pędzel.
Sekretarz skinął głową.
Saeron przeszedł pomiędzy krzesłami. Zatrzymał się przy tym ustawionym najdalej od podwyższenia.
Na jego oparciu wyrzeźbiono herb jednej z przybywających delegacji. Mebel wykonano starannie, ale przednie nogi były nieco krótsze od tylnych. Siedzący na nim człowiek musiałby przez cały czas opierać ciężar ciała na stopach albo sprawiać wrażenie zsuwającego się ku posadzce.
Saeron nacisnął dłonią na siedzisko.
Krzesło zakołysało się.
– To należy wymienić.
– Zostało przygotowane zgodnie z porządkiem ceremonii – odpowiedział urzędnik.
– Porządek ceremonii wymaga, by poseł przewrócił się podczas składania podpisu?
Mężczyzna zacisnął usta.
Sorn podszedł bliżej.
– Krzesło zostanie poprawione.
– Tak samo jak jego miejsce.
– Co z nim?
Saeron wskazał kamienną płytę przed siedziskiem. Biała kreda wyznaczała linię, do której należało dosunąć przednie nogi.
– Jeżeli namaluję je tutaj, delegat znajdzie się poza główną kompozycją.
– Zaledwie o kilka kroków.
– Na posadzce.
Saeron spojrzał na sekretarza.
– Na płótnie będą to lata.
Sorn przeniósł wzrok na urzędnika ceremonii. Nie musiał niczego mówić. Mężczyzna wyjął z rękawa kawałek papieru i zanotował polecenie.
– Ostateczne ustawienie zostanie zatwierdzone wieczorem – powiedział Sorn. – Chcemy, by dzieło przedstawiało zgodę. Bez dawnych podziałów, bez przewagi którejkolwiek ze stron i bez niepotrzebnych szczegółów.
– Z wyjątkiem przewagi Ardelonu.
– Ardelon nie jest stroną sporu.
Saeron spojrzał na tron górujący nad krzesłami.
– Oczywiście.
Sekretarz zbliżył się o pół kroku.
– Ten obraz zobaczą wszyscy. Kupcy, dowódcy i synowie tych, którzy złożą podpisy. To, co namalujecie, może mieć dla nich większe znaczenie niż samo porozumienie.
– Wiem, czym jest obraz.
– W takim razie wiecie również, że nie zawsze należy malować to, co znajduje się przed oczami.
Saeron odwrócił się ku niemu.
Przez krótką chwilę żaden z nich się nie poruszył.
– Zwykle ludzie przychodzą do mnie właśnie dlatego, że widzę to, co znajduje się przed oczami – powiedział Saeron.
– Przychodzą, ponieważ potraficie zdecydować, co powinno tam pozostać.
Słowa sekretarza przypomniały mu rozmowę z Eiranem. Gdy wypowiadał podobną myśl w pracowni, wydawała się zasadą rzemiosła. W tej sali brzmiała jak polecenie.
Saeron rozejrzał się po pustych miejscach przeznaczonych dla ludzi, którzy nazajutrz mieli pozować do obrazu zgody.
– Najpierw ich zobaczę – odpowiedział.
Sorn przyjął to jako zgodę.
Scena IV
Kancelista przyniósł arkusze papieru oraz deskę do rysowania. Nóż Saerona pozostał przy wejściu, więc jeden z dworskich służących podał mu nowe kawałki węgla, równo przycięte i niemal identyczne.
Saeron wybrał najcieńszy.
Przez kolejną godzinę mierzył salę.
Zaczął od odległości liczonych krokami, potem spojrzeniem. Światło z okien cięło posadzkę. To ono zadecyduje o kompozycji. Naszkicował władcę w centrum, ale nie na tronie. To byłoby zbyt oczywiste. Delegatów ustawił w półkolu, by żaden nie stał plecami do reszty.
A za nimi?
Otwarte okna.
Zawsze otwarte okna.
Ściana to koniec, a ten obraz nie miał mieć końca. Miał wylewać się na miasto, obejmować je.
Sorn odszedł, by zająć się przybyciem delegacji. Urzędnik ceremonii został nieco dłużej, obserwując każdą linię powstającą na papierze, lecz w końcu i jego wezwano.
Saeron pozostał sam.
Cisza nie była pełna. Z korytarzy dochodziły kroki służących, nawoływania straży oraz szuranie przesuwanych mebli. Dźwięki odbijały się od wysokiego sklepienia i wracały zniekształcone, jakby w niewidocznych częściach sali poruszali się inni ludzie.
Saeron stanął pośrodku komnaty i przymknął jedno oko.
Przesunął węgiel po papierze, zaznaczając linię podwyższenia. Potem dodał tron, okna oraz pierwsze z pustych krzeseł.
Coś nie pasowało.
Opuścił deskę.
