← Archiwum rozdziałów

Elaris · Rozdział II

Chłopiec z Dolnych Kanałów

Tomasz Dobras4 sceny

Rozpocznij lekturę
Wielkość tekstu

Miejsce i wielkość tekstu są zapamiętywane w tej przeglądarce.

Scena I

Nazajutrz po wezwaniu do pałacu, Eiran wrócił do pracowni na długo przed świtem. Nie przyszedł jednak przygotowywać pigmentów. Nie powinno go tu w ogóle być.

Poprzedniego wieczoru Saeron odesłał go wcześniej niż zwykle, mówiąc o bólu głowy. Eiran nie uznałby tego za podejrzane, gdyby nie dźwięk przekręcanego klucza w obu zamkach. Mistrz nigdy nie zamykał pracowni od wewnątrz. Eiran wciąż pamiętał jego słowa sprzed lat: ‘Malarz, który boi się spojrzeń, powinien zostać skrybą. Tam przynajmniej może ukryć swoje błędy między kartami’.

Eiran odczekał kilka godzin.

Potem wrócił.

Klucz, który nosił pod koszulą, pasował tylko do górnego zamka. Z dolnym poradził sobie przy użyciu cienkiego drutu i jednej z metalowych szpilek służących do napinania płócien. Zajęło mu to dłużej, niż chciałby przyznać.

Gdy mechanizm wreszcie ustąpił, Eiran wsunął się do środka i zamknął za sobą drzwi.

Pracownia pachniała olejem lnianym, wilgotnym drewnem i wygasłym paleniskiem. Popiół w piecu wciąż tlił się pod cienką, szarą skorupą. Za wysokimi oknami oba księżyce schodziły ku dachom stolicy. Większy pozostawał blady, niemal biały. Mniejszy miał barwę starego srebra.

Ich światło dzieliło pomieszczenie na ostre pasy cienia.

Spod stołu nie dobiegło miauknięcie Bolka, lecz Eiran nie przyszedł szukać kota.

Jego spojrzenie prześlizgnęło się po portretach możnych i zatrzymało na wielkim, próbnym płótnie przygotowywanym dla pałacu. Wieczorem szkic zgromadzenia delegatów był niemal pusty, pozbawiony twarzy. Teraz architektura, stół i pierwsze miejsca nadal wyglądały jak podmalówka, lecz jedna postać była rozwinięta wyraźniej od pozostałych.

Ciemna tkanina zasłaniała tylko fragment płótna.

Wieczorem jej tam nie było.

Eiran zapalił lampę i zbliżył się do sztalugi.

Tkanina została narzucona pospiesznie. Jej brzeg zaczepił o narożnik ramy. Na podłodze leżał przewrócony stołek, a obok niego zaschnięty pędzel.

Saeron nigdy nie pozostawiał pędzli bez oczyszczenia.

Eiran przykucnął.

Włosie było ciemnoczerwone.

Przybliżył je do światła, ale nie dotknął. Pigment przypominał mieszaninę karminu i palonej umbry. Zbyt brunatny na ozdobną tkaninę, zbyt gęsty na podmalówkę twarzy.

Pachniał metalem.

Ten zapach. Przeniósł go z powrotem do Dolnych Kanałów, do smaku metalu na języku, który czuł przez cały dzień po tym, jak jako dziewięciolatek nachylił się zbyt blisko kadzi z czerwoną farbą. Mieszkańcy górnego miasta mówili, że kanały cuchnęły ściekami, ale Eiran pamiętał smród pracy: ługu, mokrych skór, barwników wylewanych nocą do wody. Każdy kanał miał swój kolor. Czerwony należał do farbiarni, gdzie kobiety, tak jak jego matka, mieszały pigmenty gołymi rękami. Pamiętał jej słowa, że nawet kanał potrafi zapamiętać niebo, gdy woda po deszczu stawała się błękitna. Po jej śmierci ten błękit napełniał go tylko gniewem.

Eiran odłożył pędzel.

Chwycił materiał zasłaniający płótno i odsunął go jednym ruchem.

Zobaczył Merana Veya.

Rozpoznał go natychmiast.