Na posadzce, pomiędzy miejscami przeznaczonymi dla dwóch delegacji, biegło cienkie pęknięcie.
Wcześniej go nie zauważył.
Rozpoczynało się przy stopniu podwyższenia, przecinało jasną płytę i ciągnęło się w stronę krzeseł. Było tak wąskie, że w ciemniejszej sali można byłoby wziąć je za włos. Wpadające przez okna światło wydobywało jednak jego nierówny kształt.
Saeron podszedł bliżej.
Pęknięcie rozdzielało się na kilka drobniejszych odnóg. Jedna kończyła się pod krzesłem o skróconych nogach. Druga biegła dalej, ku miejscu przeznaczonemu dla stołu, na którym miało zostać podpisane porozumienie. Najdłuższa docierała aż do pierwszego stopnia tronu.
Przykucnął.
Przez moment odniósł wrażenie, że szczelina się porusza. Nie rozszerzała się. Raczej ciemniała, jakby coś znajdującego się głęboko pod kamieniem przesuwało się tuż pod jego powierzchnią.
Saeron wyciągnął dłoń.
Z korytarza dobiegło uderzenie zamykanych drzwi.
Drgnął i spojrzał w tamtą stronę.
Kiedy ponownie opuścił wzrok, posadzka była cała.
Przesunął palcami po jasnym kamieniu. Nie wyczuł nawet rysy. Powierzchnia pozostawała chłodna i gładka, wypolerowana przez dziesiątki lat kroków.
Saeron wstał powoli.
Rozejrzał się, lecz w sali nikogo nie było.
Zmęczenie.
To musiało być zmęczenie.
Nocne kończenie portretu Rhaevana, pusty żołądek, ostre światło padające na posadzkę. To tylko gra smug i wzorów na kamieniu. Oko czasem widzi to, czego nie ma, składa obrazy z przypadkowych kształtów.
Uspokajał się tą myślą, choć pod palcami wciąż czuł wyimaginowaną krawędź pęknięcia.
Powrócił do szkicu.
Dopiero kiedy zamierzał zaznaczyć położenie ostatniego krzesła, zauważył linię biegnącą przez papier.
Węgiel przeciął nią całą kompozycję. Zaczynała się pomiędzy delegatami, rozdzielała ich miejsca, przechodziła przez stół i kończyła się pod tronem.
Saeron nie pamiętał, by ją narysował.
Potarł ślad kciukiem.
Węgiel rozmazał się, pozostawiając na papierze szarą smugę. Sama linia nie zniknęła. Papier wokół niej pofalował się lekko, jakby materiał skurczył się przed czymś, czego nie chciał przyjąć.
Scena V
Kiedy Saeron wrócił do pracowni, światło zdążyło zmienić kolor.
Poranny chłód zniknął. Przez północne okna wpadało płaskie, szare światło, które nie przesuwało się po ścianach tak szybko jak blask z innych stron budynku. Saeron zwykle je lubił. Nie kłamało na temat koloru.
Tego dnia nie ufał nawet jemu.
Eiran siedział przy stole dokładnie tam, gdzie Saeron go zostawił. Chleb zniknął. Błękit był poprawiony.
– Mniej oleju – powiedział Saeron.
Eiran podniósł głowę.
– Zauważyłem.
Saeron zdjął płaszcz.
– To był komplement.
– Powinniście uprzedzać.
Przy największej ścianie pracowni czekało przygotowane płótno. Rama była ciężka, wzmocniona poprzecznymi belkami i ustawiona tak, by później można było przesunąć ją ku otworowi transportowemu wychodzącemu na podwórze.
Na razie powierzchnia pozostawała jasna.
Obraz Jedności jeszcze nie istniał.
Saeron postawił teczkę na stole.
– Co chcą? – zapytał Eiran.
– Jedności.
– To źle?
– Zwykle wtedy, gdy trzeba ją zamawiać u malarza.
Wyjął trzy arkusze.
Eiran podszedł bliżej.
Na pierwszym delegaci siedzieli przy stole, każdy zwrócony nieco w inną stronę. Drugi przedstawiał chwilę po podpisaniu dokumentów. Trzeci był najbardziej uporządkowany. Postacie znajdowały się blisko siebie, połączone światłem padającym przez wysokie okna.
Eiran wskazał ostatni.
– Wybiorą ten.
– Dlaczego?
– Wygląda, jakby nikt nikogo nie nienawidził.
– Powinienem częściej zabierać cię do pałacu.
– Nie.
– To także rozsądna odpowiedź.
Pukanie do drzwi przerwało rozmowę.
Tym razem tylko dwa uderzenia.
Eiran zawahał się.
– Mam schować króla?
– Niech odpocznie.
Saeron otworzył.