Był to urzędnik królewskiej rady, który poprzedniego dnia przyniósł Saeronowi listę delegatów oraz poprawiony plan miejsc przy stole. Miał wąską twarz, starannie przyciętą brodę i zwyczaj patrzenia na ludzi tak, jakby obliczał ich wartość.

Na Obrazie Jedności jego postać była opracowana od piersi w górę, w czarnym kaftanie z wysokim kołnierzem. Saeron uchwycił lekko zaciśnięte usta i drobną zmarszczkę między brwiami. Reszta delegatów pozostawała zaledwie układem jasnych i ciemnych plam.

Twarz Merana wyglądała niemal żywo.

Eiran pochylił lampę.

Wtedy zobaczył ranę.

Cienkie, czerwone przecięcie zaczynało się tuż pod lewym uchem i biegło w dół szyi, znikając pod wysokim kołnierzem. Wokół linii Saeron namalował delikatne zasinienie. Nie było w tym teatralności ani dworskiej przesady. Rana wyglądała niewielko.

Prawdziwie.

Jak ślad ostrza, które przecięło skórę szybko i czysto.

Eiran przypomniał sobie urzędnika stojącego w pracowni dzień wcześniej.

Meran Vey nie miał żadnej rany.

Nie nosił nawet zadrapania.

Scena II

— Mówiłem ci, żebyś wrócił do domu.

Głos Saerona zabrzmiał za jego plecami.

Eiran drgnął, ale nie odsunął się od obrazu.

Mistrz stał w drzwiach prowadzących do niewielkiej izby, w której czasami sypiał podczas pracy nad dużymi zamówieniami. Miał na sobie tę samą koszulę co poprzedniego wieczoru. Jej rękawy były pomięte, a pod jednym okiem widniał ciemny cień.

Nie spał.

Być może w ogóle nie opuścił pracowni.

— A ja mówiłem, że skończę przygotowywać błękit przed porannym posiedzeniem — odpowiedział Eiran.

— Nie przyszedłeś tu dla błękitu.

— Wy też nie mieliście malować tego na królewskim obrazie.

Saeron podszedł i zasłonił fragment płótna.

Zrobił to zbyt szybko. Tkanina zaczepiła o górny narożnik ramy, a sztaluga zachwiała się na kamiennej podłodze.

Eiran złapał ją, zanim upadła.

— Ostrożnie — powiedział.

— Puść.

— To wy ją prawie przewróciliście.

— Eiranie.

Chłopak uwolnił sztalugę.

Saeron poprawił materiał i odsunął się o krok, jak gdyby sama bliskość obrazu sprawiała mu trudność.

Eiran obserwował go w milczeniu.

Znał mistrza od pięciu lat.

Wystarczająco długo, by rozpoznawać jego kłamstwa.

Saeron łagodniał, kiedy próbował kogoś oszukać. Mówił wolniej, staranniej dobierał słowa, a jego twarz przybierała wyraz cierpliwego znużenia. W ten sposób rozmawiał z poborcami, dworzanami i ludźmi przekonanymi, że artysta powinien być wdzięczny za możliwość ich namalowania.

Teraz nie próbował kłamać.

Drżał. Ledwie zauważalnie, ale Eiran widział to w napięciu jego ramion i w sposobie, w jaki unikał spojrzenia na zasłonięty fragment Obrazu Jedności.

— Dlaczego namalowaliście go rannego? — zapytał Eiran.

— Nie pamiętam, żebym namalował tę ranę — powiedział Saeron, ale w jego głosie zabrakło pewności.

— To wasz obraz. Ten pędzel leżał obok. Wasz ulubiony. A farba… jest jeszcze mokra.

Saeron podszedł bliżej. Ostrożnie, jakby zbliżał się do dzikiego zwierzęcia, dotknął opuszkiem palca świeżej farby tuż obok rany. Cofnął go. Na skórze został lśniący, czerwony ślad.

— Wiem — powiedział cicho.

Eiran czekał, ale Saeron nie dodał nic więcej. Zapadła cisza, ciężka od niedopowiedzeń.

— Jest jeszcze jedna rzecz — powiedział w końcu Eiran, ciszej niż zamierzał. — Nie wiecie dlaczego.

Saeron przeszedł do stołu.

Na jego blacie leżały szkice kompozycji zamówionej przez pałac: układy postaci, projekty strojów i plany sali rady. Mistrz zaczął je porządkować, choć wszystkie były już ułożone.