Na korytarzu stał szczupły mężczyzna w ciemnym płaszczu, spod którego wystawał wysoki kołnierz czarnego kaftana. Miał starannie przyciętą brodę, a pod pachą trzymał teczkę wypełnioną dokumentami. Jeden z jej rogów został już zagięty od częstego otwierania.
– Mistrz Saeron?
– Dzisiaj wyjątkowo tak.
Mężczyzna spojrzał obok niego, na Eirana.
– Meran Vey. Kancelaria Rady.
Nie wyciągnął dłoni. Saeron także tego nie zrobił.
– Averan Sorn uprzedzał, że przyślecie poprawki dopiero wieczorem.
– Sekretarz miał na myśli poprawki ostateczne.
Meran wszedł do pracowni, gdy Saeron odsunął się od drzwi.
Nie rozglądał się ostentacyjnie jak poranny posłaniec. Zrobił to znacznie dyskretniej i dlatego dokładniej.
Położył teczkę na stole.
– Kolejność delegacji znowu się zmieniła. Liga Jahrannu nadal nie potwierdziła nazwiska przedstawiciela. Marchie Vardhenu żądają większego odstępu od delegacji z południa. Jedna ze stron chce własnego sztandaru za plecami, druga twierdzi, że wtedy również musi dostać swój.
– Oczywiście.
Meran rozłożył plan.
Atrament tworzył sieć poprawek. Niektóre nazwiska zostały przekreślone dwukrotnie. Strzałki wskazywały nowe miejsca przy stole, a trzy pozycje oznaczono innym kolorem.
Saeron przesunął palcem po jednym z oznaczeń.
– To nie zgadza się z ustawieniem, które widziałem w pałacu.
– Dlatego tu jestem.
– I jutro wszystko zmieni się ponownie.
– Prawdopodobnie.
– Zaczynam rozumieć, dlaczego urzędnicy nie malują.
Meran uśmiechnął się lekko.
– My poprawiamy rzeczy, zanim zdążą wyschnąć.
Eiran parsknął śmiechem, po czym natychmiast udał, że kaszle.
Meran zauważył to, lecz nie skomentował.
Saeron wyjął trzeci szkic.
– Ten układ jest najbardziej prawdopodobny.
– Również tak sądzimy.
– ‘My’?
– Ludzie, którzy jutro będą udawać, że po raz pierwszy go widzą.
Saeron podniósł wzrok.
Meran nie uśmiechał się.
– Nie mogę czekać do jutra – powiedział Saeron. – Przy takim terminie muszę rozpocząć podmalówkę dzisiaj.
– Sekretarz zakładał, że to powiecie.
– Więc pozwala mi rozpocząć bez zatwierdzenia?
– Pozwala wam stracić własny czas, jeżeli król wybierze inaczej.
– Hojne.
Meran przesunął plan w jego stronę.
– Architektura sali się nie zmieni. Okna również. Pozycja korony także pozostaje ustalona.
Saeron wskazał kilka figur.
– A ludzie?
– Większość może się jeszcze zmienić.
Meran przesunął palec po skraju stołu.
– Te trzy pozycje można uznać za stałe. Przedstawiciel korony. Pierwszy sekretarz. Ja.
– Będziecie na obrazie?
Meran przeniósł wzrok na Eirana.
– Najwyraźniej.
– Nie jesteście delegatem.
– Dlatego mam stać, nie siedzieć.
Eiran przyjął odpowiedź bez dalszych pytań.
Saeron zwrócił się ku jasnej powierzchni płótna.
– Stańcie przy oknie.
Meran zmarszczył brwi.
– Teraz?
– Jeżeli mam jutro udawać, że zaczynam pracę dopiero po decyzji króla, dzisiaj muszę wykonać część, której nikt nie zauważy.
Meran przez chwilę go obserwował.
Potem zdjął płaszcz.
Pod nim miał ten sam czarny kaftan z wysokim kołnierzem. Materiał był dobrej jakości, lecz pozbawiony dekoracji. Srebrne zapięcia przy szyi stanowiły jedyny element przyciągający światło.
– Tutaj?
Saeron przesunął go o pół kroku.
– Teraz tutaj.
Meran stanął bokiem do okna.
Saeron przyjrzał się jego twarzy.
Wąska. Starannie przycięta broda. Niewielka zmarszczka pomiędzy brwiami. Usta nawet w spoczynku zdawały się coś przeliczać.
– Nie ruszajcie głową.
– Jak długo?
– Dopóki nie zacznę was lubić.
Meran westchnął.
– Mogłem zapytać wcześniej.
Saeron przeniósł najważniejsze linie kompozycji na płótno. Nie budował jeszcze szczegółów. Zaznaczył stół, krawędzie wysokich okien, linię ramion przyszłych delegatów. Figury pozostawały blade i prawie bezkształtne.
Jedynie pozycja Merana wymagała dokładniejszego rozwiązania.