— Obudziłem się przed sztalugą — powiedział.

Eiran spoważniał.

— Spaliście?

— Musiałem zasnąć przy stole.

— I obudziliście się z pędzlem w dłoni?

Saeron spojrzał na niego.

— Skąd wiesz?

Eiran wskazał ciemną smugę na jego palcach.

— Nie umyliście ręki.

Na skórze między kciukiem a palcem wskazującym widniały ślady tego samego brunatnoczerwonego pigmentu.

Saeron otworzył dłoń.

Przez chwilę patrzył na nią tak, jakby należała do kogoś innego.

— Twarz pamiętam. Pracowałem nad nią wczoraj. Ale tej rany… nie pamiętam, żebym ją malował.

— Widzieliście Merana Veya wczoraj. Jego twarz mogła zostać w pamięci.

— A rana?

Eiran nie odpowiedział.

Saeron odwrócił się w stronę zakrytego obrazu.

— Kiedy odzyskałem przytomność, malowałem krew.

— Odzyskaliście przytomność?

— Obudziłem się.

— To nie zabrzmiało jak zwykłe przebudzenie.

Mistrz oparł dłonie o stół.

— Nie wiem, jak inaczej to nazwać.

— Co pamiętacie?

— Nic.

— Coś musicie pamiętać.

— Powiedziałem ci, że nic.

Eiran znał ten ton. Pojawiał się, kiedy Saeron nie chciał dalej rozmawiać.

Kiedyś wystarczał, by Eiran opuścił pracownię.

Miał wtedy osiemnaście lat, był wychudzony, brudny i przekonany, że każdy dach może zniknąć, jeśli zada się właścicielowi zbyt wiele pytań.

Dziś miał dwadzieścia trzy lata.

Ten czas minął. Podłoga pod jego stopami była teraz solidna.

— Czy przed zaśnięciem pracowaliście nad Meranem na Obrazie Jedności? — zapytał.

— Nie.

— Myśleliście o nim?

— Myślałem o miejscach przy stole.

— Czyli również o nim.

— O jego randze, nie o szyi.

— Pokłóciliście się z nim?

— Eiranie.

— Groził wam?

— Dość.

— Powiedział coś o obrazie dla pałacu?

Saeron uderzył dłonią w stół.

Nie mocno. Wystarczająco jednak, by podskoczyły leżące na nim sztyfty.

— Powiedziałem: dość.

Nikt w pracowni się nie odezwał.

Za oknami przesunął się wiatr. Szyby zadrżały w ołowianych ramach. Z ulicy dochodził odległy stuk kół wozu jadącego w stronę targowiska.

Eiran spojrzał na Saerona.

Ale gniew mistrza był pusty. Nie było w nim siły, tylko hałas zasłaniający coś innego. Eiran widział to w jego oczach, w sposobie, w jaki jego dłoń opadła z powrotem na stół, bezwładna. To nie była złość.

— Boicie się tego obrazu — powiedział.

— Nie.

Tym razem kłamstwo było oczywiste.

— To dlaczego ją zasłoniliście?

— Ponieważ nie zamierzam jej zostawić.

— To nie jest odpowiedź.

— Wystarczająca.

— Dla was.

Saeron zamknął oczy.

Scena III

Eiran odwrócił się i podszedł do pieca. Uklęknął, by dorzucić dwa polana do żaru. Płomień pojawił się powoli, niechętnie. Słowa Saerona, jego uniki, przypomniały mu inne, dawniejsze milczenie.

— Moja matka też uważała, że niektóre odpowiedzi są wystarczające — powiedział, nie odwracając wzroku od ognia. — Mówiła, że kaszle przez zimę, a nie przez pył z farbiarni. Milczała, bo wierzyła, że to mnie chroni.

Eiran wstał i spojrzał na Saerona.

— Nie chroniło. Po prostu zostawiło mnie samego z prawdą, której nie rozumiałem. Wasze milczenie robi teraz to samo.

Saeron spojrzał na błękitny pigment.

— Wiem.

— Nie wszystko.

— Próbowałeś mi ukraść cały woreczek azurytu.