Urzędnik miał stać nieco za stołem, na granicy dwóch grup. Nie należał do żadnej delegacji. Jednocześnie bez niego ceremoniał nie mógł się odbyć.
Saeron zaznaczył linię ramion, wysoki kołnierz i owal twarzy.
Eiran przygotował ciemniejszą mieszaninę.
– Za dużo umbry – powiedział Saeron.
– Jeszcze jej nie dodałem.
Saeron zajrzał do miseczki.
– W takim razie dobrze.
Meran przesunął ciężar ciała.
– Powiedzieliście, że nie mam ruszać głową.
– Nogi nie znajdują się jeszcze na obrazie.
– Pocieszające.
Saeron pracował szybko.
Nie próbował kończyć twarzy. Wystarczyło uchwycić proporcje i sposób, w jaki światło łamało się na wysokim kołnierzu. Ciemną farbą zaznaczył cień pod szczęką. Jaśniejszą zbudował lewy policzek.
Meran zaczął istnieć na płótnie wcześniej niż pozostali.
Wokół niego inne postacie wciąż były zaledwie smugami.
Po kilkunastu minutach Saeron odłożył pędzel.
– Wystarczy.
Meran podszedł do obrazu.
Nie znalazł na nim własnego portretu. Zobaczył jedynie część twarzy wyłaniającą się spomiędzy niedokończonych figur.
– Wyglądam, jakbym umierał z nudów.
– To znaczy, że podobieństwo jest już wystarczające.
Eiran odwrócił się do pigmentów, ukrywając uśmiech.
Meran włożył płaszcz.
– Jutro rano przedstawicie królowi trzy szkice. Jeśli wybierze inny wariant, to zniknie.
Wskazał własną twarz.
Saeron obejrzał bladą twarz na płótnie.
– Farba znika trudniej niż urzędnik.
Meran zatrzymał dłoń na klamce.
– Proszę tego nie sprawdzać.
Tym razem nie dało się stwierdzić, czy żartował.
Wyszedł.
Eiran podszedł do drzwi i przez chwilę nasłuchiwał oddalających się kroków.
– Nie lubię go.
– Nie musisz.
– Wy go lubicie?
Saeron zaczął czyścić pędzel.
– Jeszcze go nie namalowałem wystarczająco długo.
Eiran wrócił do stołu.
Przez następną godzinę pracowali w milczeniu.
Saeron rozbudował architekturę obrazu. Pionowe linie okien. Perspektywę stołu. Plamy światła na posadzce. Miejsca delegatów pozostawił niemal puste.
Do figury Merana wrócił jeszcze kilka razy.
Poprawił linię szczęki.
Cień przy kołnierzu.
Światło na lewym policzku.
W pewnej chwili odłożył pędzel i przycisnął dwa palce do skroni.
Eiran zauważył.
– Boli?
– Trochę.
– Przyniosę wody.
– Nie.
Saeron nadal patrzył na płótno.
Meran był jedynym człowiekiem w kompozycji, którego można było już rozpoznać.
Reszta czekała.
– Idź do domu – powiedział Saeron.
Eiran spojrzał na okno.
– Jest jeszcze wcześnie.
– Właśnie dlatego.
– Zostało mi przygotowanie błękitu na rano.
– Zrobisz to rano.
Eiran nie ruszył się.
– Naprawdę boli was głowa?
Saeron odwrócił wzrok od obrazu.
– Tak.
Nie była to całkiem prawda.
Nie wiedział jednak, jak nazwać resztę.
Eiran wytarł dłonie w lnianą szmatę.
– Przyjdę przed świtem.
– Po pierwszym dzwonie.
– Przed.
Saeron nie miał siły się spierać.
– Zamknij za sobą drzwi.
Eiran zabrał płaszcz.
Przy wyjściu zatrzymał się jeszcze przed Obrazem jedności.
– Wybrali już tę wersję?
– Nie.
– A jeśli jutro wybiorą inną?
Saeron popatrzył na bladą figurę Merana otoczoną ludźmi, którzy jeszcze nie mieli twarzy.
– Wtedy ją zamaluję.
Eiran skinął głową i wyszedł.
Saeron został sam.
Odczekał, aż kroki chłopaka ucichną na schodach.
Potem przekręcił klucz w górnym zamku.
Zawahał się.
Przekręcił również dolny.
W pracowni zrobiło się cicho.
Za północnymi oknami światło gasło powoli nad dachami Ardelonu. Saeron dołożył drewna do paleniska, lecz nie wrócił od razu do stołu.
Stanął przed Obrazem jedności.
Większość kompozycji nadal nie istniała.
Stół był zaledwie perspektywą. Król jasnym kształtem. Delegaci szeregiem niedokończonych sylwetek.
Tylko Meran Vey miał twarz.
Saeron sięgnął po pędzel.