— Miałem go już pod płaszczem, kiedy mnie złapaliście. Siedzieliście na skrzyni. To była nierozsądna próba.

Na twarzy Saerona pojawił się cień dawnego rozbawienia.

— Nadal nie rozumiem, dlaczego pigment, nie chleb.

— Chleb znika po zjedzeniu. Ambicja zostaje.

Eiran pamiętał tamten dzień. Saeron nie wezwał straży. Dał mu pracę, potem zupę, a w końcu ciche przyzwolenie, by został. Nigdy nie nazwali tego domu domem, ale stał się nim. I właśnie dlatego Eiran nie mógł teraz odpuścić.

— Nie jestem już tamtym chłopcem — powiedział.

— Wiem.

— W takim razie nie odsyłajcie mnie za drzwi za każdym razem, gdy pojawia się coś, czego nie rozumiecie.

— Próbuję cię chronić.

Eiran zaśmiał się cicho, ale bez wesołości.

— Przed obrazem?

— Być może przed wszystkim, co za nim stoi.

Żadne z nich nie odezwało się jako pierwsze.

Saeron natychmiast odwrócił wzrok, jakby powiedział więcej, niż zamierzał.

Eiran podszedł bliżej.

— Co macie na myśli?

— Sam nie wiem, co miałem na myśli.

Saeron potarł skronie.

— Kiedy patrzyłem na ranę, przez chwilę miałem wrażenie, że już ją widziałem.

— Na Meranie Veyu?

— Nie na nim. Na obrazie.

— Przecież stał przed wami.

— Nie rozumiesz.

— Więc mi wyjaśnijcie.

Saeron odwrócił się ku niemu.

— To nie było przeczucie. To było jak wspomnienie. Jakbym nie tworzył czegoś nowego, a jedynie odtwarzał to, co już kiedyś widziałem.

Eiran zmarszczył brwi.

— Vey żyje.

— Wiem.

— Widzieliśmy go wczoraj.

— Wiem.

— Więc to nie może być wspomnienie.

— Właśnie dlatego zasłoniłem obraz.

Eiran spojrzał na ciemną tkaninę.

Po raz pierwszy od wejścia do pracowni naprawdę poczuł niepokój.

Nie przez ranę.

Przez sposób, w jaki Saeron o niej mówił.

To nie był Saeron, którego znał. Nie ten, który drwił z wróżb sprzedawanych na targach i kpił z kapłanów szukających omenów w kozich wnętrznościach. Tamten Saeron tłumaczyłby obraz zmęczeniem albo złym światłem. Ten, który stał teraz przed Eiranem, naprawdę się bał. A to oznaczało, że musiał mieć powód.

— Pokażcie mi dłonie — powiedział Eiran.

— Co?

— Obie.

Saeron zawahał się, po czym wyciągnął ręce.

Eiran obejrzał jego palce. Oprócz czerwonego pigmentu nie dostrzegł skaleczeń ani oparzeń.

— Co robisz?

— Sprawdzam, czy krew należała do was.

— To farba.

— Mówiliście, że nie pamiętacie jej przygotowania.

Eiran podszedł do palety leżącej obok zakrytego obrazu. Zeskrobał nożem odrobinę pigmentu i rozprowadził ją po jasnym kamieniu.

Czerwień była zwyczajna.

Karmin. Umbra. Odrobina czerni.

Żadnego niezwykłego blasku. Żadnego śladu substancji, której nie znał.

Tylko kolor.

Mimo to wciąż pachniał metalem.

— Co zamierzacie zrobić? — zapytał.

— Zamalować ranę.

— Nie.

Saeron uniósł głowę.

— Nie pytałem cię o pozwolenie.

— A ja nie odpowiedziałem jak właściciel. Odpowiedziałem jak wasz uczeń.

— Nie ma w tej ranie niczego, czego mógłbyś się nauczyć.

— Jeszcze nie wiemy.

— To rana namalowana na człowieku, który żyje.

— Rana, której nie pamiętacie.

— Właśnie dlatego powinna zniknąć.

Eiran pokręcił głową.

— Jeżeli ją zamalujecie, pozostanie nam tylko wasza pamięć. Ta sama, której teraz nie ufacie.

Saeron zacisnął usta.

Eiran wyjął z szuflady arkusz papieru, pióro i mały kałamarz.

— Co robisz?

— Zapisuję datę.

— Po co?

— Żebyśmy za tydzień nie zaczęli się kłócić, czy rana pojawiła się dziś, czy trzy dni wcześniej.

Zapisał datę, godzinę, nazwisko Merana Veya i notatkę o jego wczorajszej wizycie — bez śladu rany. Dodał miejsce przecięcia, jego kierunek i długość, skład czerwonego pigmentu oraz prosty szkic szyi. Gdy atrament wysechł, podniósł kartkę.

— Przytwierdzimy kartkę do tylnej belki ramy — powiedział. — Potem nie ruszamy rany.

— I co dalej? — zapytał Saeron, a w jego głosie Eiran usłyszał nutę nadziei, że ma odpowiedź.

— Czekamy — odparł Eiran, patrząc na przykrytą sztalugę. — Jeżeli to tylko farba, nic się nie wydarzy i później ją zamalujemy. A jeżeli nie... będziemy musieli dowiedzieć się, co to znaczy, zamiast niszczyć dowód.

Saeron długo milczał.

— Masz dwadzieścia trzy lata — powiedział w końcu.

— Od pewnego czasu.

— Nie powinieneś zajmować się takimi rzeczami.

— Jakimi?

— Takimi, których nie rozumieją dorośli.

— To zostawia mi bardzo mało bezpiecznych zajęć.

Saeron prawie się uśmiechnął.

Prawie.

W końcu wziął od Eirana kartkę.

Przeczytał ją dwukrotnie.

Eiran podpisał notatkę. Saeron dopisał pod nim własny podpis.

Razem odsunęli ciężką ramę od ściany, a Saeron przytwierdził notatkę do tylnej belki czterema krótkimi gwoździami.

Każde uderzenie młotka zabrzmiało w cichej pracowni zbyt głośno.

Potem ustawili Obraz Jedności z powrotem i zasłonili płótnem.

Mistrz spojrzał na niego z rezygnacją.

Scena IV

Kiedy skończyli, nad stolicą zaczynał się poranek. Pierwsze światło zabarwiło dachy na chłodny błękit. Z kominów Dolnych Kanałów unosił się dym, tworząc ciemną warstwę nad zachodnimi dzielnicami.

Miasto budziło się powoli.

Otwierano bramy targowisk. Piekarze wystawiali kosze z chlebem. Strażnicy zmieniali nocne posterunki. W oddali rozbrzmiały dzwony pałacowej wieży.

Saeron podszedł do okna.

Eiran stanął obok niego.

Na ulicy pojawiła się zamknięta kareta. Zatrzymała się przed budynkiem po drugiej stronie placu. Wysiadł z niej mężczyzna w czarnym kaftanie z wysokim kołnierzem.

Meran Vey.

Urzędnik królewskiej rady powiedział coś do woźnicy, poprawił rękawiczki i ruszył w stronę pałacowego wzgórza.

Był zbyt daleko, by rozpoznać szczegóły jego twarzy.

Jednak szyję miał odsłoniętą.

Eiran nie dostrzegł na niej rany.

Saeron rozluźnił szczękę.

— Widzisz? — powiedział. — Żyje.

Eiran obserwował oddalającą się postać.

— Tego nie kwestionowałem.

— Obraz niczego nie znaczy.

— Być może.

— Możesz przestać patrzeć.

— Mogę.

Nie przestał.

Meran Vey skręcił w ulicę prowadzącą ku pałacowi i zniknął między kamiennymi budynkami.

Dzwony ucichły.

Na kilka sekund stolica pogrążyła się w niezwykłej ciszy, jak gdyby całe miasto wstrzymało oddech.

Potem z Dolnych Kanałów dobiegł odległy krzyk handlarza, na plac wjechał wóz z warzywami, a zwyczajny poranek rozpoczął się na dobre.

Eiran odwrócił się od okna.

— Przygotuję błękit — powiedział.

Saeron skinął głową.

Żaden z nich nie wspomniał o obrazie.

Eiran wrócił do stołu i podniósł kamienny tłuczek. Gdy zaczął rozcierać azuryt, jego ruchy były miarowe i spokojne. Ale w powietrzu wciąż unosił się słaby zapach metalu.